niedziela, 20 sierpnia 2017


    To nie będzie recenzja sensu stricto najnowszego "dzieła" (cudzysłów dodany nieprzypadkowo i z rozmysłem), pewnego znanego francuskiego reżysera. Co tu dużo mówić, być może za oceanem (np. w USA) seria o przygodach czasoprzestrzennych agentów, Valeriana i Laureliny, nie jest tak znana jak postaci z komiksów Marvela czy DC, jednak w Europie, seria ta stanowi klasykę, kanon. Tak więc "za wielką wodą" pewnego rodzaju ruletką było jak film zostanie odebrany (i w box office'ach faktycznie wypadł dosyć blado), jednak prawdziwym sprawdzianem niewątpliwie był swojski teren, można by rzec "matecznik" - Europa. Lecz okazuje się że i na starym kontynencie, film zaczął zbierać bardzo mieszane recenzje, a powodów takiego stanu rzeczy jest wiele...


   Wiedziony ciekawością, ale i niepokojem, udałem się na seans do kina, i... cóż, po zakończeniu  projekcji mnóstwo myśli krążyło w mojej głowie, głównie nieustających porównań filmu i oryginału, serii komiksowej... Podsumuję to zwięźle tak: ogólnie rzecz ujmując omawiany tu film nie jest zły. Realizacja miejscami na prawdę robi wrażenie, scenariusz trzyma się jakoś kupy, akcja wartko rwie do przodu. Rzekłbym nawet, że obraz niesie w sobie duży poziom świeżości jeśli chodzi o warstwę wizualną, znacząco odróżniając się od, chociażby, wysokobudżetowych produkcji Marvela (inna stylistyka, narracja). Uwagę zwracają też jazdy kamery i przebogate, kolorowe efekty specjalne. Gdybyż tylko ten obraz nie próbował być ekranizacją przygód komiksowego Valeriana...

Dwójka pierwowzorów. Podobni do filmowych odpowiedników? Wcale!

    ...Myślę, że ten film zapewne dużo lepiej odbiera się z punktu widzenia osoby, która nie zna oryginału. Natomiast z perspektywy czytelnika, który zna te komiksowe historie, po prostu nic się w filmie nie zgadza... Gorzej nawet, wszystko jest tu przeinaczone, przekręcone, wypaczone... Doprawdy bardzo dziwi mnie, jak Besson, będąc podobno od lat fanem Valeriana, marzącym o ekranizacji tego komiksu, zrealizował film tak dalece niezgodny z oryginałem? Zamiast trzymać się w jakimś stopniu komiksowej historii, stworzyć adaptację któregoś konkretnego albumu, lub podcyklu przygód Valeriana, reżyser "adaptacji" postanowił skumulować pewne (w jego ocenie zapewne najlepsze) wątki z różnych albumów, wszystko to wrzucić w jeden filmowy "kocioł" i "zamieszać" (czy raczej "namieszać"). Najbardziej chyba przeraża mnie to, że Besson zachowuje się jak wyrocznia, z klapkami na oczach brnie w swoją wizję, zupełnie w nosie mając oryginał. Ze smutkiem stwierdzam, że spełniły się niemal wszystkie moje obawy co do wierności ekranizacji względem komiksów, które zdołałem wyartykułować ponad 2 lata temu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o projekcie Bessona (po szczegóły odsyłam tutaj: notatka o Valerianie). Niejako w uzupełnieniu tamtego tekstu postaram się w miarę zwięźle wypunktować resztę refleksji z perspektywy fana komiksów o przygodach pary czasoprzestrzennych agentów, świeżo po kinowym seansie:


I oto są, bohaterowie, protagoniści, orły, sokoły - Cara jak zwykle nadąsana.

    Jak ująłem to w szczegółach w tekście, do którego zamieściłem link powyżej, już w momencie ujawnienia odtwórców głównych ról kategorycznie byłem zdania, że dobór aktorów jest nietrafny, że nie nadają się oni do sportretowania przypisanych im postaci. Więc nie było do mnie niespodzianką, że to się potwierdziło... Filmowi agenci mogli by się równie dobrze nazywać Marian i Barbara, czy jakkolwiek inaczej... Bo to nie są filmowe odpowiedniki komiksowych oryginałów. Poza tymi samymi imionami, nie mają z nimi właściwie nic, naprawdę nic wspólnego! W filmie obydwoje oni są kadetami wojskowymi świeżo po egzaminach  (o służbach czasoprzestrzennych nie ma w filmie słowa) a pyskują do przełożonych jakby, przysłowiowo, "wszystkie rozumy pozjadali". Nie słuchają rozkazów, szpanują brawurą i nieprzestrzeganiem zasad. W ogóle odtwórcy głównych ról są "drewniani" ich warsztat aktorski prezentuje się doprawdy miernie. Dodatkowo nie ma też między nimi na ekranie chemii... a motyw "miłości" i marudzenie o ślubie między głównymi bohaterami - porażka... To jest chyba najtandetniejszy wątek ze wszystkich, psujący obraz filmu jako całości w największym stopniu.

Prawdziwa Laurelina - Cara mogła mieć chociaż zafarbowane na rudo włosy, żeby ją choć trochę upodobnić do oryginału.

- Laurelina (ach, delikatna, urocza, inteligentna "Laurelinka", jak nazywał ją pan Albert w komiksach)... Cóż, Cara Delevinge jest na ekranie wręcz przeciwieństwem swojego komiksowego pierwowzoru! W pierwszej kolejności wspomnijmy tu o aparycji: w komiksach Laurelina nie była blondynką, lecz miała rude włosy. Była filigranową delikatną ale i zaradną oraz niezwykle inteligentną kobietą - uroczą, młodą dzikuską, którą Valerian poznał podczas wyprawy w czasie do średniowiecza. A tutaj, w filmie, postać grana przez Carę jest przede wszystkim agresywna, drwiący uśmieszek albo obnażone w wyrazie wściekłości zęby to raczej jej naturalne miny, a nie promienny, ciepły uśmiech jakim rozświetlała otoczenie prawdziwa agentka Laurelina. Besson kontynuuje pewną "tradycję" ponieważ w "Piątym elemencie" także obsadził dobrze wyglądającą modelkę, Milę Jovovich. Jednak tamta, w roli Lilou, poradziła sobie nad wyraz dobrze, czego nie można powiedzieć o roli Delevinge. Ta dziewczyna nikogo tu nie gra, nie wciela się w rolę, po prostu jest sobą i nikim innym, chyba nie potrafi tego zrobić (tj. pokazać jakieś konkretne umiejętności aktorskie, wcielić się faktycznie w odgrywaną rolę)...


- Valerian... protagonista, heros... Rzecz jasne w teorii, czy raczej w oryginale... gdyż w praktyce, tj. na ekranie, to raczej przysłowiowy "cienki bolek", cień oryginału, statysta, figurant. Wg. pomysłu Bessona, tytułowy bohater, to podrywacz, bawidamek, pożeracz damskich serc. Co z tego, jeśli aktor, odtwórca tej roli wygląda raczej, jakby w klubie podpierał samotnie ściany z drinkiem w dłoni, a nie nieustannie uwodził kobiety! Jedna rzecz to to, że postać jest niezgodna z oryginałem, gdyż komiksowy Valerian był inny, bardziej męski, prawdziwy heros, aczkolwiek nie pozbawiony typowy męskich przywar jak np. zarozumialstwo. Jednak był to bohater z krwi i kości. Tymczasem Dane De Haan... Aktor jest za młody na tą rolę, do tego ma zupełnie inną aparycję niż komiksowy Valerian i jeszcze brak mu siły osobowości - to widać na ekranie, bardzo!

Niby taka wyemancypowana babka z tej agentki Laureliny, a nawet go nie spoliczkowała za taką tanią zagrywkę... Doprawdy żenująca scenka - co na to feministki? ;)

    A scena "uwodzenia/podrywania" Laureliny na początku filmu, polegająca na wciągnięciu dziewczyny "na wyro" i zdominowanie jej (oraz przejęcie jej drinka) z marszu powinno dostać nominację do nagrody "Złotych malin". De Haan, nie jest złym aktorem, jego rolę w "Lekarstwie na życie" Verbinsky'ego uważam za całkiem udaną, tam faktycznie było widać jakiś kunszt tego aktora, lecz tutaj...szkoda gadać.



Cukierkowa sceneria na planecie Muł
- Planeta Mul i Przetwornik...film bazuje (podobno) bezpośrednio na komiksach. Niby wiele pomysłów w tej produkcji pochodzi z jednego albumu ("Ambasador cieni"), swój tytuł film bierze  natomiast z innego tomu "Cesarstwo tysiąca planet". W komiksach jednak Przetworniki pochodziły z planety o nazwie Bluxt i owszem, były trudne do zdobycia, ale nie na zasadzie, że "zostało jedno takie zwierzątko w galaktyce". Po co to było tak przekręcać, przeinaczać? Druga sprawa, że w filmie zupełnie nie została przedstawiona osobowość "Mruka przetwornika" z oryginału - nadąsanego, wiecznie obrażonego ale i niekiedy uroczego stworzenia, na które Laurelina ma dobroczynny wpływ, obłaskawiając go swoim osobistym urokiem. Obok Mruka, drugim głównym artefaktem w filmie jest perła. I znowu...jeśli dobrze pamiętam, perły w komiksach pochodziły z planety Ebebe. No i wreszcie sama planeta Mul i jej nazwa - czy reżyser nie wiedział, że ta nazwa i po angielsku i po polsku (i pewnie wielu innych językach) brzmi jak nazwa upartego zwierzaka? Na prawdę mało oryginalne. Kolejna sprawa, że sceny z cukierkowego życia na tej planecie wyglądają tak kolorowo, że aż może widza miejscami zemdlić...

