niedziela, 29 listopada 2020

Seria Thorgal - porzucone wątki, nowi rysownicy i scenarzyści, chronologia cyklu Aniela, przeszłość i przyszłość serii oraz nieco osobistych dygresji na temat wszystkich tych elementów

    Są takie opowieści, do których się wraca. Jedną z nich jest, dla mnie osobiście, saga o Wikingu z Gwiazd - Thorgalu Aegirssonie. Po kolejnej lekturze wszystkich tomów serii, łącznie z ostatnim tj. albumem zatytułowanym "Selkie", a także albumów z serii pobocznych, mam w głowie dużo przemyśleń co do wielu wątków, które były wykorzystywane kilkukrotnie (lub nawet wielokrotnie - jak postać Strażniczki Kluczy, czy pomniejszego boga - Vigrida) a także takich, które już nigdy nie powróciły w kolejnych tomach. Pierwsza część tego artykułu będzie poświęcona właśnie takim wątkom. Druga część tekstu zawiera moje przemyślenia co do rozwoju serii w ostatniej dekadzie a w szczególności zmian na polach fabularnym (kwestii scenarzystów i scenariuszy) a także zmianach w warstwie graficznej (a także postaciach nowych rysowników serii głównej i pobocznych). W trzeciej natomiast postaram się skupić na najbardziej zawikłanej i "rozbuchanej" fabularnie części sagi - cyklu Aniela (choć można by też go nazwać cyklem "Czerwonej magii"). W czwartej części skupię się natomiast nieco na teraźniejszości i potencjalnej przyszłości serii.


Wątki fabularne, które mogą jeszcze powrócić

   Tytułem wstępu chciałbym napisać, że trudno jest jednocześnie sklasyfikować tę serię pod względem przynależności do konkretnego gatunku literackiego. W uproszczeniu można by rzec, że jest to mieszanka fantasy z wątkami mitologicznymi (oczywiście z naciskiem na mitologię germańską) a także wątkami SF. Jednocześnie seria niesie w sobie przewodni wątek humanistyczny - Thorgal jako bohater "wbrew sobie", szukający spokoju, stawiający na pierwszym miejscu rodzinę a jednak ciągle uwikłany w niekończące się przygody. Taka mieszanka składników, wraz z intrygującymi scenariuszami Jeana van Hamme'a i rysunkami Grzegorza Rosińskiego okazały się przepisem na sukces, którego wyniki - w postaci kolejnych albumów o przygodach Thorgala i jego bliskich - kochają czytelnicy już od ponad 40lat. Oczywiście seria miała swoje lepsze i gorsze momenty - w ostatnich dziesięciu latach tych drugich nawet jakby więcej. Niemniej trzydzieści osiem obecnie istniejących albumów serii macierzystej i kilkanaście już albumów serii pobocznych pozostawiło po sobie wiele wątków z których niektóre, być może, jeszcze kiedyś będą miały okazję powrócić. Oto lista tych, które udało mi się wyłowić czytając po raz kolejny sagę o Wikingu z Gwiazd i jego rodzinie:


Wnętrze uszkodzonego, na zawsze uwięzionego na Wyspie lodowych mórz, statku kosmicznego. Thorgal tuż przed konfrontacją z (jak mu się wydaje) swoim największym wrogiem - "czarodziejką" Slivią.

- Czy piękne siostry, Ingrid i Ragnhilda, nadal żyją w swoim ogrodzie-raju-więzieniu, zamknięte w pułapce czasu spowalniającego swój bieg pod lodowcem? Skąd wziął się ten cudowny ogród, czy to dzieło bogów?


- Co stało się ostatecznie ze statkiem kosmicznym, który rozbił się na Wyspie lodowych mórz? Przecież nie został zniszczony po tym, jak Thorgal odbył ostatnią rozmowę ze Slivią, a ta umarła na opustoszałym pokładzie uszkodzonego gwiazdolotu. Co ze Slugami, zamieszkującymi lodową wyspę, czy żyją w spokoju po śmierci "zdradzonej Czarodziejki" i jej córki?


Trójka "Życzliwych" - odwiecznych ciemiężycieli kraju Aran.

Trzej starcy z kraju Aran: kim byli, skąd się wzięli? Czy byli braćmi (trojaczkami) - ponieważ po zdjęciu masek (szczególnie ich młode wersje) wyglądali niemal tak samo. Jak to możliwe, że byli w stanie nakłonić do służby Strażniczkę Kluczy, nadprzyrodzoną istotę rządzącą przejściami między wymiarami Wieloświata? Czy byli czarownikami, alchemikami, istotami o boskim lub pozaziemskim pochodzeniu? Czy sami przyrządzali sobie eliksir "nocy dziejów"? Skąd pomysł na cykliczne przedłużenie życia o sto kolejnych lat, w celu gromadzenia bogactw i organizowania kolejnej "próby", mającej na celu przywabienie do Aran następnej grupy śmiałków, mającym dostarczyć Życzliwym kolejną porcję tajemniczego eliksiru? Czy kierowała nimi czysta chciwość, czy może sprawiało im też sadystyczną przyjemność czynienie zła, oglądanie cierpień swych poddanych? Jak długo funkcjonował ten system - ile było takich "cykli" odnawiających panowanie "Życzliwych" nad nieszczęsnym, zniewolonym krajem Aran? Wątek ten jest o tyle istotny, że wydarzenia, artefakty i postacie które w dużej mierze debiutowały w tym albumie, pojawiają się również i potem w kolejnych przygodach Wikinga z gwiazd. W szczególności Strażniczka Kluczy, Volsung z Nichor i klucz do drugiego świata miały później niebagatelny wpływ, i to wielokrotnie, na wydarzenia w serii o przygodach Thorgala Aegirssona.

- Gdzie znajdowała się tajemnicza, monolityczna świątynia dzięki której Thorgal i Shaniah podróżowali przez rzekę czasu i dotarli do siedziby samej Śmierci? Czy nadal istnieje? Czy można by ją ponownie wykorzystać?


Okładka wydania specjalnego albumu "Alinoe" na 30-lecie serii (2015r.). Rysunek nie jest nowy, pojawił się np. na okładce magazynu Tintin w latach 80. przy premierowej publikacji (w odcinkach) tego właśnie tomu przygód familii Aegirssonów.

- Skąd się wziął mały, wredny demon - Alinoe? Kim, czym był? Czy to moc magicznej bransolety, którą znalazł na plaży Jolan powołała go do życia, czy miały tu też znaczenie niezwykłe, psychiczne moce drzemiące w samym synu Thorgala?

- Co ostatecznie stało się z planetą, z której pochodzili przodkowie Thorgala? Czy została  ona całkowicie opuszczona, bezludna? Według informacji które przekazał Thorgalowi w rozmowie Sargon (album "Królestwo pod piaskiem"), ludzie towarzyszący temu ostatniemu (Chryzjos, Tjago, Ilenia) byli jedynymi z ocalałych po katastrofie ostatniej ekspedycji ewakuacyjnej.


Centralna piramiada Miasta Zaginionego Boga - Mayaxatlu, z "pałacem" Ogotaya na szczycie i stopniami schodów spływającymi obficie krwią ludzkich ofiar.

- Co się stało z mieszkańcami krainy QA? Z narodami Czaamamów, z Xinnjinów. Jak potoczyły się losy tych ludów? Czy u Xinjinów nie zostały przypadkiem żadne artefakty pozostawione tam przez Xargosa/Tanatloca?

- Co z miastem Ogotaia - Mayaxatlem, czy przetrwało? A może zostało porzucone i zatonęło w zieleni, oplecione rozrastającą się, tropikalną roślinnością? Co z "pałacem" na szczycie największej piramidy w Mayaxatlu, którą zamieszkiwał Ogotai/Varth? Na pewno pozostały w nim jakieś tajemnice, może nawet artefakty pochodzące z gwiazd.


Vlana i pierścień Uroborosa.

- Co stało się z Argunem Drewnianą nogą? Czy dożył swych ostatnich dni w spokoju, pośród ludu Xinjinów, w towarzystwie swoich "turkaweczek" Mi-sy i Ku-li? A także, co stało się z jego pracownią zbrojmistrza pozostawioną na północy? Czy została zapomniana, niszczejąc? A może leżą w niej, czekając na odkrycie, jakieś niezwykłe bronie?

- Co z pierścieniem Uroborosa, z tomu "Władca gór"? Ten niezwykły przedmiot pozwalał przecież na podróżowanie w czasie. Co prawda jego moc była ograniczona tylko do szczególnych "energetycznych" miejsc (np. tego, na którym dziadek pięknej Vlany postawił swój dom) ale na pewno byłoby ciekawie gdyby tak potężny artefakt powrócił w fabule przygód Wikinga z Gwiazd.

Floriana, dziewczynka szlachetnego urodzenia która miała zostać wydana za mąż i Szenko, syn ubogiego wieśniaka - zakochują się i ruszają razem w świat w poszukiwaniu miejsc, gdzie mogliby spokojnie żyć.

- Floriana i Szenko - Thorgal spotyka tę dwójkę młodych w albumie "Słoneczny miecz". Szekno był synem wieśniaka, a Floriana szlachcianką, którą miał poślubić niejaki Orgow, główny adwersarz z wyżej wspomnianego tomu. Na końcu albumu młodzi uciekają razem z rodzinnych stron w poszukiwaniu szczęścia w kraju bez wojen. Co się z nimi ostatecznie stało, czy ich drogi mogą się jeszcze kiedyś przeciąć z historią rodziny Aegirssonów?

 - Co z "Wędrowcem" urządzeniem którego używał Jaax? Wiemy, żę wylądowało na dnie morza w ostatnim czasoprzestrzennym skoku Jolana na końcu albumu "Korona Ogotaia" - czy udałoby się go wydobyć i ponownie użyć? Co z dwudziestopięcioletnim Jolanem zabranym do odległej o 30 000 lat przyszłości przez podróżników/strażników czasu w tym samym albumie?


Bogini Iduna spotyka przy bramie swej posiadłości młodego śmiałka z Midgardu - Jolana Thorgalssona.

- Swanee - Walkiria, która pomaga Thorgalowi w albumie "Giganci". Jak wiele innych kobiet także i ona miała wyraźną słabość do Wikinga z Gwiazd. Czy ta mała wesoła służka bogini Frigg ma szansę jeszcze pojawić się na kartach któregoś z kolejnych tomów sagi?

- Bogini Iduna, której ulubieńcem stał się Jolan, po jego wizycie w siedzibie bogów (album "Bitwa o Asgard"). Czy już zapomniała o dzielnym, młodym, jasnowłosym bohaterze? A może potajemnie śledzi ze swej boskiej siedziby jego przygody i w jakimś momencie wspomoże swojego midgardzkiego ulubieńca boską interwencją?

Manthor - zamaskowany mistrz czerwonej magii i jego matka, wygnana z Asgardu bogini Vilnia, studiująca magiczną księgę Kah-aniela de Valnora.

