środa, 26 marca 2014

Recenzja albumu „Świat Thorgala”

Recenzja albumu „Świat Thorgala”

    Kiedy pierwszy raz usłyszałem o wydaniu tej publikacji na rynek frankofoński, pod koniec 2012r. (została ona wypuszczona przez wydawnictwo Le Lombard przy okazji premier trzeciego tomu serii Kriss de Valnor i drugiego serii Louve) stwierdziłem, że to jednak szkoda, iż nasz rodzimy, polski rynek wydawniczy jest chyba zbyt mały i, jak zwykle, taki album nie ujrzy światła dziennego w naszym kraju... Jak dowodzi niniejsza recenzja, myliłem się jednak. Otóż jakiś czas temu, ku mojemu sporemu zaskoczeniu ale także i zadowoleniu, Egmont Polska ogłosił bowiem obecność tej dodatkowej pozycji z uniwersum Thorgala w swoich planach wydawniczych.

Kriss de Valnor T3 -  Czyn godny królowej, album specjalny, Louve T2 - Dłoń boga Tyra.

    Więc co to właściwie jest? Otóż główną treść omawianego albumu stanowi zbiór wywiadów z twórcami, z których wyłania się obraz tego, w jaki sposób narodził się pomysł na rozbudowanie świata „gwiezdnego dziecka”, jak wyglądały prace koncepcyjne itd? Najważniejszą chyba informacją z tych jakie się tam znalazły jest wg. mnie to, że inicjatorem całego przedsięwzięcia był Grzegorz Rosiński. Co również jest bardzo istotne, okazuje się, że przez długi czas artysta był w tym zamyśle osamotniony, wiele bowiem osób z jego otoczenia było sceptycznie nastawionych do tematu. Właściwie tylko dzięki uporowi pana Grzegorza i (w późniejszym okresie) zebraniu doborowego team'u twórców, projekt finalnie ujrzał światło dzienne, powołane zostały do życia nowe serie itd. Ten album to także pewnego rodzaju relacja dotycząca tego, w jako sposób dochodziło do kolejnych ustaleń, popychających prace nad rozbudową światów  Thorgala naprzód. Mamy tu też opis jak w myśl zasady „od ogółu do szczegółu” planowano najpierw co i kiedy ma powstać, angażowano kolejnych rysowników i scenarzystów, jak to wszystko wyglądało "od kuchni"? O poszczególnych rzeczach mówią zresztą sami twórcy w obszernych wywiadach, które podzielone są per-seria. Za owe rozmowy z autorami Światów Thorgala odpowiedzialny jest Patrick Gaumer. Jest to dziennikarz i publicysta, specjalizujący się w komiksie. Nie jest to zresztą osoba przypadkowa. Stworzył on bowiem monografię Grzegorza Rosińskiego, wydaną rok później niż omawiany tutaj album, w grudniu 2013r. Był więc w pewnym stopniu uwikłany w uniwersum Thorgala tak czy siak i to w bardzo znaczącym stopniu. Co ciekawe ostatnio dowiedziałem się, że także i wzmiankowana monografia ma szansę zostać wydana na polskim rynku pod koniec 2014r. – czekam niecierpliwie!

Okładka "Świata Thorgala" w pełnej krasie.