Punkt centralny w ujęciu J.C.Mezieresa.
- Alfa... W komiksach (początek tomu "Ambasador cieni") wyglądało to tak: "Czym był pierwsze spotkania? Niewybaczalnymi wojnami, czy spontanicznym braterstwem? Nikt już tego nie wie. Pewne jest tylko to, że któregoś dnia na przecięciu najbardziej uczęszczanych szlaków kosmosu umieszczono pierwszą komorę tego, co miało się stać punktem centralnym...". A tym czasem w filmie mamy coś zupełnie innego - zadufaną w sobie ludzkość, która swoją przerośnięta, orbitalną stację kosmiczną, pchaną przez dołączone silniki rakietowe, wysyła w kierunku Andromedy, gdzie kolejne rasy dołączają coraz to nowe komory do konstrukcji "łaskawców galaktyki". Jest to następny, przyprawiający o ból głowy pomysł Bessona, zupełnie nie trzymający się oryginału. Przecież "Punkt Centralny" z oryginału, to było zupełnie coś innego. Ludzkość nie była też siłą sprawczą jego powstania, po prostu w pewnym momencie sama dołączyła do społeczności galaktycznej, stając się jej częścią, podłączając tam swoją "komorę".


Oryginalne szpiegowskie trio w komplecie.

- Shinguzi...oczywiście w filmie nazywają się inaczej - Dongah-Dagui. Trójka szpiegów bez poczucia moralności, nieustannie handlujących informacjami. Cóż, oprócz pewnych zmian w wyglądzie, te postaci zostały chyba, jako jedne z nielicznych w miarę wiernie odwzorowane w filmie. Jednak poza kilkoma sytuacjami na siłę próbującymi wprowadzić elementy komizmu niewiele wnoszą oni do tego obrazu...Równie dobrze mogło by ich nie być. Na plakatach do filmu występują jako jedni z głównych bohaterów, lecz ich rola w scenariuszu jest zaiste marginalna...


W komiksie to Laurelina, nie Valerian, "przywdziała" na siebie maskującą powłokę w postaci zmiennokształtnego kosmity.
Bubble, czyli grana przez Rihannę postać zmiennokształtnej istoty - artystki-tancerki-striptizerki. Paradoksalnie ta postać, choć mam wrażenie że dodana do filmu na siłę, okazuje się być jedną z ciekawszych. Choć, niestety, znowu różni się ona od komiksowego oryginału ale...Chyba nawet nie warto po raz kolejny załamywać nad tym rąk... Po prostu scenarzysta i reżyser (tak, to jedna i ta sama osoba), wziął oryginał, rozłożył go na części składowe,  i poskładał je w zupełnie inną, patchwork'ową całość.



Wszechświat i zamieszkujące go rasy - no cóż, poza Alfą i jej komorami, nie zobaczyliśmy wiele więcej, ale może to i dobrze. Paradoksalnie, najwięcej ras kosmitów pojawia się na samym początku filmu (kumulacja) w postaci kolejnych powitań gości (kosmitów) i gospodarzy (Ziemian) na Alfie. Reszta filmu jest w dużej mierze skupiona na ludziach i ich akcjach - a szkoda. Chociaż ten element Besson mógł dużo lepiej wykorzystać, tym bardziej, że "wizytówką" komiksowej serii o Valerianie i Laurelinie było przedstawiania przez twórców mnogości cywilizacji, planet i ogólnie różnorodności form życia w kosmosie.

Galaxity w komiksach - widok na kopułę służ czasoprzestrzennych.
  
- Galaxity...to jest rzekłbym "gwóźdź do trumny" w kontekście obrazu Bessona jako "adaptacji" komiksowego pierwowzoru. Fakt ostatecznie potwierdzający w mojej ocenie, że film, poza tytułem i imionami głównych bohaterów nie ma właściwie nic wspólnego z oryginałem. Bo przecież podstawą serii komiksowej było to, że Valerian i Laurelina byli agentami służb czasoprzestrzennych Galaxity, stolicy Ziemi z ery galaktycznej. A tym czasem, jak częściowo zostało to wspomniane na początku tego tekstu, są oni jakimiś tam wojskowymi kadetami i niewiele więcej. O Galaxity i podróżach w czasie i przestrzeni nie ma w tym filmie ani słowa...

"Papierowa" miłość - znacznie bardziej przekonująca niż ta na ekranie.

    Byłbym w stanie przedstawić dziesiątki innych detali, które w filmie zostały zupełnie przeinaczone, tylko w zasadzie po co...? Słyszałem opinie, że zrealizowany 20 lat temu "Piąty element" Bessona, także na początku był niedoceniany, budził kontrowersje, a ostatecznie uznawany jest dziś za klasykę kina SF (choć tak na prawdę jest to, podobnie jak i Valerian, space opera - bajka w kosmosie). W mojej ocenie najnowsza produkcja Bessona nie stanie się takim dziełem, przez to, że budzi zbyt skrajne emocje. Nie stanie się tak również przez to, że adaptacje jest zbyt daleka oryginałowi. Gorzej nawet - nie tylko nie ma w sobie prawie nic z ducha pierwowzoru, to jeszcze czerpiąc z komiksowej serii pełnymi garściami, wszystko zmienia, przeinacza. To jest coś jak legalny plagiat, z opłaconymi prawami autorskimi. Besson chciał opowiedzieć swoją własną historię, wpychając w nią postaci z cudzej bajki.


    A najgorsze jest to, że reżyser ma już plan na stworzenie drugiej, i trzeciej części przygód tego pseudo-Valeriana... Jak częściowo sformułowałem to już na początku, mimo całego narzekania ten film, sam w sobie, nie jest zły. Gdybyż tylko Besson nie zdecydował się ubierać swojej autorskiej wizji we "franczyzę", przemianował bohaterów dając im jakiekolwiek inne imiona, moja ocena zapewne byłaby wyższa, mniej gorzka. Jednak nie potrafię rozpatrywać tego filmu zupełnie rozdzielnie względem komiksowego oryginału. A na polu adaptacji, niestety...ten film to porażka... Jeśli faktycznie kolejny części pseudo-Valeriana ujrzą światło dzienne, ja wiem, że już do kina nie pójdę! Więcej nawet, bardzo będę się wahał nawet przed jakimkolwiek darmowym seansem (powiedzmy w TV, lub z pomocą VOD) aby, po prostu, nie denerwować się. Wolę ponownie przeczytać albumy komiksowe, np. "Cesarstwo tysiąca planet".

Kadr z albumu "Cesarstwo tysiąca planet". Laurelina jako "kochanica" cesarza.



niedziela, 28 maja 2017

Scenki z życia osiedla - recenzja

    Wiadomość o planach wydawnictwa Kurc mówiących o wypuszczeniu na rynek w maju 2017 recenzowanego w poniższym tekście albumu była dla mnie miłym zaskoczeniem. Choć Philippe 'Caza' Cazamayou jest na rynkach frankofońskich postacią znaną, rysownikiem zaliczanym dziś do klasyków i mistrzów komiksu, w Polsce przez lata jego powieści graficzne pozostawały jednak właściwie nieznane. Pojawiły się co prawdę epizodyczne wystąpienia próbek jego twórczości w komiksowych periodykach (np. magazynie „Komiksmania”). Jednak aż do tej pory nigdy nie został wydany na naszym rynku jakikolwiek album tego artysty! Osobiście po raz pierwszy spotkałem się z twórczością Philippe'a Cazamayou dawno temu, pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy to obejrzałem francuską animację SF pt. "Gandahar", do której to produkcji projekty graficzne stworzył właśnie Caza. Jakąś dekadę potem, kiedy świat zaczął stawać się „mniejszy” dzięki Internetowi, poznałem też komiksową twórczość tego autora i, przyznaję, do dnia dzisiejszego artysta ten pozostaje jednym z moich ulubionych rysowników... Skoro więc nadarzyła się okazja recenzowania w rodzimym języku pierwszego albumu tego autora nie wymagało ode mnie dużego wysiłku aby się zmobilizować i napisać ten tekst, to przyszło samo, wręcz spontanicznie...