- Co z boginią Vilnią i jej synem, Manthorem? Jej, dzięki wysiłkom Manthora i Jolana, pozwolono powrócić do Asgardu i ponownie skosztować jabłka nieśmiertelności. Natomiast syn Vilnii chyba pozostał w swojej twierdzy w Międzyświecie, gdzie nadal studiuje arkana czerwonej magii? Wydaje mi się, że obydwie z tych postaci były na tyle istotne, szczególnie dla wątku Jolana, że nawet powinny jeszcze powrócić w kolejnych tomach serii.

- Birbu, Burbi i inne dusze wojowników, którym drugie życie nadawała matka Manthora, bogini Vilnia, w postaci szmacianych kukiełek-wojowników. Czy po odejściu do Valhalli będą jeszcze w stanie w jakikolwiek sposób w przyszłości pomóc Jolanowi do którego tak się przywiązali służąc mu za przybocznych doradców?

Najemnik ale "dobry chłop". Towarzysz Thorgala w wyprawie do Bag Dadhu - Pietrov.

- Co stało się z Pietrovem, towarzyszem Thorgala w wyprawie do Baghdadu? Pod koniec albumu "Aniel" przybywa on wraz z Thorgalem na północ, w rodzinne strony Wikinga z Gwiazd, schodzi po trapie ze statku i po prostu znika, nie pojawiając się już potem w żadnym kadrze...

- Servaana - ruda przywódczyni wojowniczych amazonek, z którymi walczą bohaterowie wracając z Baghdadhu, przy okazji odwiedzin w kraju Zahr. Thorgal daruje jej życie a ona obiecuje mu, że na pewno się jeszcze spotkają. Czy tak się jednak stanie? Czy Yann Le Penetierre pamięta jeszcze o tej postaci, którą sam powołał do życia?


Jolan i jego kompani-przeciwnicy w próbach Mantora. Od lewej: Jolan, Arlak, Draye, Ingvilda, Xia.

- Co z towarzyszami Jolana którzy zostali przy życiu: Xią, Ingvildą i Drayee? Razem walczyli z cesrarzem Magnusem, lecz potem, kiedy Jolan i Magnus wyruszyli aby walczyć na arenie Strażnika Sprawiedliwości ich wątek nagle się urwał.

- Co wreszcie z samym Anielem i jego matką, Kriss de Valnor, którzy na końcu albumu "Aniel" odeszli w przysłowiową "siną dal"? W tym przypadku jestem przekonany, że te postacie jeszcze powrócą jako niezwykle istotne dla całej sagi.


Nowi scenarzyści i rysownicy serii

   Większość z wątków przytoczonych powyżej, wiąże się z "klasyczną" - jak dla mnie osobiście - częścią sagi, czyli tymi albumami serii o dziejach rodziny Aegirssonów, do których scenariusze pisał Jean van Hamme. Seria mogła się skończyć już kilka razy, m.in. na albumie "Klatka" czy choćby na ostatnim albumie do scenariusza van Hamme'a - "Ofierze". Tak się jednak nie stało, choć ciężko jest dziś jednoznacznie oceniać, czy to dobrze, czy źle? W każdym razie jak wiemy, po rezygnacji van Hamma, odpowiedzialność za warstwę fabularną serii przejął Yves Sente. Od tego momentu saga zdecydowanie się zmieniła. Z jednej strony Sente tchnął w przygody Thorgala i jego bliskich nową energię. W mojej ocenie początkowe scenariusze które pisał były na prawdę dobre. Na przykłada wątek wspomnianego już Międzyświata i maga Manthora bardzo dobrze wpisywały się w koncepcję serii. Wątki mitologiczne i magiczne, od zawsze był bowiem obecne w przygodach Thorgala. Uważam, że dobrym pomysłem był także koncept, że Jolan potrzebuje mistrza, mentora, który poprowadzi go dalej, pozwoli rozwinąć niezwykłe umiejętności chłopca, panować nad mocami mentalnymi. Z drugiej strony pod "wodzą" Setne'a seria zaczęła się rozrastać na wzór (jak sądzę) filmowego uniwersum Marvela. Wątki zaczęły się niebezpiecznie wręcz mnożyć. Dodatkowo wkrótce (początkowo tylko w kontekście serii pobocznej o przygodach Louve) pojawił się kolejny scenarzysta - Yann Le Penetierre. Można by tego bronić, mówiąc, że "uniwersum nabrało rozmachu". Z drugiej jednak strony zaczęło tracić swój pierwotny charakter (skupienie na przygodach i przeznaczeniu Thorgala oraz jego rodziny). Fabuła zaczęła też być miejscami doprawdy miałka, a przy seriach pobocznych, o czym nieco później, momentami wręcz skandaliczna. Powyższe tematy (nadmierna ilość wątków, dziwne rozwiązania scenariuszowe itd.) były zresztą źródłem niezadowolenia Grzegorza Rosińskiego i ostatecznie decyzji o zakończeniu współpracy z Sentem (po albumie "Kah-Aniel"). Także i ja uważa, że  Sente namnożył finalnie zbyt wiele wątków i bohaterów, tak, że całość fabularna którą stworzył jest dziś ciężka do przśledzenia i analizowania. W mojej prywatnej ocenie decydującym momentem był album "Czerwona jak Raheborg". Tej militarystyczno-politycznej rozbuchanej opowieści po prostu nie dało się wręcz czytać, była doprawdy zdecydowanie zbyt "wielotorowo zagmatwana".



   Po  wkroczeniu na scenę Sentego i Le Penetierra jako scenarzystów, seria o przygodach Aegirssonów - jak to ujął zdaje się Jakub Syty na stronie Thorgalvers - zaczęła przypominać niekończącą się "operę mydlaną". Nieoczekiwane, kuriozalne mariaże (Jolan i Kriss de Valnor), znużona sobą (choć jawnie nie przyznaliby się do tego) para małżeńska, czyli Thorgal i Aariccia, zdradzający się na wzajem - Aaricia z Lundgenem, Thorgal z Salumą. W końcu absurdalne zachowania i sytuacje nakazane "do odegrania" nieskalanym przez tyle lat bohaterom. Mam tu na myśli Aaricię która, zamiast próbować dociec prawdy zachowuje się jak rozhisteryzowana idiotka i próbuje rzucić się z klifu (a ostatecznie wpada w  ramiona kłamliwego Lundgena) po tym jak dowiaduje się o (rzekomej) śmierci Thorgala. I ponownie, Aaricia, która porzuca (odchodząc z Lundgenem) jedyną bliską osobę która została obok niej, córkę Louve, która odeszła mieszkać w puszczy, bo nie mogła dłużej zdzierżyć romansu matki z podłym amantem. I tu płynnie dochodzimy do kolejnego tematu, gdyż wymienione powyżej absurdalne zachowania pojawiają się w serii pobocznej "Louve", której scenarzystą został wzmiankowany już Yann Le Penetierre.


    Przez długi czas byłem przekonany, że osadzenie go na stanowisku scenarzysty serii pobocznych (mówię, tu szczególnie o "Louve" ale i o "Młodzieńczych latach") to była jedna z najgorszych decyzji dla serii w całej jej historii. Le Pennetier zdawał się "nie czuć" klimatu opowieści o Wikingu z gwiazd i ze znanych bohaterów robił zupełnie inne postacie. Mówię tu szczególnie o opisywanym wcześniej kuriozalnym zachowaniu Aaricii, w albumach "Dłoń boga Tyra" a jeszcze bardziej w "Królestwie Chaosu". To na prawdę nie pasowało do tej postaci, Yann oszpecił, obrzydził swoimi scenariuszami wizerunek pięknej i mądrej księżniczkę Wikingów. Podobnie stało się odnośnie wielu innych rzeczy związanych ze scenariuszami Le Pennetiere'a. Weźmy np. wątek Louve odnajdujące prawicę Tyra (album "Dłoń boga Tyra") w stosie innych odciętych, zasuszonych dłoni (cóż za makabryczny i obleśny wręcz pomysł). A jak mała bohaterka rozpoznaje tę prawicę - "bo wszystkie pozostałe dłonie były lewe". Co za sztampa, tandeta i dramat narracyjny. Dwa ostatnie albumy serii o przygodach córki Thorgala - "Królowa czarnych elfów", "Nidhogg" -  napawały mnie przeczuciem (czy wręcz przekonaniem), że ten scenarzysta nie jest w stanie wymyślić nic oryginalnego i ciekawego. I, jeśli nadal pozostanie na tym stanowisku, będzie tylko eksploatował stare wątki serii (Strażniczka Kluczy, Vigrid, Tjahzi, wąż Nidhogg i temu podobne) mieszając je ze swoimi dziwacznymi pomysłami. Ostatecznie nie wyszło to aż tak źle (mówię tu o przejęciu przez Yanna scenariuszy do serii głównej) ale o tym nieco później.


Kriss de Valnor w ujęciu Giulio de Vity.


   W pewnym momencie (po albumie "Kah-Aniel") i odejściu Sentego pojawiła się też iskra nadziei na prawdziwy renesans sagi o Thorgalu. Odpowiedzialność za scenariusz głównej serii (a także serii Kriss de Valnor od albumu "Wyspa zaginionych dzieci") przejął bowiem na chwilę Xavier Dorisson, a jest on w ostatnich latach uważany za jednego z najlepszych scenarzystów komiksowych na rynkach frankońskich. Jednak i ta współpraca okazała się nietrwała i po konflikcie z Grzegorzem Rosińskim Dorrison skończył pracę z serią Thorgal po zaledwie jednym albumie - "Szkarłatnym ogniu"! Wkrótce też porzucił (lub został od niej odsunięty) serię Kriss de Valnor, a jego miejsce zajął  Mathieu Mariolle - przy albumie "Góra czasu". I tak odpowiedzialność za scenariusze serii głównej przejął, na miejsce Dorissona, nie kto inny jak Yann Le Penetierre. Od albumu "Pustelnik ze Skelingaru" odpowiedzialność za rysunki przejął z kolei Frederic Vignaux, zastępując na tym stanowisku ostatniego z ojców serii o Thorgalu - Grzegorza Rosińskiego. Aktualnie więc ostatnim "oryginalnym" akcentem serii pozostają okładki malowane przez Rosińskiego, choć i tu zdarzyły się już odstępstwa  (np. album Louve - "Dłoń boga Tyra", do którego okładkę narysował Roman Surżenko). 

