Wracam w drugiej odsłonie cyklu tekstów, w których zbieram przemyślenia co do problemów scenariuszowych serii które zdarza mi się "odświeżyć", tj. powrócić do ich lektury. Ostatnio była "Ekspedycja" a tym razem jest to saga o Wikingu z gwiazd - Thorgalu Aegirssonnie.
Zazwyczaj raz na kilka lat - zdarza mi się bowiem faktycznie wrócić do półki, na której stoją tomy tejże serii. Kilkukrotnie już na łamach tego bloga pisałem teksty odnośnie tej, coraz to dłuższej sagi - bo kolejne tomy są przecież wciąż wydawane. Tym razem chciałbym merytorycznie wypunktować - nie chcę bowiem aby to było tzw. "czyste narzekanie" - jakie (niekiedy rażące) problemy fabularne, dostrzegam aktualnie w kolejnych tomach tej opowieści - raczej tych "nowszych" - co przedstawiam w kolejnych podpunktach poniżej.
| Tak to miało być - Lehla i Jolan rozstają się ale tylko na jakiś czas. Aaricia bez trudu dostrzegała, kto skradł serce jej syna. |
- Zniknięcia Lehli, Darka i Pietrowa na końcu albumu "Aniel" - postaci te towarzyszyły Thorgalowi niemal do ostatnich kadrów tego tomu. Zapowiadało się, że w dalszych epizodach nadal mogą wspierać familię Aegirssonów a Lehla - w końcu - zostanie oficjalną dziewczyną a może i żoną Jolana Thorgalssona. Nich z tych rzeczy - bez żadnej wzmianki w kolejnych tomach ci bohaterowie po prostu znikają bez śladu a zamiast hucznego wesela Jolana i Lehli - gdzie - oboje czekali i szukali się na wzajem przez wiele lat - pojawia się...
- ...Zorza (fr. Boréale) - czyli odmrożona atlancka blondyna, zupełnie przypadkiem młoda, śliczna jak z obrazka i natychmiast "przyklejona" do Jolana. Nagle dowiadujemy się też, że Zorza w jakiś sposób "wchłonęła" w siebie ducha Akwili, tragicznie zmarłej córki "czarodziejki" Slivii. Nie wiem dlaczego scenarzysta podjął taką decyzję aby wspomnianą w poprzednim podpunkcie Lehlę "wyciąć" z albumu na album i dodać tę nową postać, tj. Zorzę. Nie podoba mi się też pomysł, że Jolan Thorgalsson od razu zapomniał o tej, do której przez wiele lat wzdychał, za którą tęsknił i z dnia na dzień zapałał ognistą miłością do blondwłosej Atlantki. A dodatkowo - po co został "wyciągnięty z szafy" kolejny "scenariuszowy trup" w postaci Akwili (a przynajmniej jej ducha)? Yann ma doprawdy irytującą tendencję do ożywiania postaci, które gdzieś już wcześniej zostały uśmiercone, co - w mojej ocenie - pokazuje raczej brak świeżych pomysłów na prowadzenie fabuły.
- I tutaj płynnie przechodzimy do kolejnych "cudownych wskrzeszeń" ręką demiurga-scenarzysty a konkretnie tematu ożywienia Atlantów (w tym Slivii) i całej tej akcji z Neokorą w kosmolocie Atlantia (tomy 'Neokora' i 'Tupilaki'). Czy w albumie 'Wyspa lodowych mórz', kiedy Thorgal po raz pierwszy wkraczał na pokład uwięzionego w lodach północy statku kosmicznego (który wówczas nie miał nadanej żadnej nazwy, jak to zrobił Yann), Slivia na prawdę nie wiedziałaby, że on jest "z tych" którzy mogą otworzyć sterownię, z kasty Dzainów? Nawet jeśli, to na pewno była w stanie to łatwo wykoncypować, a jeśli tego nie zrobiła, i nie nakłoniła Thorgala przy pierwszej wizycie do otwarcia sterowni strzeżonej (wedle pomysłu Yanna) "niezniszczalnymi drzwiami z orichalku", to znaczy, że jest to następna "zapchajdziura" scenariuszowa, wymyślona przez aktualnego scenarzystę serii i że takiej sterowni po prostu wcześniej tam nie było... A tymczasem - według pomysłu Yanna - okazuje się, że członkowie załogi Atlantii byli "tylko zamrożeni" a nie martwi i można ich było łatwo ożywić a nawet zmusić do podjęcia ponownej próby zniszczenia całej ludzkości pod wodzą Neokory - pokładowej AI, kontynuującej wykonywanie rozkazów, które dostała cztery dekady wcześniej, przed deaktywacją... Przepraszam, ja tego "nie kupuję". To jest bowiem jawna kpina z dziedzictwa scenariuszowego mistrza Van Hamme'a.
- Thorgal nie urodził się "na pokładzie gwiazdolotu uwięzionego na wyspie lodowych mórz", jak przedstawia nam to scenarzysta - tj. ponownie, Yann - w tym samym tomie co wątek przebudzonych Atlantów (odcinek 'Tupilaki'). Wystarczy sięgnąć po album 'Gwiezdne dziecko' aby przekonać się, że stało się to na pokładzie innego, morskiego a nie kosmicznego statku, podczas podróży rodziców Thorgala, w poszukiwaniu surowców, potrzebnych Atlantom. To doprawdy bardzo źle świadczy o Yannie Le Pennetier i jego nieprzykładaniu się do szczegółów scenariusza i znajomości poprzednich wypadków z tej sagi!
