niedziela, 19 kwietnia 2026

Problemy scenariuszowe sagi o Thorgalu (oraz trochę o warstwie graficznej)

    Wracam w drugiej odsłonie cyklu tekstów, w których zbieram przemyślenia co do problemów scenariuszowych serii które zdarza mi się "odświeżyć", tj. powrócić do ich lektury. Ostatnio była "Ekspedycja" a tym razem jest to saga o Wikingu z gwiazd - Thorgalu Aegirssonnie.

   Zazwyczaj raz na kilka lat - zdarza mi się bowiem faktycznie wrócić do półki, na której stoją tomy tejże serii. Kilkukrotnie już na łamach tego bloga pisałem teksty odnośnie tej, coraz to dłuższej sagi - bo kolejne tomy są przecież wciąż wydawane. Tym razem chciałbym merytorycznie wypunktować - nie chcę bowiem aby to było tzw. "czyste narzekanie" - jakie (niekiedy rażące) problemy fabularne, dostrzegam aktualnie w kolejnych tomach tej opowieści - raczej tych "nowszych" - co przedstawiam w kolejnych podpunktach poniżej. 


Tak to miało być - Lehla i Jolan rozstają się ale tylko na jakiś czas. Aaricia bez trudu dostrzegała, kto skradł serce jej syna.
                                    

- Zniknięcia Lehli, Darka i Pietrowa na końcu albumu "Aniel" - postaci te towarzyszyły Thorgalowi niemal do ostatnich kadrów tego tomu. Zapowiadało się, że w dalszych epizodach nadal mogą wspierać familię Aegirssonów a Lehla - w końcu - zostanie oficjalną dziewczyną a może i żoną Jolana Thorgalssona. Nich z tych rzeczy - bez żadnej wzmianki w kolejnych tomach ci bohaterowie po prostu znikają bez śladu a zamiast hucznego wesela Jolana i Lehli - gdzie oboje czekali i szukali się przecież na wzajem przez wiele lat - pojawia się...

- ...Zorza (fr. Boréale) - czyli odmrożona atlancka blondyna, zupełnie przypadkiem młoda, śliczna jak z obrazka i natychmiast "przyklejona" do Jolana. Nagle dowiadujemy się też, że Zorza w jakiś sposób "wchłonęła" w siebie ducha Akwili, tragicznie zmarłej córki "czarodziejki" Slivii. Nie wiem dlaczego scenarzysta podjął taką decyzję aby wspomnianą w poprzednim podpunkcie Lehlę "wyciąć" z albumu na album i dodać tę nową postać, tj. Zorzę. Nie podoba mi się też pomysł, że Jolan Thorgalsson od razu zapomniał o tej, do której przez wiele lat wzdychał, za którą tęsknił i z dnia na dzień zapałał ognistą miłością do blondwłosej Atlantki. A dodatkowo - po co został "wyciągnięty z szafy" kolejny "scenariuszowy trup" w postaci Akwili (a przynajmniej jej ducha)? Yann ma doprawdy irytującą tendencję do ożywiania postaci, które gdzieś już wcześniej zostały uśmiercone, co - w mojej ocenie - pokazuje raczej brak świeżych pomysłów na prowadzenie fabuły.

Zorza/Boreala podczas pierwszego spotkania-wizji z Jolanem (album 'Neokora').

- I tutaj płynnie przechodzimy do kolejnych "cudownych wskrzeszeń" ręką demiurga-scenarzysty a konkretnie tematu ożywienia Atlantów (w tym Slivii) i całej tej akcji z Neokorą w kosmolocie Atlantia (tomy 'Neokora' i 'Tupilaki'). Czy w albumie 'Wyspa lodowych mórz', kiedy Thorgal po raz pierwszy wkraczał na pokład uwięzionego w lodach północy statku kosmicznego (który wówczas nie miał nadanej żadnej nazwy, jak to zrobił Yann), Slivia na prawdę nie wiedziałaby, że on jest "z tych" którzy mogą otworzyć sterownię, z kasty Dzainów? Nawet jeśli, to na pewno była w stanie to łatwo wykoncypować, a jeśli tego nie zrobiła, i nie nakłoniła Thorgala przy pierwszej wizycie do otwarcia sterowni strzeżonej (wedle pomysłu Yanna) "niezniszczalnymi drzwiami z orichalku", to znaczy, że jest to następna "zapchajdziura" scenariuszowa, wymyślona przez aktualnego scenarzystę serii i że takiej sterowni po prostu wcześniej tam nie było... A tymczasem okazuje się, że członkowie załogi Atlantii byli "tylko zamrożeni"  a nie martwi i można ich było łatwo ożywić a nawet zmusić do podjęcia ponownej próby zniszczenia całej ludzkości pod wodzą Neokory - pokładowej AI, kontynuującej wykonywanie rozkazów, które dostała cztery dekady wcześniej, przed deaktywacją... Przepraszam, ja tego "nie kupuję". To jest bowiem jawna kpina z dziedzictwa scenariuszowego mistrza Van Hamme'a.