Louve w ujęciu Romana Surżenki

    W ten sposób płynnie przechodzimy do tematu warstwy graficznej serii. Styl Rosińskiego bardzo ewoluował przez kolejne jej tomy. Kreska zmieniała się, w końcu - od albumu "Ofiara" - zmieniła się też technika (od klasycznego rysunku gdzie szkice były najpierw podkreślane czarnym tuszem a następnie kolorowane, do techniki malarskiej z bezpośrednim nanoszeniem koloru). Ostatecznie jednak wydaje się, że Rosiński ma coraz mniej energii na rysowanie Thorgala. Dobitnie pokazał to w mojej ocenie album "Aniel" - po którym zresztą pan Grzegorz, chyba ostatecznie, ustąpił z pozycji rysownika przygód serii, pozostając jedynie przy tworzeniu okładek. W tym kontekście uważam, że dobrze się stało, iż na scenie pojawiły się nowe osoby. Zacznijmy od Rosjanina, Romana Surżenki. Jak wiemy przejął on, w początkowej fazie, odpowiedzialność za rysunki do serii "Louve" oraz "Młodzieńczych lat" a później także (na chwilę) za serię o Kriss de Valnor - od albumu "Wyspa zaginionych dzieci", zastępując na tej pozycji Włocha, Giulio de Vitę. I w mojej ocenie Surżenko był i jest najlepszym "nabytkiem" jeśli chodzi o serie ze świata Thorgala na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat (czyli okresu w którym pojawił się cykl Aniela i serie poboczne). Jeśli chodzi bowiem o Giulio de Vitę, to dla mnie osobiście jego prace są, mówiąc kolokwialnie, "brzydkie". Chaotyczna kreska, niedbale wyglądające detale i postacie (szczególnie twarze, które nawet na sąsiadujących kadrach mogą się bardzo różnić - zdarza się, że bohaterowie miejscami w ogóle przestają przypominać samych siebie). De Vita rysował kadry nad którymi wręcz nie warto się "pochylać" nie ma w nich ciekawych detali, nie przyciągają wzroku, są chaotyczne, jakby niedopracowane. 

Kriss de Valnor w ujęciu Frederica Vignaux'a.

   Przeciwnie natomiast jest z Pracami wspomnianego już Surżenki. Jego kreska jest precyzyjna, czysta a szczególny zachwyt budzą zwierzęta (np. wilki) ale i postacie. Mam tu np. na myśli uderzające podobieństwo do "oryginałów" wykreowanych przez Grzegorza Rosińskiego. Osobiście uważam, że to właśnie Surżenko powinien zostać mianowany głównym rysownikiem kolejnych przygód Thorgala. Stało się jednak inaczej, co prawda kontraktor de Vita zniknął ale do "drużyny Thorgala" dołączył Frederic Vignaux, przejmując odpowiedzialność ze serię "Kriss de Valnor" - od albumu "Góra czasu" i za serię główną - od albumu "Pustelnik ze Skelingaru". Aby oddać sprawiedliwość należy napisać, że rysunki Vignaux są dosyć udane, miejscami na prawdę ładne, jednak rysownik ten nie potrafi tak wiernie odwzorować oryginalnego wyglądu głównych postaci, jak czyni to w swoich pracach Roman Surżenko. Trudno jednoznacznie orzec, czy Vignaux "wytrwa" na stanowisku głównego rysownika serii. Tym co zastanawia mnie jednak zdecydowanie bardziej jest fakt, że od albumu "Aniel" scenarzystą głównej serii został nie kto inny, jak Yann Le Penetierre... 

Cykl Aniela...

    Wspominałem wcześniej o rozbudowie uniwersum wielotorowo, "a'la Marvel". Momentem kiedy się to rozpoczęło było pojawienie się wątku Aniela i Czerwonych Magów. Od tego czasu seria główna i serie poboczne zaczęły być równolegle współtworzone, zawierając historie które przeplatają się i uzupełniają, tworząc pewną wspólną całość. Czytając po latach, jeden po drugim, albumy z cyklu o Anielu, stwierdzam, że jednak w dużej mierze podoba mi się to, w jakim kierunku poszła wtedy seria. Pamiętam dobrze narzekanie i dyskusje w Internecie, mające miejsce podczas premier tych tomów, że zmienił się klimat sagi o Thorgalu, że "to już nie to co kiedyś", tj. za czasów kiedy scenarzystą Thorgala był Jean van Hamme. Warto sobie jednak przypomnieć, jak bardzo wyeksploatowana wydawała się ta seria przy albumach "Arachnea", "Błękitna zaraza" i "Królestwo pod piaskiem". Widać było wyraźnie, że scenarzyście, tj. Jeanowi van Hamme'owi, brakowało już pomysłów jak poprowadzić dalej przygody Aegirssonów? Van Hamme i Rosiński błąkali się, podążając w niewiadomym kierunku z rozwojem serii, tak jak ich bohaterowie błąkali się na kartach komiksów po nieznanych krainach, bez jasnego kierunku i celu. Osobiście spodziewałem się, że od albumów "Ofiara" i "Ja, Jolan" seria pójdzie jednak w innym kierunku. Że Thorgal, doświadczony przez los, przeżywszy liczne przygody i powróciwszy do Northlandu zazna wreszcie zasłużonego spokoju u boku pięknej Aaricii a na scenę jako główny protagonista na stałe wkroczy Jolan Thorgalsson i to jego perypetie będziemy odtąd śledzić. Tak się jednak nie stało. Rodzina Aegirssonów nie została pozostawiona w spokoju przez przeznaczenie (i scenarzystów) ponieważ wraz z przygodami które przeżywał Jolan, pojawił się niemal natychmiast równoległy, i jak się potem okazało dominujący, wątek Aniela i Czerwonych Magów. I tak Thorgal Aegirsson, chcąc nie chcąc, znów musiał dobyć łuku i miecza i ruszyć w świat, by ratować młodszego z synów. Jak wyglądało "rozrastanie się" uniwersum z wątkiem Aniela jako osią wydarzeń, napisałem już sporo w poprzednich akapitach. Tutaj chciałbym się natomiast skupić na chronologii wydarzeń a więc, de facto, albumów serii.

Okładka wydania specjalnego tomu "Kah-Aniel", wypuszczonego przez Le Lombard na rynki frankofońskie.

    Seria główna i serie poboczne (Kriss de Valnor, Louve) muszą bowiem być czytane w odpowiedniej kolejności, żeby tworzyły wspominaną już spójną, chronologiczną całość. Ma to znaczenie mniej więcej od album "Ja, Jolan". Odstępstwem od tej reguły jest oczywiście seria poboczna opowiadająca o młodości Thorgala, która jest zupełnie niezależna od wydarzeń z serii głównej - choć i tutaj zdarzają się elementy, które pojawiają się potem w innych miejscach - jak. np. bransoleta Aaricii, czy zdobyty przez Thorgala róg z leczniczą maścią. Wracając jednak z tej dygresji, to pewien pogląd daje na kolejność czytania opublikowana bodaj przy okazji albumu "Tarcza Thora" infografika, choć widać na niej tylko pobieżnie które wydarzenia z poszczególnych serii rozgrywają się w podobnym przedziale czasowym.  Wydaje się też, że szczególnie seria "Kriss de Valnor" dostała ostatecznie więcej epizodów, niż początkowo planowano. Tak więc, aby nadać jednoznaczności kolejności, w jakiej należałoby zapoznawać się z poszczególnymi albumami, zamieszczam poniżej konkretną listę w rzeczonym porządku chronologicznym:


Wspominana w tekście Infografika, ukazująca jak (mniej więcej) wygląda porządek chronologiczny wydarzeń w serii głównej i seriach pobocznych.


- Thorgal T31 - Tarcza Thora (2008r.)

- Kriss de Valnor T1 - Nie zapominam o niczym (2010r.)

- Thorgal T32 - Bitwa o Asgard (2010r.)

- Thorgal T33 - Statek-miecz (2011r.)

- Louve T1 - Raissa (2011r.)

- Kriss de Valnor T2 - Wyrok Walkirii (2012r.)

- Louve T2 - Dłoń boga Tyra (2012r.)

- Kriss de Valnor T3 - Czyn godny królowej (2012r.)

- Louve T3 - Królestwo Chaosu (2013r.)

- Kriss de Valnor T4 - Sojusze (2013r.)

- Thorgal T34 - Kah-Aniel (2013r.)

- Louve T4 - Crow (2014r.)

- Kriss de Valnor T5 - Czerwona jak Raheborg (2014r.)

- Louve T5 - Skald (2015r.)

- Kriss de Valnor T6 - Wyspa zaginionych dzieci (2015r.)

- Louve T6 - Królowa czarnych Elfów (2016r.)

- Thorgal T35 - Szkarłatny ogień (2016r.)

- Kriss de Valnor T7 - Góra czasu (2017r.)

- Louve T7 - Nidhogg (2017r.)

- Kriss de Valnor T8 - Strażnik Sprawiedliwości (2018r.)

- Thorgal T36 - Aniel (2018r.)

Piękna rodzinna grafika, choć już nieaktualna w kontekście chronologii serii. Na końcu trzydziestego szóstego tomu Aniel odchodzi bowiem w świat ze swą cudownie zmartwychwstałą (dzięki interwencji bogów) matką, Kriss de Valnor.


... idalej.

   Dwa ostatnie albumy serii - "Pustelnik ze Skelingaru" i "Selkie" - to zdecydowanie nowy rozdział w sadze o Thorgalu. Po raz kolejny zmienił się znacząco charakter przygód familii Aegirssonoów i ich przyjaciół, sposób narracji opowieści a w końcu i warstwa graficzna. Było to raczej nieuniknione po zmianie scenarzysty i  rysownika - aktualnie są to, odpowiednio, Yann Le Penetierre i Frederic Vignaux. Na szczęście, mimo moich obaw, które pojawiły się przy seriach "Louve" i "Młodzieńcze lata" Yann Le Pennetiere nie okazał się ostatecznie złym scenarzystą, jeśli chodzi o serię główną. Nowe przygody są nawet dosyć ciekawe pod względem fabularnym, choć nie układają się aktualnie w jakiś wyraźny cykl o wspólnym temacie nadrzędnym (jak np. wcześniej cykl Aniela). Jedna rzecz, którą osobiście chciałbym zobaczyć w nadchodzących tomach serii, to możliwość dania zasłużonego spokoju samemu Thorgalowi, który "ma już swoje lata". Może w kolejnym odcinku sagi Louve, Jolan oraz ich towarzysze - Jasmina, Darek, Lehla, Ava i Gilli - mogliby wyruszyć na wyprawę, pozostawiając starsze pokolenie (Thorgal, Aaricia) w cieple wygodnego domu? Trudno oczywiście powiedzieć w jakim  dokładnie kierunku dalej rozwiną się przygody Aegirssonów i ich przyjaciół (choć zapewne Yann Le Penetierre i Grzegorz Rosiński już o tym myślą). Wiemy jednak niemal na pewno, że kolejne tomy serii będą powstawać i zapewne w najbliższych latach nie zostanie ona zakończona. Warto też zauważyć, że dwa najnowsze albumy (podobnie jak inne przed nimi) pokazały następny odcinek czasu na osi dziejów familii Aegirssonów. Mam tu na myśli to, że Jolan i Louve są już prawie dorośli i właściwie są też w pełni ukształtowanymi, niezależnymi bohaterami... W kontekście wszystkich powyższych dywagacji a w szczególności zmian odnośnie rysowników i scenarzystów oraz coraz większe oddalanie się ojców Thorgala od serii nieuchronnie rodzą się pytania: ile jeszcze jest Thorgala w Thorgalu? Oraz: jak ta seria będzie rozwijana w kolejnych latach?