- Kolejnym przykładem absurdalnego zmartwychwstania jest w tej serii w mojej ocenie przywrócenie do życia Kriss de Valnor - po bohaterskiej przecież śmierci w obronie własnego syna i członków familii Aegirssonów - oraz fakt, że po wizycie w zaświatach nie zmieniła się wcale i nadal jest podła, chciwa i drapieżna. Jest to doprawdy rozczarowujące, ponieważ ta bohaterka tak wiele przeszła w poprzednich tomach serii. Z bezwzględnej agresywnej najemniczki, stała się (trochę w międzyczasie) kochającą swe dziecko dojrzałą matką; pojednała się z Aaricią, której przez lata głęboko nienawidziła (zresztą z wzajemnością); no i umarła, a potem nagle zmartwychwstała, odesłana na Ziemię po sądzie Walkirii. No i nic nie pomogło, co w dużej mierze było widoczne jeszcze w cyklu Aniela i Czerwonej Magii - choć tu może bardziej należałoby winić innego scenarzystę większości tomów serii pobocznej o Kriss - Yves'a Setne'a. Czy na prawdę nie można było pozostawić tej postaci w zasłużonym, scenariuszowym grobie?
- Gdyby agresywna, czarnowłosa heroina (ponownie Kriss de Valnor) nie powróciła do świata żywych, nie pojawiłby się też w serii kolejny scenariuszowy koszmarek w postaci jej (taktycznego co prawda) ślubu z Jonalem Thorgalssonem. Wyszło na to, że ta kobieta była zamężna z ojcem a potem z synem - prawie "Moda na sukces" w wersji komiksowej. Trochę kojarzy mi się to też z memem na temat serialu "Przyjaciele", podpisanego "We are running out of combinations", czyli brakuje nam już pomysłów na kolejne kombinacje, więc wymyślamy i wprowadzamy do scenariusza elementy (związki) których zasadność pozostaje o tyleż nieprawdopodobna co i dziwna a wręcz niesmaczna.
- Artykułowałem to już kiedyś ale bardzo nie podoba mi się również jak Yann zmienia charakter i zachowanie poszczególnych kluczowych postaci oraz w jakie absurdalne (np. wymieniony akapit wyżej ślub, choć to akurat wymysł Sente'a) lub rozczarowujące sytuacje te postaci wikła. Sztandarowym przykładem jest tu dla mnie Aaricia - wcześniej zawsze przedstawiana jako symbol miłości i oddania - która zaczęła być portretowana przez Yanna jako znudzona kura domowa, która zaczęła zdradzać męża, podczas gdy Thorgal po raz kolejny poświęcał zdrowie i życie aby ratować młodszego syna, tj. Aniela. I jeszcze uczyniła to z zarozumiałym, narcystycznym chłystkiem, pokroju niejakiego Lundgena. To naprawdę krzywdzące a nawet upokarzające dla tej kluczowej przecież postaci sagi.
- Albumy "Aniel" i dalsze (następujące po nim) od strony graficznej. Uważam, że tom "Aniel" był dość smutnym pożegnanie drugiego z ojców serii (Grzegorza Rosińskiego) ze swoim dzieckiem - tj, sagą. Przykro mi to pisać ale szczerze uważam, że ten album musiał powstawać w ogromnych bólach. Styl malarski Rosińskiego, który pojawił się w albumie "Ofiara" i był (w dalszych tomach) miejscami na prawdę piękny i przykuwający oko (szczególnie w kontekście pejzaży) tutaj, tj. w trzydziestym szóstym tomie serii, stał się jakby niedopracowany, kadry wydawały się być tworzone pospiesznie, na poczekaniu niemal. Podobną opinię - co artykułowałem już kilkukrotnie, np. przy okazji recenzji najnowszych tomów serii w ostatnich latach - mam na temat prac Frederica Vignaux'a. Kreska tego twórcy jest dla mnie chaotyczna i nijaka. Wciąż - niezmiennie od lat - jestem zdania, że dużo lepszym wyborem byłoby obsadzenie Romana Surżenki w roli głównego rysownika serii po rezygnacji mistrza Rosińskiego. Być może stały za tym jakieś powody o których nigdy się nie dowiemy, np. kwestie wynagrodzenia czy po prostu dostępności do kolejnych zleceń tego artysty (Surżenki). Niemniej albumy od 37-go "w górę" uważam już za znacząco odbiegające od poprzedniej stylistyki serii in minus. Gdybyż jeszcze scenariusze Yanna Le Pennetier'a miały tę iskrę geniuszu, którą dawał serii van Hamme... Zamiast tego rzeczony Yann wygenerował sporo zamieszania i humbugów fabularnych, które starałem się zebrać w przedstawionych w tym artykule punktach.
Pozostaje dla mnie zagadką jak działa proces powstawania kolejnych albumów tej serii? Teoretycznie Piotr Rosiński (syn Grzegorza) - przynajmniej takie zawsze było moje rozumienie - jest managerem który nadzoruje rozwój sagi. Czy jednak nie są podejmowane dyskusje co konkretnie autor scenariusza (aktualnie Yann) chce umieścić w kolejnych tomach? Nie jest to analizowane i weryfikowane w kontekście spójności logicznej z wcześniej istniejącymi opowieściami (tomami) tego uniwersum? Niestety do takiej właśnie konkluzji prowadzą mnie przytoczone powyżej przypadki absurdów scenariuszowych.