Thorgal nie urodził się "na pokładzie gwiazdolotu uwięzionego na wyspie lodowych mórz", jak przedstawia nam to scenarzysta - tj. ponownie, Yann - w tym samym tomie co wątek przebudzonych Atlantów (odcinek 'Tupilaki'). Wystarczy sięgnąć po album 'Gwiezdne dziecko' aby przekonać się, że stało się to na pokładzie innego, morskiego a nie kosmicznego statku, podczas podróży rodziców Thorgala, w poszukiwaniu surowców, potrzebnych Atlantom. To doprawdy - ponownie - bardzo źle świadczy o Yannie Le Pennetier i jego nieprzykładaniu się do szczegółów scenariusza i znajomości poprzednich wypadków z tej sagi!

Ostatni kadr z albumu serii pobocznej - Kriss de Valnor, T4 - Sojusze. 
Absurdalny ślub Jolana i zmartwychwstałej Kriss o którym jest mowa nieco dalej w tym tekście.


- Kolejnym przykładem absurdalnego zmartwychwstania jest w tej serii w mojej ocenie przywrócenie do życia Kriss de Valnor - po bohaterskiej przecież śmierci w obronie własnego syna i członków familii Aegirssonów - oraz fakt, że po wizycie w zaświatach nie zmieniła się wcale i nadal jest podła, chciwa i drapieżna. Jest to doprawdy rozczarowujące, ponieważ ta bohaterka tak wiele przeszła w poprzednich tomach serii. Z bezwzględnej agresywnej najemniczki, stała się (trochę w międzyczasie) kochającą swe dziecko dojrzałą matką; pojednała się z Aaricią, której przez lata głęboko nienawidziła (zresztą z wzajemnością); no i umarła, a potem nagle zmartwychwstała, odesłana na Ziemię po sądzie Walkirii. No i nic to nie pomogło, co w dużej mierze było widoczne jeszcze w cyklu Aniela i Czerwonej Magii - choć tu może bardziej należałoby winić innego scenarzystę większości tomów serii pobocznej o Kriss - Yves'a Setne'a
. Czy na prawdę nie można było pozostawić tej postaci w zasłużonym, scenariuszowym grobie?

- Gdyby agresywna, czarnowłosa heroina  (ponownie Kriss de Valnor)  nie powróciła do świata żywych, nie pojawiłby się też w serii kolejny scenariuszowy koszmarek w postaci jej (taktycznego co prawda) ślubu z Jonalem Thorgalssonem. Wyszło na to, że ta kobieta była zamężna z ojcem a potem z synem - prawie "Moda na sukces" w wersji komiksowej. Trochę kojarzy mi się to też z memem na temat serialu "Przyjaciele", podpisanego "We are running out of combinations", czyli brakuje nam już pomysłów na kolejne kombinacje, więc wymyślamy i wprowadzamy do scenariusza elementy (związki) których zasadność pozostaje o tyleż nieprawdopodobna co i dziwna a wręcz niesmaczna.  

Okładka 42 tomu serii z wydania niemieckiego - album 'Wareg Ozur' - autorstwa F.Vignaux'a,
 która wg. mnie znacznie lepiej pasuje do treści albumu niż ta którą dostaliśmy w wydaniu polskim.. 
Na obrazku widzimy Aaricię, płaczącą przy menhirze gdzie został pochowany jej ojciec - Gandalf Szalony.