Fragment planszy z najnowszego albumu serii "Selkie" w ujęciu Frederica Vignaux'a.

    Na koniec pozwolę sobie jeszcze na osobistą dygresję związaną z tym, skąd wzięło się moje zainteresowanie i przywiązanie do serii. Z opowieściami o Thorgalu spotkałem się bowiem jeszcze w "poprzedniej epoce", tj. za czasów PRL-u, gdzie kolorowe media (w szczególności zaś komiksy "zza żelaznej kurtyny", czy po prostu "zachodu") były towarem deficytowym, rarytasem. Pamiętam swój pierwszy kontakt z serią. To było wydanie z KAW a ja miałem wtedy 7-8 lat. Takich "rarytasów" nie zdobywało się "ot tak". Często, szczególnie w mniejszych miejscowościach, a ja w takiej właśnie mieszkałem (a dokładniej było to miasto powiatowe), to był problem, żeby takie albumy dostać. Ja miałam to szczęście, że dziadek mojego dobrego kolegi był kierownikiem w RSW Prasa Książka Ruch. Dodatkowo cała rodzina, tj. głównie ów dziadek, a także mama kolegi i on sam byli pasjonatami fantastyki - czytali książki (trylogia kosmiczna  Trepki i Borunia), kupowali magazyny (Alfa, Relaks, Fantastyka) a także, a może przede wszystkim, wszystkie dostępne na skromnym, polskim rynku albumy komiksowe. Po latach uświadamiam sobie, że to właśnie od nich "złapałem bakcyla", zainteresowałem się SF i komiksem. Zresztą to właśnie dzięki tym ludziom w moje ręce trafiły nie tylko albumy z serii Thorgal ale także inne, np. te drukowane w magazynie Komiks - Fantastyka (jak choćby Funky Koval czy Yans). I to właśnie tej familii dedykują niniejszy artykuł. Bez tych znajomości i przyjaźni z nimi, być może nigdy nie pokochałbym przygód Thorgala i nie śledziłbym rozwoju tej serii przez niemal cztery dekady.





sobota, 4 lipca 2020

CP77 - moje dywagacje na 4,5 miesiąca przed premierą

    Piszę ten tekst w środku lata (03.07.20). Cyberpunk 2077 (CP77) to niewątpliwie tytuł na który czeka w tym roku cały gamingowy świat. Jest to też projekt którego rozwój ja osobiście bacznie śledzę od niemal samego początku. Wiem już jednak dzisiaj, że nie będzie to gra jakiej się spodziewałem. Nie oznacza to, że czuję rozczarowanie natomiast ten tekst chciałbym poświecić analizie tego, jak w moim mniemaniu miał wyglądać ten tytuł i co mnie zastanawia (frapuje) w aktualnej wersji, którą powoli odsłania przed graczami CD Projekt Red (CDPR).

Psycho Squad w akcji. Cyber-psychopatka z zawieszonym systemem (jaźnią?) po zmasakrowaniu ludzi na ulicy już obezwładniona.

    Jak wiemy gra została ujawniona w październiku 2012r. a na początku 2013r. pojawił się cinematic teaser, prezentujący kobietę klęczącą na ulicy, z wysuniętymi z rąk ostrzami modliszkowymi. Za ich pomocą chwilę wcześniej dokonała ona masakry, mordując prawdopodobnie przypadkowych ludzi. Przez kilka lat skąpe, szczątkowe informacje dostarczane przez developera zbudowały w moje głowi obraz gry, która koncentrować by się miała właśnie na cyber-psychozie. A dokładniej, że bohaterem (lub bohaterami) CP77 będą policjanci, ze specjalistycznej grupy Psycho Squad, tropiący, albo ogólniej zwalczający psycho-dewiantów, tj. osoby, które wszczepiły w swoje ciała zbyt wiele modyfikacji, tracąc przez to kontrolę nad swoimi poczynaniami, przemieniając się w żądne krwi bezmózgie bestie, mordujące ludzi, tak właśnie jak to, szczątkowo, zostało ukazane w pamiętnym teaserze, o którym mowa powyżej. Do tego spodziewałem się scenerii mrocznego miasta, spowitego wieczną, ale rozświetlaną neonami, ciemnością a także (czasami) zalane strugami deszczu. Dodatkowo po niebie powinny przesuwać się niekończące rzeki latających pojazdów (AVs w nomenklaturze Cyberpunka). Tak więc miało to być, w mojej ocenie, "coś a'la Blade Runner", z ciężkim klimatem w stylu noir. Do tego rzecz jasna, tak jak w oryginale, to jest CP2020, musiałyby się tam pojawić walczące ze sobą korporacje i gangi, często o konfliktujących, czy wręcz sprzecznych ze sobą, agendach. Do tego rzecz jasne sieć, hackowanie, netrunnerzy, najemnicy... A wszystko to będące zgrabnym miksem klimatów ze wspomnianego już Blade Runnera lecz także Akiry (np. wybuch bomby atomowej niszczącej miasto), Ghost in The Shell (dylematy tożsamości cyborgów) czy Trylogii Ciągu William Gibsona. I wygląda na to, że wszystkie te elementy w jakimś stopniu w produkcji "Redów" się znajdą, ale...


Panorama ładna, ale gdzie jest morze latających AVs?

    Przyznam, że bezpośrednim impulsem do napisania tego tekstu było wydarzenie Night City Wire, zaprezentowane szerokiej publiczności 23.06.20 i morze materiałów, komentarzy i opinii które zaraz po nim rozlały się w Internecie. I, co należy podkreślić, komentarze - szczególnie w polskich mediach - były bardzo spolaryzowane. Znalazło to też swoje odbicie w kursach akcji CDPR na GPW, których wartość już następnego dnia spadła o niemal 20zł. I tak z jednej strony pojawiły się liczne "ochy i achy" co do grafiki, designów niektórych lokalizacji, rzekomej głębi fabuły itp. Z drugiej jednak pojawiły się też głosy o braku klimatu w grze, bliskości tego tytułu raczej grom akcji, jak FPS'y czy GTA (do którego jeszcze tu wrócę). I po zapoznaniu się zarówno z materiałami prasowymi jak i komentarzami społeczności, przyznam, że ja też mam aktualnie  bardzo mieszane uczucia co do tego tytułu. Nadal, po tym co nam przedstawiono, nie widzę mocnej strony RPG Cyberpunka 2077. Mało tego, szczególnie zaprezentowana ścieżka Nomada skłania mnie do przemyśleń, że CP77 będzie bliżej klimatem do gangsterskiego GTA niż historii o psychozie czy heroicznym ratowaniu świata. I jeszcze aspekt walki. Nadal nie widzę, w sekwencjach walki które zostały nam przedstawione, aspektów RPG tj. rozwoju postaci i broni, roli statystyk. Walka w CP77 wygląda na zaprezentowanych materiałach jak wyjęta z FPP shootera. Staram się nie być malkontentem i jestem zadania, że dopiero "położenie rąk" na ukończonym tytule da nam, graczom, pełny obraz sytuacji i możliwość konstruktywnej oceny, jednakże aktualny obraz tej produkcji jest dla mnie osobiście niezwykle ambiwalentny. Z jednej strony nadal widzę w tytule CDRP ogromny potencjał ale mam też "z tyłu głowy" mnóstwo znaków zapytania a także rzeczy które autentycznie mi się nie podobają.

Drift Golfem zawsze (?) spoko.
    Otóż, np. po obejrzeniu ostatniego trailera po raz kolejny stwierdziłem, że, mówiąc kolokwialnie, "nie pasuje mi" postać Jackiego Wallece'a, jego pseudo latynoska paplanina, buńczuczna zarozumiałość, styl bycia, aparycja. Ale potem przypomniał mi się trailer CP77 z E3 2019. Ten w którym Jackie i V kończą najważniejszą misję (jak już dziś wiemy należącą do prologu), w której mają dostarczyć słynny chip fixerowi, Dexterowi de Shawn. I co się dzieje w tym trailerze? Otóż Jackie ginie! Pytanie czy jest to jedna z opcji, i ta postać może przeżyć, czy scenarzyście na stałe eliminują go z fabuły a rolę "przybocznego" dla głównego bohatera zaczyna od tej pory pełnić Johny Silverhand, duch dla którego nośnikiem jest zrabowanych chip. Osobiście obstawiam, a trochę też mam nadzieję na tę właśnie opcję. Bo według mnie postać Jackiego buduje obraz CP77 jako gry będącej, jak twierdzą niektórzy, takim "GTA w przyszłości". Z "wyszczekanymi" pato-gangsta kolesiami w rolach głównych, "nawalających" non stop slangiem, i próbujących udowodnić, kto ma większe "cojones", stać się prawdziwymi OG (original gangsters) - znów nawiązanie do GTA całkowicie zamierzone.

What's so funny, Mr Welles?

    I szczerze, chyba tego się właśnie najbardziej obawiam: żeby ta gra nie stała się takim "gangsterskim shooterem", z szaleniem po ulicach (od wyścigów do rozjeżdżania ludzi włącznie) z nastawieniem na radochę z rozbijania się po mieście, jazdy pojazdami i strzelania. Z drugiej strony żywię głębokie przekonanie, że tak się jednak nie stanie, z kilku powodów. Po pierwsze, poznaliśmy do tej pory tylko część wydarzeń z prologu (właściwie wszystkie trailery i zaprezentowana w zeszłym roku rozgrywka, a także hands-on gameplay zaprezentowany niedawno dziennikarzom z całego świata). Co do reszty fabuły i mechanik działających "pod maską" gry znamy tylko ich ogólne zarysy. A myślę, że CDPR osadzi swoją historię w mieście, które, podobnie jak to miało miejsce w Wiedźminie, będzie realną areną walki o wpływy wielu różnych frakcji. I podsumowując ten akapit: fabuła, trudne wybory, psychologia - mam nadzieję, że to jednak te elementy zdominują rozgrywkę a nie widowiskowa akcja, pościgi i strzelaniny. Jednak ciężko aktualnie to wywnioskować, bez zagrania samodzielnie w tenże tytuł.

Doom? Borderlands? A nie, to CP77 - miejmy nadzieję, że elementy RPG będą jednak odczuwalne podczas walki.

    Tutaj przechodzimy płynnie do pewnej sprawy, a mianowicie ocen branżowych gier video. Od wielu lat podchodzę sceptycznie czy wręcz nie ufam i nie wierzę takowym. Ludzie mają różne preferencje i to co dla jednych jest przewspaniałe dla innych może być średnie, przeciętne, nieciekawe. Jako przykład mogę tu przytoczyć Last of Us (obydwie części). Osobiście nigdy nie rozumiałem fenomenu tej gry. Dla mnie osobiście gameplay z pierwszej części był męczący. Owszem były tam sentymentalne, chwytające za serce momenty, ogólnie gra była całkiem dobra, ale... Na przykład projekty wrogów był wręcz obleśne, budzące niesmak, odruch wymiotny (mówię tutaj o przeciwnikach z głowami jak kalafiory, z którymi, dodatkowo walka - szczególnie pamiętam taką na sali gimnastycznej z boiskiem do koszykówki - była trudna, nużąca i po prostu irytująca). Wychodząc z tej nieco przydługiej dygresji, odnośnie CP77 na pewno na chłodno podejdę do ewentualnych zachwytów znawców branżowych i przeanalizuję wszystko na spokojnie przed zakupem. Nie zakupię też tej gry w pre-orderze...