    Wracając jednak do głównego wątku tego artykułu, to „Świat Thorgala” jest niewątpliwie albumem dla zaawansowanego w znajomości wikińsko-gwiezdnego uniwersum czytelnika. Jak częściowo zostało to już ujęte w poprzednich akapitach, w ciekawy sposób przybliża on kulisy zawiązania współpracy aktualnego team'u twórców, zarówno rysowników i scenarzystów, lecz nie tylko. Choć postać Piotra Rosińskiego przewija się na kartach albumu zaledwie kilkukrotnie nie ulega dla mnie wątpliwości, że jest to równoprawny i niezwykle ważny członek zespołu wnoszący równie wiele do projektu co jego ojciec a także nowi rysownicy i scenarzyści (a także niezawodna kolorystka serii, Graza). Publikacja zawiera też mnóstwo ciekawostek, zarówno w samych wywiadach z twórcami jak i smaczków graficznych. Bardzo zaciekawił mnie na przykład opis procesu powstawania okładek do poszczególnych tomów serii pobocznych. Kilka różnych wariantów proponowanych i uzgadnianych między Giulio de Vitą czy Romanem Surżenką a Rosińskim - kolejne szkice, wersje próbne, poprawki. Wszystkie te informacje są unikalne, niedostępne zazwyczaj dla czytelnika. Przyjemnie jest poznać stronę warsztatową całego przedsięwzięcia a ten album nam to umożliwia. Bardzo podoba mi się też zdjęcie Grzegorza w pracowni, z narzędziami malarskim w ręku i kilkoma tematycznymi obrazami w tle, m.in. ilustracją z okładki pierwszego tomu serii o Kriss de Valnor a także landszaft z omdlałą Aaricią, unoszoną w powietrzu przez dwa orły. Stwierdzam, że chętnie udałbym się na wystawę prac autorstwa Grzegorza Rosińskiego.

Jedna z próbnych plansz stworzonych przez Romana Surżenkę, na potrzeby procesu rekrutacyjnego.

    Podobały mi się też próbne plansze Romana Surżenki, którymi „kwalifikował się” do współpracy przy uniwersum Thorgala. Zgadzam się z komentarzami Rosińskiego dotyczącymi tejże kwestii, w których pan Grzegorz mówi, że na początku, mimo bardzo dobrej techniki i stylu, prace Rosjanina różniły się jednak znacząco klimatem od tego, do czego czytelnik mógł przywyknąć zapoznający się z przygodami Thorgala. Jednak widać, że Surżenko dobrze odrobił zadane lekcje i w albumach serii Louve i o młodości Thorgala jego styl "nabrał pewności” w trafnym odmalowywaniu zarówno postaci jak i miejsc przynależnych temu uniwersum. Z jednej strony widać, że rosyjski rysownik obrał świadomie jako bazę styl Rosińskiego z połowy lat 80. i jego technikę z tego okresu, co zresztą bardzo mi osobiście odpowiada. Z drugiej jednak nie próbuje on kopiować 1:1 stylu starego mistrza, pozostając w pewnym stopniu wiernym swoim własnym dokonaniom co, jak wynika z wywiadów zamieszczonych w albumie, był sugestią samego Grzegorza Rosińskiego. Podobnie jest także ze stylem graficznym drugiego z nowych rysowników - Włocha Giulio de Vity, jednak w tym przypadku widać znacznie bardziej indywidualność i odmienność w porównaniu z tym jak tworzy (i tworzył) Grzegorz Rosiński.

Jedna z roboczych wersji okładki do albumu "Czyn godny królowej"  autorstwa Giulio de Vity.

    Ciekawą kwestią, o której nie słyszałem jakoś wcześniej, są też informacje o spisaniu „thorgalowego kodeksu” czyli zestawu reguł zarówno scenariuszowych jak i odnośnie samej warstwy graficznej tj. konstrukcji plansz, kolorystyki itd. Zdecydowanie miało to sens aby utrzymać spójność fabularną jak i plastyczną uniwersum współtworzonego aktualnie przez kilku nowych w tym temacie twórców. Szkoda tylko, że w praktyce tak stuprocentowo to nie działa. Zdarzają się bowiem na przykład pewne błędy na różnych polach. Najbardziej znaczące są w mojej ocenie te z warstwy merytorycznej. Mam tu na myśli chociażby wpadkę z najnowszego tomu z cyklu o młodości Thorgala, „Oko Odyna”, gdzie młodzieniec przy spotkaniu z trzema Nornami wykrzykuje, że jest synem gwiazd... A przecież Xargos, jego dziadek, zatarł w pamięci chłopca te wspomnienia (opowieść „Talizman” z albumu „Gwiezdne dziecko”).