- Artykułowałem to już kiedyś ale bardzo nie podoba mi się również jak Yann zmienia charakter i zachowanie poszczególnych kluczowych postaci oraz w jakie absurdalne (np. wymieniony akapit wyżej ślub, choć to akurat wymysł Sente'a) lub rozczarowujące sytuacje te postaci wikła. Sztandarowym przykładem jest tu dla mnie Aaricia - wcześniej zawsze przedstawiana jako symbol miłości i oddania - która zaczęła być portretowana przez Yanna jako znudzona kura domowa, która zdradzała męża, podczas gdy Thorgal po raz kolejny poświęcał zdrowie i życie aby ratować młodszego syna, tj. Aniela. I jeszcze uczyniła to z zarozumiałym, narcystycznym chłystkiem, pokroju niejakiego Lundgena. To naprawdę krzywdzące a nawet upokarzające dla tej kluczowej przecież postaci sagi.


- Albumy "Aniel" i dalsze (następujące po nim) od strony graficznej. Uważam, że tom "Aniel" był dość smutnym pożegnanie drugiego z ojców serii (Grzegorza Rosińskiego) ze swoim dzieckiem - tj, sagą. Przykro mi to pisać ale szczerze uważam, że ten album musiał powstawać w ogromnych bólach. Styl malarski Rosińskiego, który pojawił się w albumie "Ofiara" i był (w dalszych tomach) miejscami na prawdę piękny i przykuwający oko (szczególnie w kontekście pejzaży) tutaj, tj. w trzydziestym szóstym tomie serii, stał się jakby niedopracowany, kadry wydawały się być tworzone pospiesznie, na poczekaniu niemal. Podobną opinię - co artykułowałem już kilkukrotnie, np. przy okazji recenzji najnowszych tomów serii w ostatnich latach - mam na temat prac Frederica Vignaux'a. Kreska tego twórcy jest dla mnie chaotyczna i nijaka. Wciąż - niezmiennie od lat - jestem zdania, że dużo lepszym wyborem byłoby obsadzenie Romana Surżenki w roli głównego rysownika serii po rezygnacji mistrza Rosińskiego. Być może stały za tym jakieś powody o których nigdy się nie dowiemy, np. kwestie wynagrodzenia czy po prostu dostępności do kolejnych zleceń tego artysty (Surżenki). Niemniej albumy od 37-go "w górę" uważam już za znacząco odbiegające od poprzedniej stylistyki serii in minus. Gdybyż jeszcze scenariusze Yanna Le Pennetier'a miały tę iskrę geniuszu, którą dawał serii van Hamme... Zamiast tego rzeczony Yann wygenerował sporo zamieszania i humbugów fabularnych, które starałem się zebrać w przedstawionych w tym artykule punktach.

Plakat z postaciami młodych Thorgala i Aaricii stworzony przez Romana Surżenkę dla organizatorów Festiwalu komiksu w Puteaux. 
Czyż nowe albumy o familii Aegirssonów nie wyglądałyby lepiej w takiej stylistyce?

                            

    Pozostaje dla mnie zagadką jak działa proces powstawania kolejnych albumów tej serii? Teoretycznie Piotr Rosiński (syn Grzegorza) - przynajmniej takie zawsze było moje rozumienie - jest managerem, który nadzoruje rozwój sagi. Czy jednak nie są podejmowane dyskusje co konkretnie autor scenariusza (aktualnie Yann) chce umieścić w kolejnych tomach? Nie jest to analizowane i weryfikowane w kontekście spójności logicznej z wcześniej istniejącymi opowieściami (tomami) tego uniwersum? Niestety do takiej właśnie konkluzji prowadzą mnie przytoczone powyżej przypadki absurdów scenariuszowych. 

niedziela, 15 lutego 2026

Problemy scenariuszowe w 'Ekspedycji' (ale nie tylko)

    O temat twórczości Bogusława Polcha zahaczałem w swoich artykułach na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza przynajmniej kilkukrotnie, między innymi pisząc tekst o serii Ekspedycja artykuł "Szalony Pilot" czy nawet mini-biografię Polcha - dla magazynu KZ - a także - już na tym blogu - pisząc dwukrotnie o Funkym KovaluAby jakiś tekst trafił tutaj (tj. na bloga właśnie) w formie nadającej się do publikacji - bo różnego rodzaju szkice, drafty i porzucone wersje teksów to już zupełnie inna historia - musi nadarzyć się temat, który mnie jakoś szczególnie zainteresuje, skłoni do przemyśleń i analiz - łącznie z poszukiwaniem dodatkowych informacji. Tym razem "triggerem" stała się (ponowna) lektura 'Ekspedycji'  -słynnej serii składającej się z ośmiu albumów, rysowanych przez Polcha w latach 70. i 80. XXw. Otóż moim zamysłem było powrócić do tego uniwersum aby "jak prawdziwy koneser", nie spiesząc się, pokontemplować rysunki i słynną, precyzyjną kreskę Polcha. Jednocześnie przy lekturze uderzyło mnie, jak wiele jest w tej serii dziur i bzdur scenariuszowych. Tak więc oprócz kilku ogólnych refleksji co do twórczości tego rysownika które naszły mnie w tzw. "międzyczasie" - a które również tutaj zamieszczam - głównym tematem tekstu w zamyśle pozostaje wypunktowanie wspomnianych mankamentów w warstwie narracyjno-scenariuszowej.