Johny Silverhand na chipie mieszka. Srebrną ma rękę ten nasz koleżka.

    Po pierwsze, nauczony przykrym doświadczeniem (np. z Mass Effect Adromedą), zaczekam jednak na pewien wysyp opinii po premierze (swoją drogą ciekawe, kiedy zostanie zniesione embargo na recenzje?). Mimo, że nie opieram się na nich zbytnio, jak pisałem powyżej, są to jednak pewnego rodzaju prognostyki, czego należy się spodziewać po danym tytule. Po drugie, mam spory dylemat co do sprzętu (który zdeterminuje zakup wersji gry) na którym ten tytuł uruchomię. Być może najlepiej byłoby kupić nowego PC-ta. Ale wcale nie uśmiecha mi się wydawanie kilku a może nawet kilkunastu tysięcy na nową maszynę. Więc może zakupić CP77 w wersji na PS4 i uruchomić go na PS4 Pro, którą na szczęście posiadam? Choć nawet i ta konsola (myślę, że podobnie jak i XOX) nie będzie w stanie "pociągnąć" gry na odpowiednim poziomie detali i efektów (o takim RTX możemy już na wjazd zapomnieć, co oczywiste). W tym miejscu wysoce zastanawiające jest też jak tytuł w ogóle będzie działał na starych konsolach jak choćby oryginalne PS4 i XON. Myślę, że optymalizacja CP77 na te dwie ostatnie platformy musi być dla twórców nie lada wyzwaniem. Wszystkie uwagi powyżej skłaniają mnie do refleksji, że może warto by zaczekać na nową generację konsol (PS5 i XSX) - ale tu rodzi się kolejny dylemat. Zarówno nowe Playstation jak i Xbox będą miały swoją premierę już po oficjalnej premierze Cyberpunka (osobiście uważam, że aktualny termin, tj. 19.11.20, nie zostanie po raz kolejny przełożony). Prawdopodobnie w momencie premiery konsol będą one mało dostępne i być może uda mi się zakupić którąś z nich dopiero w okolicach świąt Bożego Narodzenia albo w ogóle po nowym roku. Kolejna rzecz, kiedy tak na prawdę będą dostępne patche "upgradeujące" wersję gry do możliwości nowego sprzętu? No bo jaki byłby sens wydawania pieniędzy, powiedzmy na PS5, jeśli gra i tak wyglądałaby tak samo jak na PS4 Pro?

Do renderowania takich efektów w czasie rzeczywistym potrzebna będzie na prawdę potężna karta graficzna.

    Podsumowując: myślę, że jest to tytuł który ma potencjał ale nie koniecznie jest "skazany na sukces". Wciąż jest w tej materii wiele bardzo istotnych znaków zapytania, które rozwieje dopiero premiera i okres tuż po niej. Owszem, niewątpliwie i niezaprzeczalnie jest to największy projekt w dziedzinie rodzimego gamedev'u. Warto też wspomnieć, że oprócz samej gry CDPR chce rozwijać franczyzy na bazie tej produkcji, co już się właściwie dzieje (gadżety, fotele gamingowe, słuchawki, dedykowane wersje konsol itd.). Spodziewać się należy także i dużych DLC po premierze a zapewne, za kilka lat, także i kontynuacji samej "głównej" gry. Możliwe, że finalna wersja zaszokuje nas ostatecznie grywalnością, wykonaniem, głębią fabuły. Ale dopóki ostateczny, dokończony produkt nie ujrzy światła dziennego doprawdy ciężko to ocenić. Warto też pamiętać, że przed premierą Wiedźmina 3 także było mnóstwo narzekania i znaków zapytania "co to będzie, jak to będzie" a nawet pojawiły się przecieki o niedopracowaniu gry, problemach z wykrywaniem kolizji, downgradach grafiki itd. To jednak, finalnie, nie przeszkodziło temu tytułowi stać się mega sukcesem. Oby i tak stało się w tym przypadku - oby CP77 jednak nie zawiodło i dostarczyło nam wielu godzin lubej rozrywki.

wtorek, 24 grudnia 2019

   W zamyśle ten tekst ma być po prostu fotorelacją z rozpakowania edycji kolekcjonerskiej i, częściowo, porównaniu jej z poprzednimi wydaniami cyklu "W poszukiwaniu ptaka czasu" - z naciskiem na omówienie zawartości obecnej tylko w tej edycji. Nie zamierzam się natomiast skupiać w tym miejscu na fabule samej opowieści. 

   Warto jednak zaznaczyć, że, o ile mi wiadomo, jest to trzecie wydanie tej serii na polskim rynku. Pierwsze pojawiło się jeszcze w latach 90-ych w czasopiśmie Komiks-Fantastyka (niestety nie posiadam egzemplarzy z tego wydania). Drugą edycję stanowiły albumy wydane przez Egmont w latach 2003-2005. Bieżąca edycja, podobnie jak te poprzednie, ma swój bezpośredni odpowiednik w postaci pierwotnych, francuskich wydań. Ta konkretna jest oparta o wydanie Dargaud z 2011r.

Zacznijmy od unboxing'u, czynności jednorazowej, niepowtarzalnej. Po otwarciu kartonowego pudła, oczy kolekcjonera zastają taki oto widok. 



Kartonowe wzmocnienia rogów, folia bąbelkowa  i zewnętrzne kartonowe opakowanie "robią dobrą robotę" skutecznie zabezpieczając w transporcie cenny artefakt. A po wyjęciu z kartonu sam album jeszcze w ochronnych "bąbelkach" i zapieczętowany, wyglądał tak:




Otwarcie ochronnego, bąbelkowego opakowania wiąże się z nieodwracalnym naruszeniem (rozerwaniem) "metryczki" - na zdjęciu "tuż przed".



A tutaj sam album z przodu i z tyłu tuż po wyjęciu:



Cała ilustracja po rozłożeniu wygląda tak jak poniżej. Nie znalazłem potwierdzenia w Internecie ale sądzę, że została ona zaprojektowana specjalnie aby ozdobić omawianą tutaj edycję kolekcjonerską:



Zdjęcia nie dają pojęcia o faktycznej skali przedmiotu w rzeczywistości. Dlatego warto też wspomnieć o olbrzymim rozmiarze grimoire'u (360x290mm). Przy tej księdze stare wydanie (z Egmontu) wygląda jak miniaturki.





Sądząc po "opisach technicznych" przy przygotowywaniu tego zbiorczego albumu skorzystano z tłumaczeń przygotowanych dla Egmontu.



Kolekcjonerską duszę niezwykle cieszy oczywiście zawartość dodatkowa - przede wszystkim przypisana do albumu grafika z sygnaturą Loisela. Nie wiem niestety czy do pozostałych egzemplarzy są załączone jakieś inne grafiki, sądzę jednak - choć to tylko spekulacje - że nie.


Główną część albumu stanowią oczywiście cztery epizody stanowiące razem drugi cykl (choć historycznie rzecz biorąc pierwszy) opowieści o poszukiwaniu Ptaka czasu. Tutaj zamieszczam jedynie ilustracje do dwóch pierwszych tomów będących częścią ekskluzywnej zawartości omawianego albumu. Warto jednak wspomnieć, że zupełnie nowym doświadczeniem jest oglądanie plansz komiksu w powiększonym formacie (290x360mm). Ta księga, jak już wspomniałem na początku, wygląda właściwie jak księga magiczna, olbrzymi grimoire, trochę jak "księga bogów" będąca jednym z artefaktów obecnych w tej opowieści.




Są także i inne materiały dodatkowe. Przede wszystkim jest to pochodząca z 1975r. pierwsza wersja przygód Bragona i Pelissy, wydana w magazynie Imagine a przerobiona później zupełnie przez autorów do wydania albumowego.


Warto zwrócić uwagę na dosyć duże różnice, zarówno w stylu graficznym Loisela jak i w wyglądzie głównych bohaterów, a także, choć nie widać tego na zdjęciach, nieco inne rysy charakterologiczne nadane postaciom w pierwszej wersji opowieści. Czytając tę wersję ma się wrażenie pewnego deja vu, niby są to tak samo nazywające się postaci, mamy tu też Akbar jako miejsce akcji, jednak te "puzzle" poskładane są zupełnie inaczej. Widać, że autorzy czerpali sporo pomysłów a także nazw miejsc i postaci z tej pierwszej wersji "poszukiwania" jednak z pierwotnego zestawu elementów ostatecznie "wyjęli" i przerobili tylko niektóre.



Są także i liczne dodatkowe grafiki zamieszczone w oddzielnej sekcji na końcu albumu. Są to m.in. te wspomniane wcześniej, które zdobiły edycje albumowe, jak i wiele szkiców i grafik koncepcyjnych - próbka poniżej.



   Nie jest to album tani. Jego cena premierowa wynosiła 550zł. Jest to też edycja limitowana, jak widać na niektórych zamieszczonych przeze mnie obrazkach ukazało się zaledwie 550 egzemplarzy tego wydania. Warto też mieć na uwadze spore rozmiary (i wagę) tej księgi aby w ogóle znalazła swoje miejsce na półce - najlepiej w wyeksponowanym, zaszczytnym miejscu. 

    Czy warto ten album zakupić jako lokatę kapitału? Prawdopodobnie jego cena rynkowa wzrośnie w kolejnych latach. Jeszcze cenniejszy byłby zapewne egzemplarz nie rozpakowany. Z drugiej strony, jak kilka razy wspominałem już w swoich wpisach, mam wrażenie, że polski rynek, być może ze względu na zasobność portfeli potencjalnych konsumentów, jest rynkiem dosyć wąskim. Jeśli chodzi o tego typu komiksowe artefakty to przy próbie sprzedaży spodziewałbym się raczej problemów ze zbyciem tego ekskluzywnego, drogiego wydania nawet wybitnej serii, jaką niewątpliwie jest cykl "W poszukiwaniu ptaka czasu". Ale przecież nie o to chodzi, żeby bawić się w spekulacje. Dla mnie osobiście a myślę że i dla wielu innych osób które ten album nabędą, będzie to niewątpliwie ozdoba komiksowej kolekcji a przede wszystkim "nośnik" na którego kartach rozgrywają się wydarzenia pewnej wybitnej, w moim osobistym odczuciu opowieści, do której czytania jeszcze niejednokrotnie powrócę.

