Niniejszy tekst nie będzie - po raz kolejny - stricte recenzją omawianego albumu, lecz raczej zbiorem moich refleksji i spostrzeżeń na temat rozdziałów wieńczących sagę o Arkadim, autorstwa Philippe'a Cazy Cazamayou. Tak więc, w skrócie, doczekałem się i na drugą część tejże sagi. Bardzo pozytywne jest to, że na tenże omawiany tutaj drugi tom zbiorczy nie trzeba było czekać zbyt długo...
Zacznę więc może od zamieszczonej powyżej, amerykańskiej okładki (tej ze wspominanej w poprzedniej części tekstu o Arkadim, zbiórki na Kickstarterze). Przypomnę tylko w tym miejscu, że powyższy projekt pojawił się na okładce tomu zbiorczego, wydanego na rynku amerykańskim a agregującym wszystkie tomy serii. Natomiast w polskiej wersji ta grafika to jeden z wariantów okładki tomu drugiego, gdyż rodzime wydanie z kilku różnych powodów, zostało podzielone na dwa tomy. Wracając jednakże do głównego wątku tego akapitu, to polska okładka jest - w mojej ocenie - ładniejsza, lepiej zrealizowana, w kontekście technicznym niż wersja na Stany Zjednoczone. Składa się na to głównie lepiej dobrane liternictwo i kolorystyka, szczególnie słowa "CAZA" jak również tytułu widocznego poniżej, przedstawionego białymi literami. dodam jednak w tym miejscu również łyżeczkę dziegciu. Jedna decyzja edytorska w kontekście wydania polskiego wydaje mi się bowiem nietrafiona. Mówię tutaj o obecności - zarówno w pierwszym jak i drugim tomie - tego samego, zawartego na ostatnich stronach publikacji, słownika pojęć związanych z uniwersum w którym rozgrywa się odyseja Arkadiego. Tę swoistą redundancję uważam za zupełnie niepotrzebną, można było zamiast tego umieścić np. bonusowe grafiki, które otrzymywali darczyńcy w amerykańskiej zbiórce na wspomnianym Kickstarterze.
Osobiście nie lubię określeń typu "kultowe", "legendarne" lub "ikoniczne". Paradoksalnie jednak do tejże serii pasują wszystkie te trzy określenia. Siłą tej opowieści jest bowiem to, że nie jest to kolejne, sztampowe heroic fantasy lub space opera o ratowaniu świata. Wynika to z kilku różnych czynników które dość ciekawie uzmysławia czytelnikowi tekst publicystyczny, zawarty pod koniec omawianego tomu, autorstwa Nicolasa Trepalle'a. Jest to bowiem prawdziwa skarbnica wiedzy o serii. I tak w tekście Trepalle'a pojawiają się ciekawe informacje jak wyglądała geneza opowieści, jak przebiegał proces twórczy i dlaczego seria jest tak bardzo rozciągnięta w czasie jeśli chodzi o pojawianie się kolejnych tomów? Mowa jest też tam o tym, że w pewnych momentach występowały poważne ryzyka, iż seria nigdy nie zostanie ukończona przez autora z powodu trudności, na jakie napotykał (nie chce jednak tutaj zamieszczać spojerów).