    Zacznijmy od tego, że w skład omawianego tutaj tomu zbiorczego wchodzą opowieści które pierwotnie zostały wydane w ramach trzech oddzielnych albumów: "Scènes de la vie de banlieue" (Sceny z życia przedmieść, lub osiedli jak zostało to przetłumaczone w wydaniu polskim), "Accroche-toi au balai!" (Trzymaj się miotły!) i "L'Hachélème que j'aime" (Hachélème, które kocham). Okładka polskiego wydania zbiorczego została zaczerpnięta właśnie z tego ostatniego albumu. Nadmienię tylko, że jeszcze wcześniej (w latach 1972 - 78) epizody wchodzące w skład „scenek” były publikowane we francuskich periodykach komiksowych (głównie w „Pilote”). Wspólnym mianownikiem wszystkich epizodów jest postać głównego bohatera. Mamy tu do czynienia z podobnym zabiegiem jak w przypadku niektórych komiksów Moebiusa, gdzie protagonistą opowieści staje się alter ego samego autora - młody artysta rysownik o bujnej brodzie i rozwianych włosach. Głównym bohaterem negatywnym natomiast (choć postać ta nie jest obecna we wszystkich epizodach) jest niejaki Marcel Miquelon. Zrzędliwy, łysiejący jegomość z wydatnym brzuszkiem i wąsem a'la Hitler, niezmiennie stukający miotłą w sufit (lub podłogę) gdy tylko cisza nocna zostanie naruszona przez niesfornych sąsiadów - a tak naprawdę jednego z nich - rysunkowe alter ego Philippe'a Cazamayou. W kolejnych epizodach pojawia się też cała menażeria mniej lub bardziej fantastycznych postaci, jak chociażby zdziczała limuzyna, zastępy bezimiennych, wyglądających jak roboty pracowników metra, potwór powstały w masie odpadków, gdzieś na dnie blokowego zsypu a nawet piraci (których rysunkowy Philippe jest hersztem).


Czas rozpocząć abordaż kolejnej, bezbronnej, podmiejskiej willi!

    To nie jest kolejna mniej lub bardziej sztampowa opowieść fabularna o wyprawie w celu ratowania świata, lecz raczej zbiór poetycznych opowiadań, w których autor przedstawia, banalną zdawałoby się, rzeczywistość życia sąsiedzkiego i społecznego. Tak na prawdę, niejako w krzywym zwierciadle, piętnuje absurdy, lęki i śmieszności codziennej ludzkiej egzystencji. Z drugiej strony wszystkie te opowieści przyjmują formę onirycznych wizji, w których to co możliwe stapia się w jedną całość z tym co zupełnie fantastyczne. Ogólnie rzecz biorąc mamy tu do czynienia z posuniętym do granic absurdu piętnowaniem pewnych mieszczańsko-kołtuńskich stereotypów o sąsiadach zakłócającym innym ciszę nocną, czy też (z drugiej strony) stukającymi miotłą w sufit w celu napomnienia niesfornych współlokatorów z bloku. Mamy też krytykę trybu życia mieszczaństwa, życia polegającego na pogoni za konsumpcją. Autor w jednym z epizodów przedstawia wręcz mieszczuchów z klasy średniej jako ludzkie zombie, które nie mogą się obejść bez prądu i bez ukochanej telewizji - bowiem kiedy te, wydawałoby się należące im się zawsze rzeczy znikają, mieszczuchy-zobmie nie wiedzą co ze sobą zrobić, gdzie się podziać i dopiero wtedy opuszczają swoje betonowe jaskinie, przełamując rutynę towarzyszącą im każdego dnia (praca, dom, telewizja). Opowieści zawarte w tym albumie nie tworzą jednej, spójnej całości, są raczej etiudami, których wspólnym mianownikiem jest krytyka przytoczonych wyżej przywar społecznych i ludzkich. Poziom absurdalnego (choć niezwykle celnego w swej krytyce) humoru przywodzi mi osobiście na myśl tzw. „pythoneskę” czyli humor obecny w twórczości brytyjskich komików z grupy Monty Pythona. W epizodycznych opowieściach Cazy widać też nawiązania, zaczerpnięcia i fascynacje francuską poezją muzyką lat 70. XXw., a nawet Biblią (motyw Arki) czy twórczością francuskich autorów SF (J.P. Andrevon, R. Laloux, J. Le Fell).

Cisza nocna to rzecz święta!

   Uwagę zwraca też strona graficzna albumu. Układy poszczególnych plansz, wychodzenie akcji poza kadry, przemieszanie akcji z narracją. Poszczególne opowieści różnią się między sobą, lecz nie na tyle, żeby na pierwszy rzut okiem nie można było stwierdzić, że są to prace tego samego artysty. Zarówno pod względem stylu graficznego, rozmieszczenia kadrów jak i sposobu prowadzenia narracji poszczególne epizody są bowiem  do siebie w jakimś stopniu podobne. Wspomniana narracja zazwyczaj w głównej mierze sprowadza się do pierwszoosobowych, opisowych monologów snutych przez głównego bohatera opowieści. Specyficzna, łatwo rozpoznawalna jest też kreska Cazy i „fakturowanie” za pomocą kresek i kropek (podobne nieco do stylu Moebiusa - ale tylko miejscami). Do tego dochodzi pewna specyficzna dla tego grafika paleta kolorystyczna, czasami ciemna i posępna, a czasami pastelowa, wręcz bajkowa (czy może bardziej pasowałoby tu określenie "cukierkowa"). Dobrze widać ten kontrast np. porównując początek i koniec epizodu „Planeta trwogi”. Jest też kilka opowieści które zdecydowanie wyróżniają się na tle reszty kompozycją kadrów (i całych plansz), a także po prostu techniką tworzenia. Są to przede wszystkim epizody: „Metropolitan opera”, wspomniana już „Planeta trwogi”, „Czarna Willa” oraz „Żywe trupy”.

Jedna z plansz epizodu "Planeta trwogi".

    Jeśli chodzi o stronę stricte techniczną tomu (tj. omawianego tu polskiego wydania) to bardzo cieszy twarda okładka, świetna jakość papieru i druku. Ten album nie jest jakimś wyjątkiem po prostu dzisiejsze standardy poligraficzne są doprawdy wyśmienite. „Scenki z życia osiedla” to lektura raczej dla dorosłego czytelnika. I nie chodzi tu o epatowani (gdzieniegdzie) nagością, czy pojawiającymi się stworami niczym z horrorów. Rzecz jest raczej w odpowiednim odbiorze, interpretacji i docenieniu kunsztu autora na polu nie tyle graficznym, co narracyjnym, satyrycznym. Caza okazuje się bowiem bardzo dobrym obserwatora zastanej mieszczańskiej rzeczywistości. Pozostaje mieć nadzieję, że album „Scenki z życia osiedla” nie będzie przypadkiem odosobnionym i wkrótce doczekamy się kolejnych albumów (chętnie zbiorczych) autorstwa Cazy jak chociażby "L'áge d'ombre" (Era cienia) czy "Le Monde d'Arkadi" (Świat Arkadiego), czego i sobie i pozostałym czytelnikom serdecznie życzę.

Potwór z bagien...przepraszam, ze zsypu!


Scenarzysta: Philippe Caza Cazamayou
Ilustrator: Philippe Caza Cazamayou
Kolory: Philippe Caza Cazamayou, Scarlet Smulkowski
Format wydania: 240x320
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolor
Liczba stron 176

Wydawnictwo: Kurc, 2017

sobota, 29 kwietnia 2017

Szalony pilot

    Pierwotnie artykuł ten ukazał się w magazynie KZ (a dokładnie  rzecz biorąc ponad 10! lat temu, w KZ 45 z 2007r.). Jednak ze względu na spartańską szatę graficzną w jakiej wtedy ujrzał on światło dziennie jak i po prostu, z chęci przeredagowania jego treści zamieszczam go w nieco zmienionej, odświeżonej formie na tym blogu. Dodatkowo, w przeciągu minionej dekady zmieniła się trochę moja percepcja serii o przygodach Funky'ego Kovala jako całości. Kilka lat temu światło dzienne ujrzał ostatni (jak się wydaje) tom serii "Wrogie przejęcie" a przez jakiś czas było też głośno o filmowej adaptacji przygód kosmicznego detektywa która jednak finalnie nie doszła do skutku. Poniższy tekst został uzupełniony moimi aktualnymi przemyśleniami także odnośnie tych dwóch ostatnich tematów.

A oto i on, jeden z najsłynniejszych, kanonicznych już bohaterów komiksu polskiego we własnej osobie.

Por. Funky Koval, "Air Star Force". Pięć lat czynnej służby. Miliardy na liczniku, Odznaczenia. Także Srebrna Gwiazda Palantiru”... Zodiakalny Baran, uprawiający Assari (nigdy nie udało mi się dojść, co to właściwie jest?), lubiący polować – nad jego łóżkiem wisi sztucer myśliwski i poroża zwierząt; czytający fantastykę (mam tu na myśli zarówno czasopismo o tym tytule, jak i gatunek literacki), palący papierosy; nie stroniący również od innych typowo męskich rozrywek, jak na przykład towarzystwo pięknych kobiet (zresztą kto by tego nie lubił), o których względy zazwyczaj nawet nie bardzo musi się starać... Koval jest zawsze bardzo uparty w dążeniu do celu, bezkompromisowy w działaniu, często nagina, czy wręcz łamie, obowiązujące prawo, w celu osiągnięcia zamierzonego (na szczęście zazwyczaj szczytnego) celu. W swoich działaniach nie stroni od przemocy fizycznej i walki wręcz tam, gdzie jest to niezbędne. Kiedy jest to naprawdę konieczne, jest też w stanie zabić z zimną krwią. Nigdy nie może usiedzieć na miejscu, bo zawsze coś pcha go do działania. Przez to też wpada nieustannie w coraz to nowe kłopoty... Tak właśnie przedstawia się sylwetka jednej z najbardziej znanych, można powiedzieć, że klasycznych już postaci polskiego komiksu.