ISBN: 978-83-953828-5-7.
wymiary: 290×360.
papier kreda silk (arctic silk magno).
Druk kolorowy + czarno-biały.
Okładka twarda, ze złoceniami i lakierowanymi elementami.
256 stron w tym 27 stron materiałów dodatkowych.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Thorgal - 37 - Pustelnik ze Skellingaru

   Już na wstępie przyznam, że obawiałem się tego albumu... Po poprzednim epizodzie serii, tomie zatytułowanym "Aniel", zarzekałem się nawet przez pewien czas, że nie kupię już kolejnego tomu Thorgala, i że właśnie "Aniel" to jest (kolejny raz) TEN moment na którym seria powinna się zakończyć (wcześniej miałem podobne zdanie przy albumach "Klatka" oraz "Ofiara").

"Nasza" okładka albumu, z polskiego wydania od Egmontu.

   Duże opory, w kontekście zakupu albumu, budziła we mnie przede wszystkim osoba scenarzysty. Scenariusze Yanna Le Pennetiera do wcześniejszych albumów serii pobocznych świata Thorgala (a także i "Aniela" za który to album był już odpowiedzialny), były bowiem albo niespójne, "wydziwaczone" lub po prostu, ujmując rzecz zwięźle i kolokwialnie - słabe... Mimo jakiejś tam "marki" którą posiada jego nazwisko na rynkach frankofońskich w kontekście scenariuszy komiksowych i znacznego dorobku wciąż uważam, że Le Pennetier nie do końca "odnalazł się" (lub "sprawdził" - bardziej pasujące określenie wybierzcie sobie sami) w roli scenarzysty uniwersum Thorgala. Moje opory przed zakupem bieżącego epizodu przygód Wikinga z Gwiazd powodowała również i obawa skierowana pod adresem Frederica Vignaux, mającego nadać nowy "sznyt" oprawie graficznej serii właśnie w "Pustelniku". Bądźmy szczerzy, to jest kolejna rewolucja, przewrót dla tej serii. Drugi, ostatni z "ojców założycieli" bezpowrotnie (zapewne) opuszcza swoje dziecko. Mówię tu rzecz jasna o Grzegorzu Rosińskim. Najbardziej ze wszystkiego zastanawiałem się jak wiele ze stylu Rosińskiego pozostanie w nowym albumie? Czy w ogóle nadal "Thorgal będzie Thorgalem" - mowa tu zarówno o warstwie graficznej jak i fabularnej, a także czy postaci, w ujęciu nowego grafika będą w ogóle przypominać siebie? Poza tym, ponownie w kontekście oporów przed zakupem, kończąc już tę dygresję, należy stwierdzić, że sama seria o Wikingu z Gwiazd jako taka cierpi w już od wielu lat (wg. mojej prywatnej oceny poczynając bodaj od albumu "Arachnea") na syndrom "zmęczenia materiału". Tak więc czynników "do przemyślenia" przed otwarciem portfela i wyłożeniu funduszy na kolejny tomik do komiksowej, domowej biblioteczki miałem, jak myślę, że widać po powyższym akapicie, całkiem sporo. Finalnie jednak zdecydowałem się na zakup a oto jaką historię (i oprawę) znalazłem na kartach "Pustelnika ze Skellingaru".


    Należy, zacząć od tego, że, choć nie jest dokładnie powiedziane wprost, akcja "Pustelnika" rozgrywa się w pewnym odstępie (może nawet kilkuletnim) po wydarzeniach z albumu "Aniel". Można to jednak wywnioskować pośrednio, szczególnie na podstawie sportretowania jednej z postaci. Znów wpadnę tutaj w małą dygresję ale warto pamiętać o fakcie, że seria o przygodach Thorgala jest w pewien sposób unikatowa, ponieważ jej bohaterowie powoli się starzeją a dzieci (Louve, Jolan, Aniel) dorastają. I o ile kilka poprzednich albumów rozgrywało się w krótkim odstępie czasu, o tyle w przypadku "Pustelnika" następuje w serii kolejny przeskok czasowy który przedstawiony, czy właściwie, jak napisałem wyżej, zasugerowany jest w dosyć dyskretny sposób właśnie w postaci nowej reprezentacji Louve (gdyż Jolan pojawia się zaledwie w kilku kadrach tej opowieści, będąc tym razem postacią zupełnie marginalną). Natomiast odnośnie samej Louve, to wyraźnie widać, że z dziewczynki zaczyna się ona przemieniać w nastolatkę, dorośleje. Tak więc na tej podstawie czytelnik dostaje jasny przekaz, że po odejściu Aniela wraz z matką, Kriss de Valnor, rodzina Aegirsson'ów przez jakiś czas żyła we względnym spokoju. Jednak, co jest, ponownie niejawnym, punktem wyjścia dla fabuły tego albumu, pewne aspekty przeszłość Thorgala nie pozwalały mu o sobie zapomnieć i w głębi duszy dręczyło go sumienie... Dlaczego? A dlatego, że w jego życiu był pewien niechlubny rozdział, kiedy to, co prawda pozbawiony pamięci, u boku łaknącej złota, bezwzględnej wówczas Kriss de Valnor stał się Shaiganem Bezlitosnym oraz był sprawcą nieszczęść i śmierci bardzo wielu ludzi. Ta sprawa gwałtowanie wraca do jego świadomości w momencie ataku na jego życie, przeprowadzonego przez młodą dziewczynę, Kildę. Przez niefortunny wypadek, po postrzale przez Thorgala podczas pogoni za Kildą (po rzeczonej próbie zabójstwa), dziewczyna umiera pozostawiając naszego bohatera ze świeżo odnowionymi ranami w postaci wyrzutów sumienia odnośnie rzeczonych zbrodni, których dopuścił się niegdyś jako Shaigan. Kilda obciąża go także pewną misją, dzięki której nasz bohater może odkupić swoje winy. Thorgal wyrusza więc wkrótce na samotną wyprawę aby uwolnić lud Kildy spod jarzma Ivarra Lodowatego i odkryć tajemnicę kultu wokół którego koncentrowali się ludzie z plemienia zabitej dziewczyny. Centralną postacią tegoż kultu jest tajemnicza postać tytułowego Pustelnika z wyspy Skellingar, na której tenże zamieszkuje i która stanowi sanktuarium dla jego wiernych. Przy okazji Thorgal będzie się musiał wreszcie rozliczyć z niechlubnym epizodem swojej przeszłości i, tu mały spojler, podczas narkotycznej wizji stanąć oko w oko ze sobą-Shaiganem.


Alternatywny wariant okładki, dostępny na rynkach francuskojęzycznych.


   Z jednej strony dobrym pomysłem scenariuszowym jest dla mnie powrót do tematu Shaigana. Ta "zadra" w duszy, wyrzuty sumienia na tle tego co bohater czynił utraciwszy pamięć, kiedy był bezwzględnym łupieżcą u boku krwiożerczej Kriss de Valnor, na pewno musiały dręczyć przez lata człowieka, dla którego najważniejszymi wartościami w życiu były wolność i dobro. Z drugiej jednak seria po raz kolejny w jakiś sposób zatacza koło, powracając do wątków z przeszłości i nie mogąc "rozkręcić się" w nowym kierunku. Shaigan bezlitosny, Thorgal jako ulubieniec pewnej bogini która ma do niego słabość, walka o sprawiedliwość i wolność. To wszystko już gdzieś (tj. w poprzednich tomach serii) widzieliśmy. W zasadzie podobał mi się dyskretny motyw boskiej interwencji w którym wzmiankowana wyżej bogini (ach te kobiety, nieważne czy śmiertelne czy nie, ciągle mające słabość do czarnowłosego bohatera) pomogła Thorgalowi. Albo niejasny w pierwszej chwili, ale w sumie sensownie później wytłumaczony sposób poruszenia przez naszego protagonistę wielotonowego, pozłacanego kamienia. Jednak po przeczytaniu całości i pewnej analitycznej refleksji stwierdzam, że ten album jest w sumie poprawny ale nie wybitny. I tak niestety może być z przyszłymi epizodami tej serii, i wizją uniwersum Thorgala jaką będzie nam prezentował Yann La Pennetiere. Generalnie, powtórzę to, ale samego albumu "Pustelnik ze Skellingaru" nie czyta się źle, to całkiem udany epizod ale generalnie uważam, że seria o Wikingu z Gwiazd staje się jakaś taka miałka, sztampowa a kolejne epizody coraz bardziej przypominają odcinanie kuponów. Szkoda gdyż dla mnie, i myślę, że także wielu innych osób, Thorgal pozostaje serią kultową, wybitną ale od wielu epizodów już taka nie jest.

    Ponownie wynurzając się z dygresji i powracając do obowiązków recenzenckich należy odnotować, że końcówka bieżącego epizodu stanowi jawny punkt wyjścia do kolejnego albumu którego tematem przewodnim, wedle sugestii Yanna, będzie podwójna tożsamość. Mowa tutaj o drugim "ja" córki Thorgala - Louve (przypomnijmy sobie bowiem, że z poprzednich jej przygód wiemy, iż w jej umyśle przyczajone jest jej mroczne wcielenie - dzika Louve) ale także, co jest moim domysłem, temat podwójnej tożsamości może także dotyczyć Jasminy, księżniczki z Bag Dadhu, która od jakiegoś czasu, przemieniona w małą, sympatyczną małpkę, jest nieodłączną towarzyszką Louve. Może właśnie ten, kolejny album, stanie się zastrzykiem energii dla serii, może Yann w końcu wczuje się w rolę scenarzysty i pięknie rozwinie nam uniwersum Thorgala - oby tak było.

Podobno kolejna (prawdziwa?) alternatywna okładka. Choć nie wiem co to za olbrzym w tle, bo w fabule epizodu zdecydowanie się on nie pojawia.


   Dość dużo zostało już przeze mnie napisane w poprzednich akapitach o warstwie fabularnej  i warsztacie prezentowanym przez Yanna Le Pennetiera. Lecz zmiany w bieżącym albumie dotyczą też (i to dosyć mocno) warstwy wizualnej - porozmawiajmy więc o starym styl Rosińskiego oraz o nowym, wniesionym do kadrów tej serii przez Frederica Vignaux. Podczas wszystkich zawirowań wokół scenariuszy kolejnych epizodów serii - początkowo scenarzystą był mistrz van Hamme, potem Yves Sente, epizodycznie (acz szkoda) Xavier Dorisson i wreszcie (aktualnie) Yann, to odnośnie warstwy graficznej panowała niezachwiania niezmienność w postaci cięgle "stojącego na warcie" Grzegorza Rosińskiego. Co prawda jego styl przez lata ewoluował, zmieniał się aby w kilku ostatnich tomach przybrać wręcz formę obrazów malowanych w kadrach, jednak osoba artysty pozostawała ta sama. Odnośnie serii pobocznych, które był nowe i autonomiczne, łatwiej (mi osobiście) było zaakceptować innych artystów dzierżących stery "narracji graficznej". To nawet pasowało - nowe serie, nieco inne graficzne ujęcie tematu niż w serii-matce, inni protagoniści (Kriss, Louve, Jolan). Jednak zmiana artysty odpowiadającego za portretowanie wydarzeń głównej serii to niewątpliwie rewolucja, choć w zasadzie od dłuższego czasu spodziewana i zapowiadana. Powodem głównym pozostaje stan zdrowia Grzegorza Rosińskiego, który, podobno, ze względu na wiek nie ma już tyle sił by kontynuować prace nad kolejnymi albumami. Ostatnim więc bastionem "starego porządku" pozostają okładki do kolejnych tomów tworzone przez Rosińskiego, choć i tu widać już było w przeszłości "wyłomy" w postaci okładek tworzonych przez Romana Surżenkę (np. tom "Dłoń boga Tyra" do serii Louve).