Grafika Grzegorza Rosińskiego nawiązująca do opowiadania "Talizman" (nie jest ona jednak zawarta w omawianym albumie "Świat Thorgala").

   Wracając jednak do omawianej publikacji, to ciekawymi elementami są też krótkie opowieści uzupełniające fabuły znanych już czytelnikowi albumów – np. scena miłosna z udziałem Kriss de Valnor i Shaigana Bezlitosnego w wyniku której zostaje poczęty Aniel, chłopiec tak przecież ważny dla późniejszych wydarzeń sagi. Jest także historia z Kaylą, matką Aaricii i bransoletką z zębów małych smoków, który to artefakt odgrywa później niebanalną rolę podczas przygód Louve. Osobiście bardzo spodobała mi się ta ostatnia opowieść, która, z chronologicznego punktu widzenia, rozgrywa się tuż przed historią „Góra Odyna” z albumu „Aaricia”. Po pierwsze scenarzysta, Yann Le Pennetier, nadał imię matce dziewczynki. Pomimo tego, że została już ona wcześniej „ochrzczona” przez Amelie Sarn w książce „Dziecko z gwiazd” (nazwana tam została Borghildą) to imię wymyślone przez Yanna i jego wersja historii matki Aaricii, jakoś bardziej do mnie przemawia i przekonuje. Może dlatego, że dzięki tej dwu-planszowej opowieści Kayla stała się kimś więcej niż tylko pół-anonimową matką Aaricii, która umarła w tajemniczych okolicznościach. Yann zrobił z niej bowiem czarownicę (a może raczej czarodziejkę), która posiadała m.in. umiejętność panowania nad smokami! Swoją drogę ciekawe także, czy pewne zdolności jej wnuczki, Louve, zostały odziedziczone właśnie po babce, to właśnie zdaje się nam sugerować Yann.


Louve w ujęciu Romana Surżenki.

    W albumie, w mojej ocenie, mogła się znaleźć jeszcze jedna rzecz, która by go wzbogaciła i uatrakcyjniła. Zacznijmy od tego, że dwie szare strony, z których ostatnia to wewnętrzna strona tylnej okładki, zostały bardzo dobrze zagospodarowane na zamieszczenie istniejącego zestawu okładek wszystkich tomów sagi. To niby takie oczywiste ale kto, nawet będąc w posiadaniu wszystkich albumów, rozkładał je, żeby pooglądać całą kolekcję, żeby uświadomić sobie jak dużo już tak naprawdę tego powstało? Podobnie można było by zaaranżować także dwie pierwsze szare strony, te widoczne tuż po otwarciu albumu. Mogła by się tam znaleźć słynna już info-grafika ze strony Le Lombard, przedstawiająca chronologię wydawania kolejnych tomów serii w przeciągu następnych czterech lat.

Seria matka i serie poboczne. Wszystkie one mają się "spotkać" w 2017r.