    
    Zacznę od tego, że z rysunkami Polcha zawsze miałem pewną trudność. Z jednej strony, to co mnie osobiście niezmiennie zadziwia to fakt, jak bardzo nadal projekty techniczne - np. pojazdy czy bronie z jego komiksów - wyglądają nowocześnie nawet dziś, choć komiksowe plansze z omawianej tutaj serii po prawie pięćdziesięciu latach od powstania pierwszego albumu wypadałoby już chyba uczciwie nazywać "retrofuturyzmem". Z drugiej strony mamy np. twarze bohaterów, które nawet w szczytowych momentach "kondycji" twórczej wychodziły autorowi różnie, często przypominając raczej karykaturalne "gęby". I jeszcze dochodzą do tego kolejne nierówności jeśli chodzi o styl zarówno na przestrzeni lat jak i pomiędzy poszczególnymi seriami. Podobno Polch świadomie chciał różnicować "look" poszczególnych rysowanych przez siebie opowieści które tworzył aby nie zamykać się w jednej stylistyce  (np. Koval vs Wiedźmin). Z drugiej strony nawet albumy danej serii - i Ekspedycja jest tu dość jaskrawym przykładem - znacznie różnią się od siebie, w kontekście kreski, kadrowania i kolorystki... W ramach dygresji dodam, że szczególnie widoczną, wręcz szokującą zmianą w tej materii są drugi oraz trzeci album sagi of Funky'm Kovalu ("Sam przeciw wszystkim" vs "Wbrew sobie") gdzie pierwszy z wymienionych albumów wydaje się szczytem maestrii osiągniętej kiedykolwiek przez Polcha, podczas gdy kolejny, trzeci album Kovala - szczególnie w wersji kolorowej - prezentuje znaczący "zjazd" formy, w kontekście precyzji i staranności kreski, kadrowania a wreszcie i kolorów - ale może to już temat na zupełnie inny, dedykowany tekst...


    Wracając do samej serii "Wg. Danikena" - bo również pod taką nazwą funkcjonowała, także w Polsce, Ekspedycja - to w mojej opinii szczytowym momentem serii w kontekście jakości rysunków jest tom "Zagłada Wielkiej Wyspy". Projekty techniczne, dynamiczne sceny walki czy scena w kokpicie kosmolotu gdzie zaburzone zostaje pole grawitacyjne planety, do tej pory niezmiennie przykuwają moją uwagę. Co ciekawe właśnie między tym tomem - "Zagładą..." - i kolejnym albumem serii "Planeta pod kontrolą" następuje największy - i dość zaskakujący - skok jakościowy "in minus" jeśli chodzi o jakość techniczną rysunków tej właśnie serii. O ile kreska pozostaje w zasadzie bez zmian - kontury są nadal niezwykle precyzyjne - to nakładanie kolorów w "Planecie..." pozostawia wiele do życzenia, wygląda bowiem jakoś tak "peerelowsko" - buro i byle jak. Tyle dywagacji w temacie warstwy graficznej. Natomiast jeśli chodzi o największe problemy scenariuszowe, które przecież miały się stać motywem przewodnim tego tekstu, to poniżej, w punktach, przedstawiam swoje spostrzeżenia w tej materii:





- Kłopoty z narracją zaczynają się już właściwie na pierwszych stronach sagi, w albumie "Lądowanie w Andach". Oto po wybudzeniu z hibernacji okazuje się, że część załogi chce pozostać lojalna wobec oryginalnych rozkazów z Des, a inna grupa zupełnie nie ma na to ochoty. Niektórzy chcą wylądować głównym statkiem na planecie i pozostać tu na zawsze, inni natomiast rozważają plan aby od razu lecieć dalej, ignorując oryginalne rozkazy które dostali na Des... A podobno zostali wyselekcjonowani do tej misji. Czy nie powinni być zmotywowani aby osiągnąć sukces, czy ktoś ich zmuszał do udziału w przedsięwzięciu? Rozumiem chęć zbudowania sytuacji konfliktowych w warstwie scenariusza ale ten pomysł wydaje mi się wielce naiwny i naciągany.