    Przechodząc jednak do warstwy graficznej bieżącego albumu i stylu samego Vignaux: muszę przyznać, że styl tego artysty był dla mnie dużym zaskoczeniem, choć uczucia które tworzyły kontemplacji kolejnych kadrów były dosyć mieszane. Z jednej strony jest to styl dynamiczny, szczegółowy, składająca się z dużej liczby drobnych, "niespokojnych" kresek, dobrze oddających ruch - wzburzone fale, wiejący wiatr. Także projekty lokacji i artefaktów a także pojazdów nie zostawiają dużo do życzenia. Ośmielę się nawet powiedzieć, że w porównaniu do części malarskich kadrów autorstwa Grzegorza Rosińskiego z poprzednich albumów, które to kadry często więcej sugerowały, niż przedstawiały w detalach, styl Vignaux wydaje mi się pewnym powrotem do korzeni serii, do stylu graficznego, którym posługiwał się Rosiński w latach 80-ych i 90-ych. Choć nie jest to oczywiście kalka stylu starego mistrza, raczej pewne interpretacja z silnym naciskiem na własną, indywidualną technikę Frederica Vignaux. W sumie można powiedzieć, że "Thorgal pozostaje Thorgalem". Postać protagonisty rysowane przez nowego artystę jest dość podobna w swej aparycji do tego, jak bohater był portretowany przez Grzegorza Rosińskiego. Jednak odnośnie postaci żeńskich, mam tu w szczególności na myśli Aaricię, sprawa ma się trochę inaczej. Trudno jednoznacznie orzec, czy przypadkiem w jakichś tajemniczych okolicznościach, być może za sprawą jakiejś boskiej interwencji, nie przeszła przypadkiem poważnej operacji plastycznej? Przyznaję, powyższa uwaga jest w pewnym stopniu uszczypliwa ale oddając sprawiedliwość nowemu autorowi warstwy graficznej, nie wypadła ona źle, wręcz przeciwnie, właściwie, z pewnymi wyjątkowi prezentuje się całkiem dobrze i, być może, nowy artysta, z biegiem czasu, bardziej "wpasuje" swoje rzemiosło do uniwersum Wikinga z Gwiazd.

I jeszcze jeden, ponownie "podobno" prawdziwy alternatywny, francuski wariant okładki, choć i Thorgal i Pustelnik jacyś tacy niepodobni do siebie...

   Jak zostało powiedziane na początku, "z pewną taką nieśmiałością" (czy ktoś jeszcze pamięta reklamę, do której nawiązuje ten cytat?) podszedłem do nowego Thorgala. Przed zakupem nie szukałem nawet żadnych streszczeń fabuły, recenzji ani też opinii w Internecie. Przyznam, że jest mi ciężko jednoznacznie ocenić ten epizod przygód Wikinga z Gwiazd. Z jednej strony czuję w tej nowej przygodzie pewne sugestie co do potencjalnego kierunku w jakim może rozwinąć się seria. Widać tu zarys, kierunek w którym Yann Le Pennetier zamierza prowadzić swojego protagonistę. Jednak z drugiej strony, dużo jest w scenariuszu do "Pustelnika" zachowawczości i powracania do ogranych motywów. Nie ma spodziewanego powiewu świeżości a seria już od dawna może być określana niechlubnym mianem "tasiemca". Finalnie, po przeczytaniu i kilkudniowym przemyśleniu fabuły i konstrukcji (zarówno fabularnej jak i graficznej) tego albumu, stwierdzam, że nie czuję się rozczarowany. W sumie z pewną dozą przyjemności przeczytałem kolejny epizod serii jednak towarzyszyło temu poczucie, że "to już nie to co kiedyś". Ktoś mógłby rzec, że to sentyment, "wspomnień czar" utrwalony w pamięci z czasów podstawówki kiedy z wypiekami czytałem (na lekcji pod ławką) "Gwiezdne dziecko" czy "Łuczników". Ale nie: kontrolnie otworzyłem kilka starych albumów, przeczytałem i refleksja pozostawała ta sama: "stare przygody Thorgala są po prostu ciekawsze". Nie zmienia to faktu, że po przeczytaniu "Pustelnika" jestem przekonany, że znów się "złamię", i zakupię następny trzydziesty ósmy już tom przygód Thorgala Aegierrsonna i jego bliskich, żeby jednak przekonać się co nowego słychać u hołubionych przez lata postaci (zapewne nowy tom pojawi się już za rok tj. jesienią 2020r.).

Autor:
Yann le Pennetier, Frédéric Vignaux
Wydawnictwo: Egmont - komiksy
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 48
Format: 21.5x29.0 cm
Numer ISBN: 9788328197169
Kod paskowy (EAN): 9788328197169

niedziela, 16 czerwca 2019

You are breathtaking!


    Targi E3 2019 już za nami. Jedną z najważniejszych i najgłośniejszych gier był, ponownie, Cyberpunk 2077! Dziś w końcu wiemy, że "już bliżej niż dalej" - po wielu latach oczekiwania poznaliśmy oficjalną datę premiery tego tytułu, ruszyła także przedsprzedaż. CP77 zaczął na reszcie być czymś realnym, a nie tylko mirażem majaczącym gdzieś, na horyzoncie, w bliżej nie sprecyzowanej przyszłości. Dzięki ostatnim informacjom z targów poznaliśmy też sporo nowych detali odnośnie Night City, wyglądu poszczególnych dzielnic, stylizacji świata (retro-futuryzm rodem z lat 80. i 90. XXw. "odświeżony" dzisiejszym spojrzeniem w nowoczesną przyszłość), mieszkańców a także samej historii, w którą zostanie zaangażowany prowadzony przez nas w grze protagonista.

Dlaczego na okładce pudełka z grą kołnierz kurtki V jest podświetlony na niebiesko a na wszystkich trailerach wyłącznie na pomarańczowo? Czy ten element można custom'izować w grze? Czy jest to jakiś wyznacznik statusu?

    Długo zastanawiałem się, jak to będzie wyglądało od strony fabularnej? W końcu w przypadku Wiedźmina CDPR miał silne "zaplecze" merytoryczne w postaci wiedźmińskiej sagi i opowiadań Sapkowskiego. Natomiast w przypadku Cyberpunka autorzy nie mogli przecież oprzeć się na konkretnej fabule i protagoniście. Owszem, uniwersum CP ma swój oficjalny timeline ale zdarzenia tam zawarte nie są tak dobrze zarysowane w postaci stricte fabularnej. "Dyskomfort" w tej materii pogłębiał u mnie jeszcze fakt, że CD Projekt niechętnie uchylał rąbka tajemnicy, udzielając jedynie szczątkowych odpowiedzi w kwestii fabuły swojego nowego tytułu. Podobnie jak wielu innych fanów, po ujawnieniu gameplaya w zeszłym roku, miałem niejasne obawy, że gra może zostać sprowadzona do czegoś w rodzaju rozbudowanego FPP shootera. Jednak E3 2019 i materiały które się ukazały przy okazji tychże targów, po "połączeniu kropek" w mojej ocenie potwierdziły siłę tego tytułu. Zarówno pod względem fabularnym jak i technologicznym a także w kontekście wspominanego już "wystylizowania".

Czy ten widok można by już nazwać "ikonicznym"?

    Warto jednak podkreślić, że to będzie inna produkcja niż to się zapowiadało na początku. Wiemy, już dziś na pewno, że to zdecydowanie nie będzie rozgrywająca się w mieście neonów opowieść o specjalnym oddziale policji Night City, tropiącym i wyłapującym "wynaturzenia", jednostki które straciły kontrolę nad sobą przez nadmierną cyborgizację, stając się czymś w rodzaju agresywnych, bezmózgich elektro-zombie. Takie opinie o fabule krążyły od 2013r. bowiem taką właśnie opcję sugerował zaprezentowany wtedy teaser. Przedstawiciele CDPR mówili też w wywiadach o "cyberpsychozie" i o tym, że w grze pojawią się osobnicy dotknięci tą przypadłością - wspomniane ludzkie wraki nie panujące nad sobą z powodu zbyt dużej ilości zmian jakim poddali swoje ciała. To podsycało w pewnym stopniu możliwość utrzymania pierwotnej koncepcji (tj. policjanta z Psycho Squad jako potencjalnego protagonisty). Jednak koncepcja ta ostatecznie zgasła właściwie już w zeszłym roku, wraz z ujawnieniem "V", merca (czyli najemnika), jako postaci głównej całej opowieści.

    W mojej ocenie CDPR zbudował swoją wizję dystpoijnej przyszłości, zapewne w dużej mierze w porozumieniu z Mikiem Pondsmithem, czyniąc to jednak niejako "od zera", jako ekstrapolację wydarzeń znanych z oryginalnego systemu Cyberpunk 2020. Na podstawie wypowiedzi twórców, szczególnie wspomnianego samego Pondsmitha wydaje mi się również, że CP77 trafił już na oficjalny "timeline" uniwersum Cyberpunka a wydarzenia się tam rozgrywające są rozwinięciem i następstwem tego, co wydarzyło się w oryginalnej linii czasowej CP20 (szczególnie mam tu na myśli cztery wojny korporacyjne). Uważam, choć to tylko osobiste domysły, że wydarzenia z CP77 są tak skomponowane, że będą nawiązywać do tych ze wspomnianego starego Cyberpunka ale także, do tych z nowego systemu pen and paper "Cyberpunk Red", tworzonego aktualnie przez zespół Pondsmitha  (swoją drogą, czy ta nazwa nawiązuje do CD Projekt Red?). Jeśli faktycznie CP77 będzie spójną częścią uniwersum, to pośrednio sugeruje to ogrom pracy merytorycznej jaką musieli włożyć ludzie od Pondsmitha i developerzy z CD Projektu, aby zgrać to wszystko, tak by przyczynowo-skutkowym i chronologicznie trzymało się kupy.

Tragedia tuż po chwili tryumfu.