W trzech (stan na 2007r. - przyp. red.) istniejących albumach o przygodach tego bohatera, można znaleźć wiele poszlak wskazujących na to, jak Koval znalazł się w sytuacji, w której zastajemy go na początku albumu "Bez oddechu", kiedy to stara się o licencję kosmicznego detektywa, a wkrótce potem trafia pod skrzydła agencji Universs. Ale co tak naprawdę skłoniło go do zostanie detektywem, dlaczego zakończył karierę w wojsku i skąd w ogóle mógł się wziąć ten bezkompromisowy zawadiaka? W artykule tym postaram się odpowiedzieć na te i jeszcze inne pytania. Będzie on też próbą stworzenia, na podstawie wspomnianych poszlak, szkicu opowieści przedstawiającego, co mogło się dziać z naszym bohaterem podczas służby w kosmicznej flocie Ziemi?

"Ikoniczny" kształt Killera K6, jednej z maszyn eskadry komandora Dupree.

Tym co wiemy na pewno jest fakt, że porucznik Koval, był pilotem A.S.F. (Air Star Force), co można przetłumaczyć jako „Flotę powietrzno-gwiezdną”. Wiemy też, że służył pod rozkazami komandora Pierra’a Dupree. Oficer ten (Dupree) dowodził w albumie "Bez oddechu" eskadrą gwiezdnych korwet, nazywanych "Killerami". Być może więc Koval był pilotem jednej z tych maszyn, ewentualnie (co jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne) jakiegoś innego statku bojowego. Największe możliwości popisywania się jako pilot miałby prawdopodobnie latając kosmicznymi myśliwcami. Nasz bohater nie był na pewno jedynym pilotem w eskadrze, musiał więc mieć innych kolegów, odbywających służbę o podobnym profilu. Należy także przyjąć wersję, że takimi pilotami mogły być również i kobiety, w końcu mamy równouprawnienie. Wydaje się też wysoce prawdopodobne, że eskadra komandora Dupree, była jednostką elitarną, jednostką do zadań specjalnych, bo trudno uwierzyć, aby taka niespokojna dusza jak Funky nie nudziła się, wypełniając regularne, rutynowe misje patrolowe. Nasuwa to wniosek, że służący w tej jednostce żołnierze musieli być naprawdę nieźli w tym co robią (młodzi "Szaleni piloci").

Lubieżny sen Kovala, który bohater śni po porwaniu i wszczepieniu mu stymulatora psychicznego przez wrogich agentów.

Podopieczni komandora Dupree prawdopodobnie wykazywali się brawurą podczas wykonywania przydzielonych misji bojowych i dostawali wiele reprymend od przełożonych, za tąże brawurę. Finalnie jednak byli zapewne chwaleni za swoją bojową skuteczność. Krótko mówiąc, jak dla mnie, wygląda na to, że porucznik Koval mógł być jednym ze zgrai utalentowanych młodych narwańców, odważnych i trochę bezmyślnych - taki kosmiczny odpowiednik chłopaków z "Top gun’u". Jest też raczej pewne, że tacy żołnierze byli utrzymywani na wysokim poziomie fizycznej jak i techniczno-umiejętnościowej sprawności, poprzez poddawanie ich ustawicznym treningom. Mówię tutaj zarówno o ćwiczeniu walki wręcz (co pokazuje Koval w kilku znaczących miejscach istniejącej opowieści), jak i treningom pilotażu na symulatorach, a pewnie także i zajęciom ze strategii i taktyki pola walki. W mojej opinii tak właśnie mógł wyglądać początek albumu "Szalony pilot" - tak zwane "dobre czasy" w A.S.F., misje, treningi, dziewczyny. Odnośnie jeszcze eskadry, to raczej na pewno zdarzały się tam zakłady, mające na celu udowadnianie sobie na wzajem, kto jest najlepszy w sztuce pilotażu, podrywaniu panienek, piciu itd... W komiksach pojawiła się też informacja, że istniały "orbitujące miasta koło Saturna" - może tam właśnie chłopcy z A.S.F. bywali na "baletach" - takie kosmiczne Las Vegas, kto wie? Jeszcze odnośnie kobiet, to trzeba stwierdzić, iż Funky to tzw. „kawał chłopa” i na pewno nie jest to typ faceta, który ugania się za spódniczkami, zabiegając o ich względy, słodząc itd. Powiedziałbym raczej, że walczy o to, co chce mieć i często to dostaje, tudzież pewne rzeczy „zdarzają się” dla niego same...

"Dryfując" - grafika nie pochodzi z żadnego albumu. Ja osobiście spotkałem się z nią jako wkładką promocyjną do wydania zbiorczego z wyd. Egmont z bodajże 2002r.

Naszą hipotetyczną opowieść można by rozpocząć od scen treningu, walki wręcz lub misji bojowej. Albo jeszcze lepiej od sceny ostrej reprymendy ze strony dowódców, dla Funky’ego oraz jego kolegów, za niepotrzebną brawurę podczas akcji, z retrospekcjami, przedstawiającymi co się tam działo. Po takiej odprawie, nastąpiłoby jednak prawdopodobnie mrugnięcie lub poufałe klepanie po łopatce przez przełożonego a potem chwila odprężenia w towarzystwie kolegów, przy alkoholu, w barze. Jest to czas „beztroski” który jednak bardzo szybko się kończy, ponieważ Kovalowi (a może także jego towarzyszom broni) zostaje przydzielone zadanie, które rozwinie się w aferę z udziałem Generała Gretz'a... No właśnie, mamy już przedstawiony hipotetyczny punkt wyjścia, czas więc chyba odsłonić moją, domniemaną wersję wydarzeń, które mogły mieć miejsce w "Szalonym pilocie". Osią całej fabuły mogłaby się stać wspomniana przed chwilą sprawa z gen. Gretz'em w roli głównej. Na początku nasi bohaterowie mogliby myśleć, że to po prostu kolejna rutynowa misja, jednak wkrótce okazałoby się, że są tylko marionetkami, którymi manipuluje się, podczas gdy biorą udział w większej grze „nie na ich głowy”. Oczywiście w tej sytuacji, Koval i inni „szaleni piloci” postawiają nie pozostawać biernymi, tylko zareagować i wbrew zasadom i nie stosując się do obowiązków służbowych, spróbują wszystko naprawić. 


Jedno z nawiązań politycznych, konkretnie do Stanu Wojennego w Polsce, przemyconych przez autorów pod nosem peerelowskiej cenzury na łamy komiksu o przygodach kosmicznego detektywa.

To oczywiście wplątuje ich wszystkich wkrótce w naprawdę poważne kłopoty! Prawdopodobne jest, że część kolegów z eskadry Kovala zginęła przed końcem przedstawianej tu opowieści. Powodem ich śmierci mogłoby być wplątanie się wraz z Funkym w kłopoty, lub próba pomocy naszemu bohaterowi w rozwiązaniu afery, związanej ze skorumpowanym generałem. Możliwym sprzymierzeńcem Kovala jest tu także dziennikarz, O’Raymouth, który w komiksach jest wymieniany jako jego kumpel. Tak więc wydaje się, że Koval wszedł w paradę wojskowemu fiszy, który robił jakieś ciemne interesy, próbował odkryć sedno sprawy, zdobyć dowody i zdemaskować drani. Jednak Gretz był zbyt wpływowym i cwanym lisem i miał za dużo wysoko postawionych popleczników (prawdopodobnie wysokiej rangi oficerów, a także ludzi z kręgów politycznych), co pozwoliło mu wyrolować naszego bohatera. Mało tego, Koval został prawdopodobnie wmanewrowany i oskarżony o to, co popełnił Gretz! Skorumpowany generał skutecznie oczernił naszego wojaka i przyczynił się do postawienia mu zarzutów i wyrzucenia z wojska, połączonego z degradacją. Druga opcja jest taka, że zirytowany Funky, odszedł na własne życzenie, plując na polityczno-wojskową sitwę. Koval został prawdopodobnie w pewnym momencie postawiony przed trudnym wyborem – mógł dużo zyskać przechodząc na stronę tych złych, skorumpowanych, ale postanowił walczyć, nie poddawać się! Zapewne musiał być w swoim działaniu bezkompromisowy, co wiązało się z podjęciem krytycznych decyzji, łącznie z poświęceniem siebie lub towarzyszy. Osobiście obstawiam też opcję, że w otoczeniu naszego bohatera mogła się pojawić niespodziewanie piękna kobieta, która mogłaby być wtyczką, małą marionetką, za której sznurki pociągają wrogowie Kovala, żeby zdobyć za jej pośrednictwem jak najwięcej informacji o jego poczynaniach i udaremnić je...

Wrak zestrzelonego statku BORA 12 na planecie DB4. Mały (w porównaniu do Bory) wojskowy transportowiec którym lecą bohaterowie to "Ślepak". Grafika z albumu "Bez oddechu" z 1987r, autorstwa Bogusława Polcha.