Cykl o Arkadim, w zamyśle wydaje się być zaprojektowany jako epopeja post-post-apokaliptycznej przyszłości - tak odległej, że niemal mitycznej - niosąc w sobie to, co wielkie historie zawierać powinny. Czerpie z historii ludzkości przerabiając na swój sposób mity, podania, wierzenia, archetypy. Z najważniejszych mamy więc Orfeusza i jego tragiczną miłość do Eurydyki. Jest też Odyseja - wielka wyprawa w celu ratowania świata, która przeżywa Arkadi, czy mit o Jonaszu i wielorybie. Oprócz tego pojawiają się w ramach opowieści liczne nawiązania do mitologii greckiej, nordyckiej czy Biblii, które wychwycić będzie zdolny jedynie czytelnik który, podobni jak Caza, jest dobrze obeznany z klasycznymi dziełami światowej literatury. W zakończeniu sagi o Arkadim niespodziewanie pojawia się nawet temat Arki, zgrabnie łącząc tę opowieść z innymi - wcześniejszymi - krótkimi formami komiksowymi tworzonymi przez Cazę oraz, rzecz jasna, z biblijnym motywem potopu. Dodatkowo, jeśli czytelnik zna inne komiksy tego autora i jeśli się dokładnie przeanalizuje się pewne powiazania Świata Arkadiego z pozostałymi opowieściami, tworzonymi przez lata rękami Cazy, to widać, że niemal wszystkie opowieści, te z tomu 'Arche-Lailah', 'Era cienia' i sagi o Arkadmi, co prawda luźno, ale jednak są powiązane i w założeniu tworzą spójną całość, tworząc wspólnie coś, co ośmielę się tu nazwać Cazaversum - wszechświat stworzony przez ich autora.
Oprócz wspomnianych nawiązań do licznych mitologii i dzieł literackich pojawiają się też w sadze o Aradim wątki filozoficzne. Najbardziej oczywistymi, które przebijają się w tej historii na wielu płaszczyznach, są dychotomie: ciemność - światło, maszyny - człowiek, materia - duch, tworzenie - zniszczenie. W świecie wykreowanym przez Cazę nie ma też zła absolutnego. Jak słusznie zauważa Trepalle, w tej opowieści nie ma bohaterów i łotrów a źródłem Armagedonu który spotkał świat nie są czyjeś perfidne działania, lecz raczej nieprzewidziane konsekwencje ludzkich decyzji i to podejmowanych w dobrej wierze. Ta saga jest więc w takim ujęciu głosem ostrzegającym ludzkość przed jej własnym szaleństwem. Warto nadmienić tutaj, że źródłem atomowej katastrofy która spotkała świat, była piątka ludzi tworzących kolektyw w postaci think tanku o akronimie K.R.O.-N.O.. tu pojawia się kolejne ciekawostka, bowiem Brodacz w okularach, jeden z członków tejże grupy, niewątpliwie wygląda jak sam Philippe Cazamayou i nie sądzę aby to podobieństwo było przypadkowe. Ciężko jednak jest mi stwierdzić, czy pozostała czwórka członków "kolektywu winowajców" również jest wzorowana na realnych osobach. Wracając do samego Cazy, to warto pamiętać, że autorzy różnych dzieł mają tendencję do uwieczniania siebie często gdzieś "w tle" swoich dzieł, czy to obrazów oraz opowieści. W przypadku Cazy nie był to zresztą pierwszy raz. Wszak w "Scenkach z życia osiedla" jego alter-ego było bohaterem - i to pierwszoplanowym - większości (a może nawet wszystkich) opowieści z tego cyklu. Omawiając tom pierwszy tej sagi kilka miesięcy temu napisałem między innymi, że "Caza zna człowieczą duszę". Wiele refleksyjnych przemyśleń autora pojawia się także - a może w szczególności - na ostatnich stronach omawianego tutaj, drugiego tomu serii. I tak poprzez swoje alter ago pseudo-boga Kro-no, Caza mówi: "przemienilibyśmy cały świat w energię, żeby tylko zaspokoić naszą żądzę mocy", za chwilę, dodając jeszcze ustami tej samej postaci: "wszyscy jesteśmy winni", co dobitnie oddaje pierwiastek szaleństwa zawsze obecny w gatunku ludzkim.