    Uważam też, że zrąb fabuły, tej obecnej w CP77, po ostatnich targach E3 już właściwie znamy (bez szczegółów rzecz jasna). Dużo istotnych informacji w tym temacie ujawnił wywiad z Mateuszem Tomaszkiewiczem, przeprowadzony przez znanego youtubera, Yonga Yea. Otóż wygląda na to, że Cyberpunk, o pseudonimie V, czyli stworzony przez nas w kreatorze gry protagonista (lub protagonistka) prowadzi niebezpieczne i pełne ryzyka życie w roli najemnika w Night City, mieście, które zawsze kusi możliwościami i obietnicami bogactwa oraz wpływów dla tych którzy są odpowiednio sprytni, silni i do tego mają jeszcze bardzo dużo szczęścia aby nie umrzeć zbyt młodo. W pewnym momencie V dostaje zlecenie na zdobycie pewnego cennego chipu - prawdopodobnie jest to właśnie TA misja, zlecona przez fixera, Dextera DeShawn'a, której tragiczną, pełną przemocy końcówkę widzimy na trailerze zaprezentowanym podczas ostatnich targów E3. Dlaczego rzeczony chip jest tak cenny? Powody, wg. mojej oceny (wypracowanej po zapoznaniu się z ostatnimi materiałami z targów) mogą być następujące:

a) Zawiera informacje dotyczące nieśmiertelności (pożądanej zapewne przede wszystkim przez bogaczy), 

b) Pozwala na przejście przez "czarną ścianę" w cyberprzestrzeni, prowadzącą do zamkniętej "starej strefy", pozostałej po wojnach korporacyjnych i odciętej, gdyż stanowiła zagrożenie przez liczne infekujące ją (działania wojenne) oprogramowanie typu mallware i niedającą się kontrolować aktywność wrogie AI. Podobno wielu Netrunnrów chciało zgłębić tajemnice tej cyber-strefy (np. w celu pozyskanie niezwykle cennych informacji) ale nikt nigdy stamtąd nie powrócił.

c) V być może ma na szansę zgłębić tajemnice dzięki (tu zgaduję) pewnym swoim osobistym predyspozycjom a także dzięki pomocy hologramu-ducha Johny'ego Silverhanda, który jak się wydaje, "egzystuje" w jakiś sposób na zdobytym w sławetnej, przełomowej misji, chipie. I to (postać wspomnianego muzyka-buntownika) może być trzeci powód dla którego chip z feralnej misji jest tak pożądany prze wiele frakcji. Warto pamiętać, że Silverhand był znanym rebeliantem, który, jeśli nie zginął jak powszechnie sądzono (jego ciała nigdy nie odnaleziono), mógłby znowu stać się symbolem i inspiracją do walki przeciw hegemonii korporacji, tłamszących wolność jednostek.

    Prawdopodobnie nasz protagonista, V, zostanie bohaterem mimo woli. Pisząc "bohaterem" mam tu na myśli raczej osobę, która nie koniecznie ma zadatki na "kryształowego" herosa, postać o nieskalanej opinii, ale i tak zostaje zaangażowana w ważne, doniosłe wręcz wydarzenia. Odnośnie samej postaci Silverhanda i jego roli w grze: jak wiemy (np. z wypowiedzi Marcina Iwińskiego) będzie to postać bardzo znacząca dla fabuły "ma drugą co do liczebności ilość linii dialogowych". Tak więc, prawdopodobnie, hologram Johny'ego będzie rodzajem mentora naszego bohatera, prowadzącym go głosem, czy raczej obrazem (a dokładnie hologramem). Wydaje się, ogólnie rzecz ujmując, że pojawienie się Johnego Silverhanda dosyć gładko wpasowuje się w fabułę CP77, pozostając w spójności z całością historii uniwersum.

Ten obrazek zna już dziś chyba cały świat - Keanu Silverhand

   Kolejna rzecz warta uwagi to fakt, że odtwórca tej postaci (Johny'ego S.) w grze - Keanu Reeves. Cóż, cieszę się, że udało się to CDPR utrzymać w tajemnicy aż do E3. To była fantastyczna niespodzianka! Obsadzenie Reevsa w roli postaci z CP77 było po prostu kolejnym strzałem w dziesiątkę ze strony autorów gry, co najmniej z kilku powodów. Tak jak mówili w wywiadach sami ludzie z CD Projektu (i ja się z tym zgadzam): to właśnie on, Reeves, jest kojarzony z Cyberpunkiem jako gatunkiem, choćby przez rolę w Johnym Mnemonicu a także, już szerzej, z filmami SF, dzięki, kultowej przecież serii Matrix. Poza tym Keanu jest jednym z naprawdę kochanych przez Hollywood aktorów i wciąż jest na topie (choćby przez role w serii John Week). Jest też wręcz ubóstwiany przez fanów, np. przez to, że jest naturalny, uśmiechnięty i ma dobre serce (istnieją liczne przykłady na to, że nie zachowuje się jak zarozumiała gwiazda). Tak więc ujawnienie jego udziału w projekcie CP77, jego wystąpienie na E3 i prezentacja, ponownie przez niego, tak wyczekiwanej (od dawna) informacji o dacie premiery Cyberpunka 2077, miało gigantyczny efekt PR-owy. Pojawienie się Reevsa odbiło się szerokim echem na całym świecie. Oczy zarówno społeczności graczy jak i ludzi niezainteresowanych (dotychczas) branżą gier video, siłą rzeczy zwróciły się w kierunku produkcji warszawskiego studia. W mojej ocenie i bez tego tytuł CDPR miałby ogromne szanse by wejść do "panteonu sławy" stając się jedną z najbardziej znanych gier w historii. Jednak teraz jestem jeszcze bardziej przekonany o tym, że Cyberpunk 2077 ma szanse przebić popularnością choćby produkcje studia Rockstar stając się jeszcze większym sukcesem niż tytuły takie jak GTA:V czy Red Dead Redemption. Hype na CP77 wyraźnie wzrósł po E3 a to jeszcze nie koniec. Za jakiś czas, szczególnie w przyszłym roku, tuż przed premierą, gorączka (o zasięgu globalnym) sięgnie szczytu. Na pewno studio szykuje jeszcze inne niespodzianki (być może nawet takiego kalibru jak ta z Keanu) aby promować swój tytuł i trafić do jak największej ilości graczy. Mogą to być np. cameo innych niż Reeves gwiazd kina i estrady. Przypomnijmy sobie na przykład krążące jakiś czas temu plotki o potencjalnym pojawieniu się w grze postaci, w którą wcielić by się miała Lady Gaga...


    Przy okazji występów gwiazd i promocji tytułu warto też wspomnieć o kosztach produkcji. Nie znamy ich oczywiście dokładnie, jednak musza być ogromne. Przypomnę tylko, że pierwsze wzmianki o grze (w postaci słynnego teasera wyprodukowanego przez Platige Image) pojawiły się jeszcze na początku 2013r.! Potem, w latach 2013-2015r., trwała faza koncepcyjna i przedprodukcyjna. Gra jest także trzeci rok z rzędu w fazie produkcji i aktualnie, co wiemy z materiałów prasowych, pracuje nad tytułem ogromny zespół około 450 ludzi. Dodatkowo, w mojej ocenie, Cyberpunk 2077 jest tytułem który potrzebuje ogromnej ilości assetów: modeli postaci, budynków, broni, pojazdów, przedmiotów, sampli dźwiękowych, muzyki, linii dialogowych itd. co również przekłada się na koszta. Pamiętam, że gdy pisałem swój pierwszy artykuł o CP77 (nie tak dawno bo niecałe dwa lata temu), kiedy gra była nadal tylko we wczesne fazie produkcji, istniało zaledwie kilka oficjalnych grafik, a sam projekt CP77 stanowił jedną wielką enigmę. Dziś natomiast powoli, dzięki tworzeniu i ujawnianiu kolejnych assetów dotyczących produkcji, w głowach fanów wreszcie klaruję się wizja, jak to wszystko będzie faktycznie wyglądało (zarówno fabularnie jak i stylistycznie)?


Bieda kicz kontra...

   Szczególnie w ostatnich dniach, po E3, mamy wysyp wszelkiej maści informacyjny o wyczekiwanej produkcji: projekty steelbooków ( Deathburger rulez!), plakaty, screenshoty a w końcu "last but not least" zawartości poszczególnych edycji gry. Z wszystkich tych prac, reprezentacji graficznych wizji mrocznej przyszłości w Night City od CD Projekt Red, przebija się wspólny "mianownik" w postaci wielkiego przywiązania do detali i ogromnego nacisku na stylizację. Z jednej strony na stylizację świata (retro-futuryzm, zmieszany z nowoczesnym podejściem do fantastyki) ale też stylizację (a przez to także ekstremalną dywersyfikację) poszczególnych obszarów miasta (ultra-techniczna nowoczesność bogatego, korporacyjnego centrum, kontra brud, i rozpasany, kolorowy kicz obszarów zamieszkiwanych przez biedotę i wyrzutków). Ten sam "klucz" ma też odniesienie do mieszkańców poszczególnych obszarów, co szczególnie widać na nowych plakatach przedstawiających przedstawicieli biednych dzielnic. Kicz i tandeta ich stylu łączy się tu z potrzebami jakie niesie ze sobą przetrwanie (np. instalacja pokracznych, lecz koniecznych do normalnego funkcjonowania cybernetycznych kończyn, które nie wyglądają pięknie, zapewne są przestarzałe ale jednak są w użyciu "bo działają" a właścicieli nie stać na nic lepszego). A to wszystko stoi w głębokim dysonansie (zarówno stylistycznym jak i ideologicznym) do stonowanego, "high-tech'owego" stylu ludzi z korporacji i innych mieszkańców bogatych dzielinic.

... corpo szyk.

 Warto też zwrócić uwagę na subkultury Night city, zwizualizowane na steelbookach zaprojektowanych przez wspomnianego wcześniej Deathburgera. Myślę, że nie ujawniono jeszcze wszystkich (bowiem dzielnic Night City ma być siedem, każda ma mieć swoją oddzielną, dominująca subkulturę a steelbooków ujawniono zaledwie cztery) jednak dają one pewien wgląd co do tego, jak będą wyglądali przedstawiciele poszczególnych gangów, działających w mieście. Kończąc wątek  grafik promujących grę, to chciałbym jeszcze ujrzeć wkrótce takie, z przedstawicielami bogatych dzielnic, przedstawiającymi swoim anturażem przepych, nowoczesność, hi-tech.

Grafika autorstwa Deatburgera, przedstawiciel gangu Maelstrom - jeden z wariantów steelbooka do CP77.


    Jaka będzie faktycznie ta gra czas pokaże (zostało już tylko 10 miesięcy do premiery). Będzie na pewno inna niż to wyglądało na początku, lecz jak się wydaje, mistrzowie opowieści z CDPR nie zawiodą i w mojej ocenie są w stanie dostarczyć grę, która będzie hitem z dobrą (absolutnie nie miałką) za to rozbudowaną i wciągającą fabułą, dobrą (a może nawet świetną) grafiką, z wielkim przywiązaniem do szczegółów na każdym poziomie (zarówno fabularnym jak i graficznym) i zapewniającą wiele godzin solidnej roz(g)rywki. Czego sobie, Państwu i CD PRojektowi serdecznie życzę. Mam też wrażenie, że sentencja, która pojawiła się w tytule tego tekstu a zaczerpnięta rzecz jasna z konferencji Microsoftu na E3, wejdzie na stałe do kanonu "powiedzonek" lub memów, stając się cytatem kultowym.