Zakładam, że wydarzenia tutaj przedstawione, rozgrywały by się głównie w kosmosie, a może również na innych, niż Ziemia, planetach (skoro ludzie dotarli na DB4, czyli Denebolę, to dlaczego także nie na inne nadające się do zamieszkanie globy?). Jeśli wydarzenia rozgrywają się w kosmosie, to pociąga to za sobą fakt, że musiałaby tam być stacja kosmiczna (a może nawet kilka), albo planeta/planety, na której są ziemskie bazy wojskowe, a także cywilne (ewentualnie wielkie krążowniki kosmiczne, na których stacjonują myśliwce bądź całe korwety). Ciekawym zagadnieniem jest też to, przed kim, lub przed czym broni planetę Ziemię i jej mieszkańców flota A.S.F.? Sam fakt, że taka flota istnieje, dowodzi, że ludzie eksplorują kosmos od wielu lat i to na odległość bardzo wielu lat świetlnych od Ziemi, więc etap „pierwszego kontaktu” ludzkość dawno ma już za sobą. Ponieważ przedstawiane przeze mnie wydarzenia nie mogły się raczej rozgrywać więcej niż kilka lat przed tymi z udziałem Drolli, przedstawionymi w istniejących komiksach, należy przyjąć, że także w „Szalonym pilocie” będą oni już obecni, podobnie jak Ankuzi. Warto tutaj pamiętać, że w istniejących albumach widać, iż ludzie przyzwyczajeni są do obecności obcych ras i nie stanowi to dla nich żadnej nowości, tak więc "pierwszy kontakt" (a raczej kontakty) nastąpiły zapewne znacznie wcześniej.

A tutaj grafika, dziś może nazwalibyśmy ją "teaserem", która ukazała się w magazynie Komiks i zapowiadała pojawienie się długo wyczekiwanego przez czytelników trzeciego tomu serii "Wbrew sobie".

W naszej hipotetycznej opowieści powinny się też pojawić takie rzeczy jak dobrze zdefiniowane tło polityczne oraz nawiązania do naszej współczesności (jak to miało miejsce w istniejących albumach). Aktualna scena polityczna jest na tyle barwna i obfitująca w liczne „przedstawienia”, że na pewno coś dało by się zaadaptować na potrzeby komiksu bez większych problemów. Mogłaby to być na przykład afera "rozporkowa" w kręgach politycznych, defraudacje, malwersacje, nepotyzm, czy w końcu (w szerszym kontekście) zagrożenia gospodarcze albo terrorystyczne. Żeby zachować spójność uniwersum także maszyny bojowe i inne urządzenia techniczne musiałyby być podobne (utrzymane w stylistyce wykreowanej przez Bogusława Polcha), jeśli nie takie same jak w istniejących komiksach. Mogłyby się tu ponownie pojawić korwety transportowe (lub bojowe), transportowce znane z misji Kovala na DB4 (Ślepaki) i Killery, którymi latała eskadra Dupree. Podobnie ma się sprawa z transportem cywilnym, latające samochody i motocykle musiałyby niezawodnie znaleźć się w tej opowieści. Należałoby też chyba pomyśleć nad garderobą, żeby nie wyglądało to wszystko, jak na opolskim, albo sopockim festiwalu z połowy lat 80 (usłyszałem kiedyś takie określenie bodajże na MFK). Powinny się także pojawić jakieś nowoczesne, czy wręcz futurystyczne jak na dzisiejsze czasy urządzenia – wideofony i komputery to chyba raczej za mało, w końcu jest to opowieść SF, która rozgrywa się w stechnicyzowanej przyszłości 2082r.


Jest też wiele postaci, które pojawiają się epizodycznie w istniejących albumach, a które mogłyby odgrywać jakieś role w wydarzeniach „Szalonego pilota”. Taką postacią jest na przykład Chris Petersen. Jak się dowiadujemy w albumie "Bez oddechu" razem z Kovalem "chodzili rok w ochronie pogranicza". Jeśli była to ochrona pogranicza, to jakiego, kosmicznego? Może patrolowali razem strefę sąsiadującą z Ankuzami, albo jakąś inną rasą? Wydaje się bowiem, że znany Ziemianom kosmos podzielony był na strefy wpływów, kontrolowane przez różne cywilizacje. Warto też wziąć pod uwagę przynajmniej epizodyczne pojawienie się na scenie wydarzeń dwóch amoralnych, wybitnych naukowców Totha i Contiego, którzy pracowali nad superbronią na podstawie prastarych technologii Drolli, odkrytych na Deneboli. Podobnie jest z postacią brutalnego najemnika, Rhotaxa - komandor Dupree wiedział podczas wydarzeń na DB4, że Rhotax się ukrywa, więc albo znali się wcześniej, albo super zabójca był taki słynny. Możliwości "dramaturgicznych" jest oczywiście dużo i prawdopodobnie ilu czytelników, tyle kolejnych nowych opcji można by dopisać do scenariusza. W mojej wersji opowieść kończy się w momencie, kiedy Koval odchodzi (lub zostaje wylany z wojska - za aferę z gen. Gretzem) a ktoś (może jego kumpel, dziennika O’Raymouth) podsuwa mu pomysł zostania detektywem kosmicznym.  Oczywiście Koval miał rację, ale skorumpowany wojskowy fisza wygrał i udało mu się zatuszować całą sprawę. Wszystko "rozeszło się po kościach", a nasz bohater "poszedł w odstawkę"... Na szczęście jednak nie na długo...



    "Jeśli chodzi o scenariusz, to zapewne panowie Parowski i Rodek poradziliby sobie całkiem nieźle" - cytuję tutaj własne słowa pisane w 2007r, tak wtedy sądziłem, znając trzy istniejące w tym czasie albumy i z utęsknieniem oczekując na to, by światło dzienne ujrzał album czwarty. Dziś już tak nie sądzę... Przykro to pisać, ale "Wrogie przejęcie" okazało się albumem przekombinowanym, niejasnym, dziwnym. Do dziś trudno mi jednoznacznie ocenić finalny epizod przygód Kovala, ale jest to zdecydowanie album odstający od reszty, będący bardziej "łyżką dziegciu" niż "wisienką na torcie". "Natomiast nie sądzę, żeby Bogusław Polch miał na tyle cierpliwości i wytrwałości, żeby stworzyć coś na poziomie tego, co rysował w latach 80. Ale ciężko się dziwić, taka robota jest żmudna, czasochłonna jak i pracochłonna, a efekty i tak nie koniecznie zostają zauważone i docenione!" - i znów cytat, cóż, w tym przypadku, dla odmiany, analiza okazałą się trafna, "Wrogie przejęcie" było znacząco inne od wcześniejszych albumów. Z jednej strony rozumiem, że przez 30 lat nie może nie ulec zmianie, ale w porównaniu ze starymi planszami te z "Wrogiego przejęcia" (a także częściowo i z albumu "Wbrew sobie") wypadają...hmm...może nie gorzej ale znacząco inaczej jeśli chodzi o stylistykę, są mniej techniczne, mniej precyzyjne. Swoją drogą, ciekawie byłoby kiedyś zobaczyć oryginalne plansze z Kovala, w naturalnej wielkości. Sądząc po wywiadach z Bogusławem Polchem  - w druku wiele rzeczy stało się prawie lub zupełnie nieczytelnych. Pierwsze dwie części przygód kosmicznego detektywa obfitują w liczne (szczególnie graficzne, ale także scenariuszowe) szczególiki, które czasami dostrzega się dopiero przy n-tym oglądaniu komiksu. W naszym fikcyjnym albumie także nie powinno by było zabraknąć tego typu "smaczków", zawsze cenionych przez fanów. 

       Kto więc mógłby zostać rysownikiem nowej odsłony przygód Kovala, jeśli w ogóle by powstała? Zdań byłoby zapewne tyle co gustów. Wydaje się jednak, że powinien to być artysta, którego styl jest pokrewny supertechnicznemu realistycznemu i niezwykle szczegółowemu charakterowi rysunków tworzonych przez Bogusława Polcha w latach 80. Osobiście nie widzę w Polsce odpowiedniego kandydata do tego zadania. Nie chodzi o to, że uważam iż polscy rysownic są do niczego, lecz raczej, że style jakie prezentują, nie bardzo pasowałyby do tego, do czego się przyzwyczailiśmy. Moim faworytem, choć to rzecz jasna nierealne, jest tutaj Amerykanin - Travis Charest, którego prace a szczególnie „Space girl Saga” oraz „Dreamshifters” – kontynuacja przygód Bezimiennego, ostatniego Metabarona, zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie. Myślałem też przez chwilę o pracach Goeffa Darrow, ale dochodzę do wniosku, że brak im subtelności, smaku, są zbyt toporne, nieokrzesane.
Ojco-Matka Aghora oraz Bezimienny, ostatni z Meta-Baronów w Meta-Rakiecie. Strona z albumu "Bronie Meta-Barona". Plansza autorstwa Travisa Charesta.
Grafika koncepcyjna do filmu "Matrix" autorstwa Geof'a Darrow'a.

Na tym kończy się mój wywód na temat tego „co by było gdyby”. Miejmy nadzieję, że uda nam się kiedyś poznać faktyczną wersję wydarzeń, czyli to, co wymyśliła(?) lub jeszcze wymyśli trójka „Ojców” Funkiego Kovala – Jacek Rodek, Maciej Parowski i Bogusław Polch.