- Dodatkowo, ekspedycja z Des składała się z samych mężczyzn oprócz niej - dowódczyni, Ais - gdzie w tym sens, gdzie logika? Ten fakt też wkrótce staje się podłożem wielu konfliktów wśród desjańskiej załogi, łącznie z łączeniem się w pary desjanskich mężczyzn z lokalnymi kobietami - wychodowanymi owocami ich własnych eksperymenów genetycznych.



- Kolejną problematyczną decyzją scenariuszową wydaje się to, że tak zaawansowana cywilizacja techniczna nie wysłała na pierwszą wyprawę robotów, które mogłyby towarzyszyć i pomagać ludziom. Desjalnie mieli je przecież, co widać w późniejszych albumach. Pojawiają się one bodaj dopiero w "Walce o planetę" (w postacie obcych biorobotów). 

- Wracając raz jeszcze do początku opowieści to - ponownie - w  albumie "Lądowanie w Andach" Ais po przebudzeniu załogi mówi im, że zostali wysłani w podróż bez powrotu, ponieważ macierzysta planeta - Des - umiera i po prostu nie będą mieli dokąd wrócić. W kolejnych albumach jednak najpierw Chat ma wrócić na rodzimy glob, a później sama Ais wraca na Des. No to jak to w końcu jest?




- W pewnym momencie główny naukowiec Ekspedycji - Zan - mówi: "życie wszędzie musi rozwijać się tak samo"... Naprawdę? Musi? Skąd takie wnioski? A jakby życie rozwinęło się na bazie dajmy na to krzemu, albo metali w formie płynnej czy ewoluowałoby w kierunku od pojedynczych komórek do strunowców aż do ssaków - szczerze wątpię, aby proces drugi raz mógł powtórzyć się dokładnie tak samo na innej planecie.


- W "Walce o Planetę" Ais dosłownie sama "włazi" w łapy Insektoidów - rasy obcych najeźdźców, przed którymi Desjanie muszą bronić Ziemi i Ziemian. Do statku tych wrogo nastawionych form życia Ais udaje się na "małą pogawędkę" sama, bez wsparcia towarzyszy i to dwa razy! Dodatkowo za pierwszym razem udaje jej się ukraść dokładnie tę część, która jest najbardziej istotna w kontekście zneutralizowania biorobotów, głównej broni Insektoidów (choć bierze pierwszy lepszy artefakt z taśmy produkcyjnej, który wpadł jej pod rękę). Dodatkowo Insekty po prostu wypuszczają ją bez większych konsekwencji, zamiast uwięzić  albo zabić, wiedząc przecież, że Ais i Desjanie nadal będą im szkodzić... Przy drugiej wizycie Ais ustawia się dokładnie pod miejscem na które może spaść wąski, szklany cylinder w którym zostaje uwięziona i wrzucona do wody. Po pierwsze kto trzyma w suficie takie kapsuły? Po drugie - ponownie - skoro Insektoidy chciały się Ais pozbyć permanentnie, mogły uczynić to inaczej i efektywniej.



- Na początku albumu "Zagłada Wielkiej Wyspy" - po powrocie na ojczystą Des, Ais zostaje poinformowana przez Wielki Mózg, że wszystkie wysiłki poczynione przez nią samą i kierowaną przez nią Ekspedycję nie miały sensu, ponieważ ona i jej towarzysze kierowali się antropocentryzmem. Zaczęli eksperymenty i zmiany genetyczne na istotach najbardziej do siebie podobnych - ziemskich małpoludach. Ale wynika z tego, że przed wyruszeniem na wyprawę nie dostali dokładnych instrukcji, że w rozum należy wyposażyć istoty które posiadają już jakiś stopień zorganizowania społecznego, jak np. mrówki czy termity, co sugeruje Wielki Mózg podczas udzielania Ais reprymendy. Czy genialny desjański umysł i  jego zespół wspierających komputerów nie powinien tego przewidzieć i udzielić - przynajmniej Ais jako dowódczyni misji - odpowiednich instrukcji przed rozpoczęciem wyprawy?