Wracając jednak do samej sagi o Arkadim, to przy końcu opowieści wychodzi też dobitnie na powierzchnię baza w postaci "estetyki", czy też może "osnowy" Science fiction, na której zbudowana jest cała baśniowo-mityczno-poetycka opowieść. Autor przedstawia bowiem popartą naukowymi - opartymi na fizyce - argumentami o tym jak doszło do opisywanego w sadze kataklizmu. Przytoczę tu kilka wątków aby to zobrazować. Zacznijmy od cytatu, zaczerpniętego oczywiście bezpośrednio z kart komiksu: "[...] przeciążona Ziemia zwolniła, aż w końcu w ogóle przestała się obracać. Powiedzmy, że robi robi jeden obrót wokół własnej osi tak długo, jak okrąża Słońce, czyli przez jeden ok. W rezultacie zawsze przedstawia m tę sama twarz, jak kiedyś Księżyc, krążący wokół niej". I nawiązując jeszcze bezpośrednio do Księżyca, warto stwierdzić, że w powieści mamy dryfujący w przestrzeni pas "księżycowych kamieni", będącymi pozostałościami Księżyca, który rozpadł się w wyniku zaburzeń grawitacyjnych spowodowanych zmianami w ruchu obrotowym Ziemi, co również jak najbardziej ma sens z fizycznego punktu widzenia, ponieważ trabant Ziemi jest z nią faktycznie związany bardzo silnie oddziaływaniami grawitacyjnymi. Kończąc wątek tematów związanych z fizyką warto jeszcze wspomnieć bez zbytniego spojlerowania, że ostatecznie reakcje na poziomie atomowym i efekty grawitacyjne ze źródła ziemskiej katastrofy, którą ze sobą przyniosły staję się jednocześnie wybawieniem dla umęczonej planety Ziemia a więc i całego świata Arkadiego...
Istotnym zagadnieniem, jakże "na czasie", jest też w tej opowieści rola i wpływ Sztucznej inteligencji na ludzką cywilizację. Caza - jak na rasową opowieść SF przystało - zastanawia się i sugeruje, do czego może nas doprowadzić szeroko zakrojona kontrola AI nad ludzkimi społecznościami. W przypadku tej opowieści Sztuczna inteligencja, postawiona na straży ludzkiego miasta-bunkra posłusznie dąży do postawionych jej twórców (ludzi) celów, ale czy robi to dobrze? "Hel", bo takie imię nadano AI - na cześć nordyckiej bogini, władczyni krainy zmarłych, zarządza miastem Dis, w którym żyją ludzie ocaleni z wielkiej nuklearnej katastrofy. Ale czy żyją naprawdę? Snują się raczej jak cienie, bladzi, apatyczni, bez celu. Karmieni są przygodami syntetyzowanymi dla nich przez tytana Orfe, a pozbawieni tychże, popadają w apatię lub obłęd. Ale To właśnie jest siła SF - z wyprzedzeniem kilku (czasem wielu) dekad autorzy, niekiedy śledząc i ekstrapolując obserwowane trendy (w technologii, demografii, obyczajowości) lub przeczuwając "co może nadejść" artykułują takie obawy, bądź nadzieje w swoich mających pierwiastek profetyczny dziełach. Nie inaczej jest z opowieścią stworzoną przez Cazę.
| Jedna z najważniejszych plansz komiksu - przybycie Legionu. Czyż te czarne roboty nie wyglądają zaskakująco podobnie do Ferroidów z animacji Gandahar? |
Opowieść kończy się przemianą ołowiu w złoto i tego co było źródłem zniszczenia i tragedii w źródło zbawienia i nowego początku. Wspominana już dychotomia, będąca osią opowieści na jakże wielu płaszczyznach, objawia się raz jeszcze, w kluczowym, kulminacyjnym momencie. Specjalnie ująłem to w sposób dość enigmatyczny aby nie odbierać czytelnikowi przyjemności z samodzielnego odkrycia zakończenia sagi o Arkadim. Myślę jednak, że jeśli ktoś z was - drodzy czytający tenże tekst - powróci do lektury tego akapitu raz jeszcze (po przeczytaniu sagi), na pełno w pełni zrozumie co autor - w tej roli ja - miał na myśli. Podsumowując - w mojej ocenie seria o Arkadim stanowi opus magnum w twórczości Cazy. Jeśli chcielibyście komuś udowodnić, że komiks jest sztuką potrafiącą, podobnie jak książka czy film, przedstawiać wielopoziomowe opowieści o głęboko ugruntowanym, moralizatorskim lub filozoficznym przesłaniu ta seria z pewnością może posłużyć jako znamienity przykład na obronę takiej właśnie tezy.