    Przy okazji, kilka słów i refleksji na temat powyższego tekstu i serii jako całości z perspektywy czasu. W 2007, nie było jeszcze na rynku czwartej, finalnej części przygód kosmicznego detektywa. Jak się okazało (niestety) nie sprostała ona oczekiwaniom. W międzyczasie (około 2010r.) trwały negocjacje odnośnie ekranizacji przygód Kovala. Cóż, z tego także nic nie wyszło. Również perspektywa powstania przedstawionego tu przeze mnie albumu wydaje się dziś zupełnie nierealna. Kiedyś powiedziałbym "niezmiernie szkoda" jednak po zapoznaniu się z czwartą, niezwykle dziwną i niezrozumiałą (jak dla mnie) częścią cyklu - może lepiej, że jest jak jest, że Szalony pilot już nigdy nie ujrzy światła dziennego i pozostanie tylko w sferze fanowskich spekulacji i "gdybania".

A miało być tak pięknie - hollywoodzka  adaptacja przygód polskiego herosa ostatecznie nie doszła do skutku...


aegirr 06/07/17/25

środa, 19 października 2016

Słów kilka na temat wizyty Bedu na MFKiG 2016 i "Przewodnika po krainie fantazji"

Lektury są pożywką dla wyobraźni. Poszerzają horyzonty i podsuwają pomysły do dalszego przetworzenia. Podobnie jest z rysowaniem: im więcej szkicujesz, tym łatwiej przychodzi ci tworzenie kolejnych postaci. A jeśli często przebywasz w świecie wyobraźni, stajesz się bardziej twórczy.” - Bernard Dumont.

Spotkaniem z autorem serii "Hugo", Bernardem Dumontem (na zdjęciu w środku), na MFKiG 2016. 

    Tak więc po raz kolejny pojechałem na MFKiG do Łodzi a jednym z powodów była chęć uczestniczenia w spotkaniu z autorem komiksowej serii, będącej jednym najfajniejszych wspomnień z dzieciństwa, jeśli chodzi o obcowanie ze sztuką komiksu. Ta seria to "Hugo", autorstwa Bernarda (Bedu) Dumonta... Początek spotkania nieco się opóźnił, bo Bedu niestrudzenie rozdawał autografy na płycie głównej Atlas Areny, oblegany przez fanów. W końcu jednak na sali pojawił się przywitany gromkimi brawami długo oczekiwany gość - niewysoki, trochę przygarbiony posiwiały pan z brodą. Zazwyczaj opowieści które czytaliśmy kiedyś, w dzieciństwie, mają w sobie, poprzez nasze wspomnienia, pewien czar, wydają nam się niezwykłe, magiczne, wyjątkowe. Rzeczony czar zazwyczaj szybko jednak pryska kiedy wiele lat później docieramy ponownie do danego dzieła. Najczęściej opowieści które kiedyś zachwycały, okazują się płytkie, infantylne, sztampowe czy wręcz głupie (na przykład poprzez swój slapstikowy, żenujący tandetą humor). Seria o przygodach rudego trubadura, Hugo, i jego towarzyszy, jest jednym z chlubnych wyjątków. Przy ponownym spotkaniu, z perspektywy dorosłej już osoby którą jestem, seria nadal pozostaje wspaniałą opowieścią, łączącą w sobie cechy baśni osadzonej w średniowieczu, zgrabnie splatającej wątki pseudo-historyczne i fantastyczno-magiczne. Pełno w niej humoru, który bawi po dziś dzień dużych i małych czytelników. Tym bardziej cieszy fakt, że Egmont Polska zdecydował się na wydanie zbiorczego wydania tej serii wraz z materiałami dodatkowymi, zawartymi w tomie „Przewodnik po krainie fantazji”, któremu, obok tematu spotkania z Bedu poświęcony będzie ten tekst.

W Średniowieczu trubadurom często towarzyszyły niedźwiedzie, choć zapewne nie tak sympatyczne jak miś Biscoto.

    Wracając jednak do samego spotkania, to już wkrótce po jego rozpoczęciu okazało się, że autor wspomnianej komiksowej serii, to przesympatyczny i skromny człowiek. Im dłużej trwała sama prelekcja tym bardziej ja osobiście uświadamiałem sobie, jak wiele z pogodnej i spokojnej osobowości belgijskiego rysownika zostało przelane na karty jego komiksów. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że autor lubi Średniowiecze i że zawsze go ono fascynowało. A także, że studiował różnego rodzaju materiały (książki, mapy, ryciny) o tamtych wiekach i stąd chociażby wziął pomysł, przeniesiony na karty komiksu, że trubadurzy mieli ze sobą często tresowane niedźwiedzie. Dowiedzieliśmy się też, że Narcyz, czyli małe latające stworzenie, będące personifikacją losu głównego bohatera, prawie na pewno jest Włochem, a także, że autor lubi koty (stąd na przykład zabawne sceny z Biscotem i kotami, które go sobie upodobały i nieustannie chowały się pod jego ubraniem, chcąc z nim podróżować). Na pytanie o kolor włosów głównego bohatera, Bedu odpowiedział, że to przez to, że jego druga córka jest ruda. Dumont stwierdził też, że tak, na początku lat 90. kiedy seria była wydawana w Polsce przez wydawnictwo Orbita, docierały do niego sygnały o popularności przygód wykreowanych przez niego bohaterów w kraju nad Wisłą, ale nie zdawał sobie sprawy, że skala tejże popularności mogła być tak duża. Był jeszcze bardziej zaskoczony, że po ponad ćwierćwieczu ta seria jest u nas, w Polsce, nadal pamiętana i że dorośli dziś ludzie dziękują mu za stworzenie opowieści, którą uwielbiali w dzieciństwie a dziś czytają ją swoim dzieciom. Autor powiedział także, że nie ma szans na powrót przez niego do rysowania tej serii, gdyż była ona tworzona niemal 30 lat temu a od tego czasu jego warsztat bardzo się zmienił i nie potrafiłby wrócić do stosowanej wtedy techniki...

Okładka polskiego wydania "Przewodnika po krainie fantazji" z czwórką głównych bohaterów serii: wróżką Śliweczką (z białymi włosami), rudowłosym Hugo, niedźwiedziem Biscoto, i Narcyzem (mała postać z kapeluszem, unosząca się w powietrzu). Wyd. Egmont 2016r.

    Doskonałym rozszerzeniem i uzupełnieniem informacji ze spotkania z autorem okazał się wspominany jużalbum „Przewodnik po krainie fantazji”. Został on zredagowany, podobnie jak wiele innych wydawnictw poświęconych słynnym frankofońskim twórcom komiksowym, przez wybitnego publicystę od lat związanego ze światem komiksu – Patricka Gaumera. I tak „Przewodnik”, w formie wywiadu, opisuje historię Barnarda Dumonta i tego jak z ekonomisty (którym jest z wykształcenia) stał się pełnoprawnym rysownikiem komiksowym. Opowiada o jego pierwszych seriach, jak „Les Gorilles at le roi dollar” (Goryle i bóg dolar), „Ali Beber”, czy „P'tit Prof” (Profesorek). Jednak głównym tematem tego albumu jest oczywiście seria "Hugo". Co ciekawe, pierwotnie autor chciał stworzyć opowieść której bohaterami miały być antropomorfizowane zwierzęta, jednak pomysł został odrzucony przez szefostwo magazynu Tintin, jako, że serie ze zwierzęcymi bohaterami nie najlepiej się wtedy sprzedawały. Właściwie właśnie dzięki temu niepowodzeniu, skorzystała seria Hugo, której pierwszy album „Zaklęcie w fasolę” zarys fabuły czerpie bezpośrednio z nieopublikowanej opowieści o Picolo, długouchym króliku, żyjącym na średniowiecznym zamku i mającego w sobie wiele z późniejszych cech rudowłosego trubadura. W publikacji znalazła się też bardzo ciekawa ale i smutna informacja. Mianowicie autor pracował nad kolejnym albumem serii, mającym nosić tytuł „Les Signeurs des reves” (Władcy snów), który jednak nie został ukończony. Powstały już nawet szkice kilku plansz oraz zarys fabuły, która miała też podobno dawać punkty wyjścia dla kolejnych części serii. Niestety, z powodów zmian w Le Lombard pod koniec lat 80. XXw., Bedu projekt zarzucił. Jak sam stwierdził w wywiadzie zamieszczonym w "Przewodniku" po ponad trzydziestu latach nawet nie pamięta dokładnie, jak chciał poprowadzić fabułę opowieści, a szkoda...

Jak się okazuje, "Przewodnik" nie zawiera wszystkich istniejących ciekawostek i grafik powstałych do serii "Hugo". Tutaj okładka do jakiegoś wydania specjalnego - nie udało mi się jednak ustalić, z jakiego wydawnictwa lub magazynu komiksowego?