- Również  w albumie "Zagłada..." Satham i jego totumfacki - Azazel - lecą sondą do orbitującego kosmolotu, natykając się podczas finalnej ucieczki przed robotami strzegącymi bezpieczeństwa kosmolotu - cóż za przypadek - na niezwykle cenny artefakt, w postaci kryształowej czaski. Ląduje ona dokładnie pod ręką Sathama, dosłownie "aby po nią sięgnąć". Co więcej, Satham odkrywa po powrocie do swojego laboratorium, ze promieniowanie energetyczne przepuszczone przez kryształ czaszki działa paraliżująco nie tylko na roboty ale również na istoty żywe. To daje mu przewagę w starciu z Chatem, który wchodzi do laboratorium złoczyńców. Ale... po tym jak kryształowa czaszka okazuje się niezwykle użytecznym artefaktem, Satham tak po prostu pozostawia ją w opuszczonym laboratorium, dzięki czemu przejmuje ją - ponownie - Ais, gorączkowo poszukująca zaginionego Chata.



- Pod koniec tego samego tomu, tj. - ponownie - "Zagłady...", Ais zostaje ukarana za nieposłuszeństwo Wielkiemu Mózgowi - jej ukochany, Chat, zostaje zabity przez robota. W pogoni za sprawcą - który po testach polegających na wydaniu polecenia zniszczenia aparatu potrzebnego do kontunuowania i bezpieczeństwa lotu zostaje zdemaskowany - Ais dopada sprawcę w hali agregatów prądotwórczych, strzelając do niego z dystansu. Maszyna spada i rozbija się kilka metrów poniżej, tylko, że okazuje się, iż nie był to humanoidalny robot jak pozostałe, tylko człowiek, przebrany w strój robota. No właśnie... 1. Ais porwała na Des przypadkowy kosmolot. Skąd Wielki Mózg miałby wiedzieć, gdzie umieścić swojego szpiega ucharakteryzowanego na robota? 2. Lot na Niebieską planetę, aktywności na tejże zajęły sporo czasu - jak ten fałszywy robot w ogóle funkcjonował na pokładzie kosmolotu? Mowa tutaj choćby o czynnościach fizjologicznych i odżywianiu. 

- W "Planecie pod kontrolą" okazuje się, że mimo ogromnego wybuchu spowodowanego przez eksplozję termojądrową w której poświęcił się towarzysz Ais - Rama - w końcówce albumu "Walka o planetę", Insektoidy nadal tam, tj. na Księżycu, są. Mało tego, nadal są wrogo nastawione, porywają, ukrywają i niszczą -  demontując osprzęt elektroniczny - kolejny kosmolot z Des. Nadal mają też plany podbicia Ziemi - o czym mówi Aistar (następczyni Ais)  i to otwartym tekstem, jeden z Insektoidów spotkanych w podziemnej bazie na Księżycu. A mimo tego wszystkiego Aistar nie podejmuje decyzji aby Insektom dać ostatecznego łupnia i rozwiązać problem raz na zawsze.

    Jeszcze kilka słów na temat głównej bohaterki całej serii - dowódczyni Ais (i pośrednio jej klona - Aistar). Podobno pierwowzorem zarówno Ais (jak i Brendy Lear z serii o Funkym Kovalu) jest ta sama osoba, można by rzec "muza" Polcha - druga żona rysownika, Danuta (Dana) Polch. O ile między Ais i Daną - na podstawie dostępnych zdjęć - można jeszcze dostrzec pewne ogólne podobieństwo, to ja osobiście zupełnie nie widzę takowych zbieżności z wyglądem oryginału (Danuty) do komiksowej Brendy. Wracając finalnie do samej Ais, to jako "wisienkę nad 'i'" przytoczę fakt, że odmłodzona wersja tej bohaterki (może z jej lat nauki w Akademii Władców na Des) miała się pojawić w opracowywanej ok. 2015r. animacji zatytułowanej roboczo "Ais, The Movie". Jednak ostatecznie nic z tego nic wyszło i oprócz kilku projektów 3D - nadal możliwych do odkopania w rozległych zasobach Internetu - nic więcej nie ujrzało światła dziennego także być może już nigdy nie dowiemy się "co autor miał na myśli", o czym właściwie miał traktować ten film itd...

Projekt postaci młodej Ais, stworzony na potrzeby niezrealizowanej animacji omawianej powyżej.