    W "Przewodniku" znalazły się też wszystkie istniejące jedno i kilkustronicowe opowieści o przygodach Hugo i jego przyjaciół, które ukazywały się okazyjnie, głównie w belgijskiej i francuskiej edycji magazynu Tintin i Hello Bede. Album zawiera także inne ciekawostki, jak niepublikowane projekty okładek, rysunki i szkice, czy wreszcie kilka sporych akapitów na temat planowanej animowanej ekranizacji przygód rudego trubadura, która jednak, niestety, nie doszła do skutku, choć zaczął już nawet powstawać pierwszy odcinek. Ogólnie rzecz biorąc cały album jest zbiorem unikalnych ciekawostek zarówno jeśli chodzi a samego Bernarda Dumonta i jego twórczość, a serię Hugo w szczególności. Cieszę się, że Egmont postanowił wydać zarówno wydanie zbiorcze samej serii o sympatycznym rudzielcu i jego przyjaciołach, zawierające wszystkie pięć istniejących tomów z ich przygodami, jak i „Przewodnik po krainie fantazji”. Ciekawym zagadnieniem pozostaje, czy w wydaniu francuski "Integral" zawierał także "Przewodnik" w tym samym tomie (nie udało mi się tego ustalić)? Jeśli tak, to dlaczego Egmont wydał je oddzielnie? Czy wydawnictwo sądziło, że tom całościowy będzie za drogi, bądź za ciężki (dajmy na to nieporęczny do czytaniu dziecku w łóżku do na dobranoc)? A może chodziło bardziej o to, że uznano, iż "Przewodnik po krainie fantazji" będzie pozycją mniej ciekawą, przeznaczoną do zakupu przez fanów komiksu, natomiast przeciętna/przypadkowa osoba kupująca wydanie zbiorcze może potencjalnie nie być zainteresowana tego typu materiałami dodatkowymi? W mojej ocenie także atrakcyjniej by to wyglądało, gdyby "Przewodnik po krainie fantazji" miał inną okładkę inż wydanie zbiorcze. Ciężko powiedzieć, czy nie było innego rysunku, który można by wykorzystać? Warto też podkreślić, że francuskie wydanie zbiorcze ukazało się zaledwie kilka miesięcy wcześniej (a dokładnie w maju 2016r.). Być może szybkie wydanie u nas jest związane z tym, że Egmont ma dobre kontakty/kontrakty z belgijską oficyną Le Lombard (na przykład z tego powodu, że ta oficyna wydaje serię Thorgal). Jednak ponownie - to tylko dywagacje?

A tutaj ilustracja, która stanowi wypełnienie wewnętrznych stron okładki "Przewodnika" i wydania zbiorczego przygód rudego trubadura (tam, w kolorze niebieskim). Warto nadmienić, że tak właśnie wyglądają oryginalne plansze tworzone przez Bedu, który nakładanie kolorów w serii "Hugo" powierzył Luce Danielowi.

    Podsumowując, jak zostało to już częściowo powiedziane na początku artykułu „Hugo” jest serią, która nic nie straciła przez lata ze swojego uroku, miło do niej wrócić, nawet mi, dorosłemu czytelnikowi, a jeśli chodzi o dzieci, to osobiście postawiłbym tą komiksową serię, na „półce młodego czytelnika” tuż obok przygód "Kubusia puchatka" czy "Małego księcia", aby do wszystkich tych opowieści często, na zmianę, powracać.

Wydawnictwo: Egmont
10/2016
Liczba stron: 64
Format: 215x290 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolor
ISBN-13: 9788328118669
Wydanie: I
Cena z okładki: 59,99 zł


czwartek, 7 kwietnia 2016

Salambo, wydanie zbiorcze - recenzja

    Rzadko mam chęć recenzować coś co aktualnie czytam, w tym jednak przypadku jak najbardziej chcę to zrobić. Album który będzie tutaj omawiany, jest bowiem komiksem w dużym stopniu wyjątkowy. Przyznaję, pewnym zaskoczeniem dla mnie było w ogóle pojawienie się zbiorczego wydania "Salambo" w zapowiedziach wydawniczych Egmontu. Przede wszystkim ze względu na to, że wydawnictwo w ostatnich latach wyraźnie steruje w innym kierunku – głównie wydawania serii pochodzących ze stajni DC i Marvela, stroniąc nieco od pozycji z rynków frankofońskich.



    O Philippe Druillecie (w tym i "Salambo") pisałem ponad 12 lat temu dla magazynu KZ (dokładnie rzecz biorąc tekst ukazał się w dwudziestym trzecim numerze tego periodyku). W artykule, redagowanym wspólnie z doktorem Jerzym Szyłakiem, punktowałem między innymi, że Druillet pozostawał wtedy w Polsce twórcą niemal nieznanym, mimo kanonicznej wręcz pozycji jego twórczości w kontekście komiksu francuskiego i nie tylko. Od czasu ukazania się mojego tekstu w 2003r. na łamach KZ właściwie niewiele się zmieniło w tej materii jeśli chodzi o nasz kraj. Album "Salambo" jest więc pewnego rodzaju przełomem na tym polu. I dobrze, bo Philippe Druillet jest uznawany na zachodzie za klasyka, obok takich nazwisk jak chociażby Jean (Moebius) Giraud i Jean-Pierr Dionnet do spółki z którymi Druillet zakładał w 1975r. legendarny już dzisiaj magazyn z opowieściami graficznymi kierowanymi do dorosłego czytelnika - Metal Hurlant. Na łamach tegoż periodyku (a także kilku innych jak na przykład Pilote czy Rock and Folk) w drugiej połowie lat 70. i pierwszej połowie 80. XXw. francuski rysownik często publikował swoje krótsze i dłuższe (zazwyczaj składające się z epizodów) prace. Należały do nich chociażby "La Nuit" (Noc) – utwór powstały po śmierci jego żony, która odeszła z powodu przegranej walki z nowotworem, "Nosferatu" – opowieść o wampirach, czy przygody zdeprawowanego i amoralnego antybohatera, Vuzz'a. W tym samym okresie powstawały też  kolejne epizody opowieści, które w końcu złożyły się na pełny, trzytomowy cykl o "Salambo", Mathonie i Kartaginie.

Matho, aka. Lone Sloane na swoim latającym transporterze, zmierza w kierunku Kartaginy.

    Tak naprawdę, przechodząc do samej opowieści zawartej w omawianym tutaj albumie, to warto zacząć od jej genezy, i osób jej autorów. Właściwie to nazwiska Gustava Flauberta mogłoby na okładce nie być... Uważam, że jest to tylko elegancki ukłon francuskiego rysownika natomiast sam komiks owszem, nawiązuje do powieści Flauberta jednak nie jest to właściwie adaptacja sensu stricto. Równie dobrze mogłoby być na okładce omawianego tutaj albumu napisane, że powstał on „na motywach powieści Gustawa Flauberta” bez podawania jego osoby jako współautora tego komiksu. Tym bardziej, że Flaubert tak naprawdę dawno umarł, zanim Druillet w ogóle przyszedł na świat (powieść Flauberta została bowiem wydana w 1862r.). Z drugiej strony ten komiks (jeśli miałby faktycznie zostać uznany za adaptację), to jest adaptacją niezwykłą, można by rzec "hybrydową" bo przenoszącą wydarzenia z powieści rozgrywające się w starożytności, w czasach wojen punickich, do realiów SF. Ciekawym zabiegiem autora jest też obsadzenie w roli głównego protagonisty, znanego w powieści pod imieniem "Matho", postaci z jego wcześniejszych komiksów. Mam tu na myśli powstałą przed Salambo, serię komiksową Druilleta o przygodach awanturnika o demonicznych, czerwonych oczach bez tęczówek i źrenic, grasującego na kosmicznych szlakach. Kosmiczny podróżnik, znany pod imieniem Lone Sloane staje się przywódcą rebeliantów, toczących walkę z Kartaginą. Tak więc artysta wykorzystał powieść Flauberta tylko jako bazę, wprowadzając do niej swojego bohatera, który ląduje w futurystycznej wersji Kartaginy swoim statkiem kosmicznym.

Jedna z wersji postaci Salambo obecnych na kartach komiksów. Uwagę zwraca charakterystyczna dla Druilleta pełna ornamentów kompozycja kadru, który zajmuje w albumie aż dwie strony!


    W jednym z wywiadów Druillet stwierdził, że komiks "Salambo" był przez niego planowany na pięć tomów (aby zawrzeć w sobie całą fabułę z powieści Flauberta). Ostatecznie jednak komiksowa opowieść zamknęła się w trzech albumach zatytułowanych kolejno: "Salambo" wydane w albumie w 1977r, "Carthage" (Kartagina) 1986r, oraz "Matho" 1988r. Na planszach stworzonych przez Druilleta nie jest zawarta cała historia obecna w oryginale, czyli powieści - pierwsze dwa albumy obejmują zaledwie wydarzenia rozgrywające się na 40 pierwszych stronach dzieła Flauberta (stąd zapewne pierwotny plan, który miał obejmować pięć tomów komiksowej adaptacji). Wydanie zbiorcze, które trafia do rąk polskiego czytelnika,  obejmujące wszystkie trzy istniejące tomy. Jest też okraszone materiałami dodatkowymi w postaci grafik, nawiązujących do opowieści okładek magazynów poświęconych "Salambo" oraz okładek rożnych albumowych wydań tej opowieści. Album zawiera też (dosyć zdawkowe) wzmianki o adaptacji Salambo w postaci gry komputerowej i spektaklu multimedialnym będącego bezpośrednią adaptacją tego komiksu. Zarówno nad wspomniana grą komputerową, która powstawała pod tytułem "Salammbo: Battle for Carthage" (Salammbo: Bitwa o Karatginę) w studiu developerskim Cryo Interactive, jak i spektaklem, miał artystyczną pieczę sam autor, choć w opisie zawartym w omawianym wydaniu zbiorczym nie jest to jasno napisane.

Kolejna scena niczym z demonicznego koszmaru a'la Druillet. Ta stylistyka prawdopodobnie doskonale sprawdziłaby się np. do zilustrowania opowieści o Chtulhu, H.P. Lovercrafta. Zresztą, sam Druillet jawnie przyznawał się w licznych wywiadach, do fascynacji twórczością amerykańskiego mistrza opowieści grozy. 

    Odnośnie fabuły którą współdzielą zarówno powieść Flauberta jak i komiks Druilleta to jest to napisana z rozmachem barwna i egzotyczna opowieść o starożytnej Kartaginie, istniejącym w rzeczywistości północnoafrykańskim mieście-stanie, które rzuciło wyzwanie dominacji Rzymu podczas wojen punickich, w III stuleciu p.n.e. (a dokładnie w latach 240-237 p.n.e.). Opowieść Flauberta była luźno oparta na fragmentach prac rzymskiego historyka, Polybiusa. W swojej książce pisarz przedstawił dzieje fikcyjnej dziewczyny imieniem Salambo, córki kartagińskiego generała Hamicara i jej dramatycznej miłości do Matho, przywódcy rebelianckich najemników, który ze swoimi wojskami oblegał Kartaginę. Ta oś fabularna, została właściwie bez zmian przeniesiona do komiksowej adaptacji Druilleta. Jednak fabuła jest zdecydowanie tylko tłem dla warstwy wizualnej opowieści graficznej francuskiego rysownika. Widać, że ciągłość narracji jest dla autora rzeczą zdecydowania podrzędną, podporządkowaną sekwencji kolejnych obrazów. Kadry są ze sobą połączone głównie ze względu na „wpasowanie” w kompozycję planszy. Główną część warstwy narracyjnej, spajającą akcję w poszczególnych kadrach stanowią (niekiedy aż nadto rozbudowane) opisy słowne, które bywają nużące w swojej narracyjnej monotonii. Mało tu też dialogów w dymkach, artysta operuje raczej obrazem i skumulowanymi, towarzyszącymi im blokami tekstu. Jeśli chodzi o czytanie tego komiksu, to wygląda to jak "brnięcie" przez pompatyczne i niekiedy wręcz bełkotliwe opisy, dodatkowo (i niepotrzebnie) komentujące to, co właśnie rozgrywa się na rysunkach. Jeśli chodzi natomiast o warstwę graficzną, to można rzec, że się ją "pochłania". To właśnie ona stanowi o sile tego komiksu. Zdecydowanie nie jest to dzieło typowe dla tego gatunku, jest to natomiast powiedziałbym "artystyczna wizja, zamknięta w komiksowych kadrach".

Jedna z grafik wzbogacających album.

    Większość z komiksowych prac Druilleta balansowała na granicy pomiędzy opowieścią fabularną a skomplikowaną kompozycją graficzną. Nie inaczej jest i w przypadku omawianego albumu. Bogate, wręcz nadmiarowe zdobienia, nawiązujące do ekspresjonizmu i secesji (dwóch prądów artystycznych z przełomu XIX i XX wieku). Do tego mnóstwo małych misternych detali. Kadry są przez to niesamowicie wręcz "gęste". Oglądając je, niezmiennie pojawia zdziwienie i pewnego rodzaju podziw - jak długo musiała powstawać taka pojedyncza plansza i czy artysta tworzył na większym formacie, czy może pod lupą, żeby umieścić tam te wszystkie smaczki? Widać też, że poszczególne albumy (a nawet epizody które zawierają) różnią się od siebie w warstwie graficznej. Bardzo widoczne jest to, że styl artysty ewoluował przez kolejne lata w których tworzone były epizody "Salambo", że Druilet eksperymentował z różnymi technikami graficznymi. Ciekawe są jego eksperymenty zarówno odnośnie zmiany stylu, jak i mieszania różnych technik, jak na przykład kolarze rysunków z fotografiami nagiej kobiety, będącej kolejnym "wcieleniem" głównej bohaterki. Nigdy nie udało mi się ustalić, czy są to zdjęcia zmarłej żony Druilleta? Są też eksperymenty z „neonową”grafiką komputerową z połowy lat 80. W tamtym czasie użycie komputera do obróbki graficznej obrazu było pewnym novum, dziś to jedynie ciekawostka. To zapewne przypadek, ale liczne zmiany stosowanych przez rysownika środków wyrazu, mieszanie różnych technik, zmiany stylu (zarówno graficznego jak i stylu narracji) przywodzą mi osobiście na myśl inny wielki tytuł - "Garaż hermetyczny" Moebiusa...


Jeden z monumentalnych kadrów, ukazujących Kartaginę, z mnóstwem detali  - bogato zdobionymi budowlami i  mikroskopijnymi ludzkimi postaciami u stóp wielkich budynków i rzeźb.

    Mimo licznych zmian obecnych w warstwie wizualnej, Druillet wypracował bardzo charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny styl, w którym pojawiają się pewne stałe, łatwo rozpoznawalne elementy. Właściwie nie sposób pomylić jego prac z dziełami jakiegoś innego rysownika. Bohaterowie obecni w komiksach Druilleta mają zazwyczaj pociągłe twarze z nisko umieszczonymi ustami, z którymi kontrastują wysoko umieszczone wąskie oczy bez źrenic i tęczówek. Do tego misterne, pełne rozmachu a równocześnie pełne drobnych detali „rozbuchane” kadry, które niekiedy „rozlewają się” aż na dwie strony. Wizje miast „mrówkowców”, niezwykła monumentalna architektura, wyszukane kompozycje geometryczne i zdobienia, to właśnie są niezwykle silne wyznaczniki stylu tego artysty. Podobnie jest z warstwą fabularną konstruowanych przez niego opowieści. Bohaterowie powoływani do życia przez Druilleta są zazwyczaj źli i okrutni i przemierzają mroczne i nieprzyjazne światy. Tak jest i w przypadku opowieści o Salambo. Poczynania jego bohaterów (w tym i Mathona aka. Lone Sloane) są zazwyczaj determinowane przeznaczeniem, a właściwie jakimś rodzajem fatum które nad nimi zawisa (w tym przypadku mamy do czynienia zarówno z fatum, w postaci okrutnego boga, Molocha, jak i femme fatale czyli pięknej, tytułowej bohaterki). Protagoniści Druilleta są niemal zawsze tylko marionetkami sterowanymi przez zwierzchnie, zazwyczaj nadprzyrodzone siły. Postaci te, wbrew swej woli, dążą do przeznaczenia, którego finałem jest zazwyczaj okrutna śmierć...

"Oto Hamilkar Barkas, który dzięki znanej tylko sobie magii rozkazywał stworzeniom morza, ziemi i nieba" - cytat z albumu "Matho".

    Opowieść o Salambo to perełka w warstwie prezentacji. Aż dziw bierze, że przez tyle lat komiksy Druilleta nie były u nas wydawane. Choć może wiążą się z tym inne, zakulisowe sprawy co do których nie mam świadomości – na przykład problemy licencyjne. Ważne, że album ten ujrzał u nas w końcu światło dzienne. Osobiście po cichu trzymam kciuki, że Egmont pójdzie za ciosem i za jakiś czas wyda kolejne komiksy Druilleta jak choćby „Sześć podróży Lone Sloane”, „Nosferatu” lub przygody Vuzz’a. Osobiście bardzo brakuje mi takich właśnie, artystycznych komiksów dla dorosłego czytelnika na naszym rodzimym rynku. Werdykt – obok "Cromwela Stone'a" autorstwa Andreasa Martensa, "Garażu Hermetycznego" Moebiusa czy "Opowieści Sheherezady" Sergio Toppiego, również "Salambo" Druilleta jest kolejnym (a tak naprawdę jednym z niewielu) komiksem, do którego wrócę na pewno jeszcze nie raz, choćby i po to tylko, aby nasycić wzrok zapierającymi dech ilustracjami francuskiego mistrza. Album jest niezwykły w warstwie graficznej i to jest jego mocną stroną. Jednak narracja i fabuła są trudne do przebrnięcia, ciężkie, siermiężne i zostają daleko w tyle za sferą wizualną, co nie przeszkadza "Salambo" być opowieścią wyjątkową.


Tytuł oryginału: „Salammbô – L’Intégrale”
Scenariusz: Philippe Druillet na podstawie powieści Gustave’a Flauberta
Ilustracje: Philippe Druillet
Przekład z języka francuskiego: Maria Mosiewicz
Wydawca wersji oryginalnej: Glénat
Wydawca wersji polskiej: Egmont Polska
Data premiery wersji oryginalnej (w tej edycji): 24 listopada 2010 r.
Data premiery wersji polskiej: 16 marca 2016 r.
Oprawa: twarda
Format: 22,5 x 29,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Liczba stron: 200
Cena z okładki: 99,99 zł

A tak Salambo została sportretowana we wspomnianej w tej recencji grze komputerowej.