    Można sobie czasem ponarzekać na fabułę niektórych, także tych nowszych albumów serii, jak na przykład ja, pisząc recenzje tomów „Kah-Aniel” i „Sojusze” dla magazynu KZ pod koniec 2013r. Pewne rzeczy mogą się podobać bardziej, mniej lub wcale lecz, przy okazji lektury "Świata Thorgala", człowiek uświadamia sobie, że przygody wikinga z gwiazd to jednak nadal jeden z największych i najbardziej rozpoznawalnych „brandów” komiksowych w Europie. A także i to, że ta sława jest zasłużona, nie wzięła się znikąd, że była wypracowywana przez lata. Zarówno przez błyskotliwego Jeana van Hamme, niezmordowanego Grzegorza Rosińskiego a także zastęp nowych postaci (pośród nich czołową jest niewątpliwie Yves Sente), których drogę do świata Thorgala opisuje przecież w wywiadach ten album. Publikacja ta jest taką „wisienką na torcie”, gratką kolekcjonerską w bardzo przyjemny sposób wzbogacającą całość serii. Cieszę się, że album ten został u nas wydany. W krajach frankofońskich ukazywanie się tego typu publikacji dodatkowych, zawierających wywiady, niepublikowane wcześniej plansze czy w pełni (lub częściowo) dopracowane grafiki (lub szkice koncepcyjne) nie jest wcale takim kuriozum i rzadkością. Tamtejszy rynek jest bowiem znacznie większy i bardziej chłonny. U nas natomiast takie wydawnictwo jest swego rodzaju ewenementem. Świadczy to tylko jednoznacznie o tym, że albumy ze świata Thorgala są jednak w Polsce bardzo popularne, że seria ma naprawdę duże grono odbiorców nad Wisłą z czego zdecydowanie należy się cieszyć i chyba także życzyć zespołowi twórców dalszych owocnych prac nad rozwojem thorgalowego świata.

Tytuł oryginalny: Thorgal: Aux origines des Mondes
Wydawca oryginalny: Le Lombard
Rok wydania oryginału: 2012
Wyd. polskie: Egmont 3/2014
Liczba stron: 48
Format: 215x290 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolor
ISBN-13: 978-83-237-6190-7
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,99 zł


sobota, 1 marca 2014

AC Liberation HD, recenzja - cz. 2/2




    Tak więc wracamy do tematu. Pojawiają się też w tej grze zupełnie inne, zaskakujące aktywności poboczne, niż w pozostałych grach serii. Na przykład kolekcjonowanie jaj aligatora, gdzie trzeba sprytnie próbować wykraść je z gniazda aby uniknąć walki z niebezpiecznym zwierzęciem (co i tak nie zawsze się udaje). Albo zbieranie pewnego gatunku grzybów i leczenie nimi zainfekowanych osób. Ta akurat pula „sidequest'ów” była w mojej ocenie dosyć kuriozalna. Otóż, żeby zaaplikować delikwentowi porcję leczniczych grzybków, należało go najpierw dotkliwie pobić, tak, aby upadł na ziemię. To ci dopiero terapia wstrząsowo-szokowa :) Można też kolekcjonować strony z pamiętnika matki Aveline, porozrzucane tu i tam po całym świecie gry aby dowiedzieć się, co skłoniło ją do opuszczenia córki, kiedy ta była jeszcze dzieckiem. Można również zbierać kieszonkowe zegarki (w sumie jest ich dziesięć). Kolejną aktywnością dostępną w grze jest też zarządzanie interesami ojca Aveline i wysyłanie statków z surowcami (np. bawełną) do różnych portów. Wydaje mi się, że ten właśnie pomysł został później rozbudowany w AC IV: Black flag. W opuszczonych świątyniach i ruinach, ze szczególnym uwzględnieniem Chicen Itza, możemy też odnaleźć starożytne figurki.


Kolejna misja, gdzieś w Bayou albo Chizen Itza.

    To jeszcze nie koniec. Mamy bowiem i możliwość szukania pewnych artefaktów, dostępnych w zależności od persony, w którą się aktualnie wcielamy. I tak Lady może zbierać drogocenne kamienie, Slave Persona wykradać przebywającym w mieście szamanom lalki voodoo a Avaline-asasyn kolekcjonować monety asasynów. Mamy też klasyczne już dla serii poszukiwanie skrzyń ze skarbami. Kolekcje dostępne dla poszczególnych wcieleń głównej bohaterki możemy zbierać aby zdobyć trofea, natomiast kufry ze złotem mają zdecydowanie bardziej pragmatyczne zastosowanie – po prostu dostarczają nam, jak zwykle, środków pieniężnych na zakupy w sklepach. No i jest jeszcze zestaw misji o nazwie Citizen E, które uaktywniają się kilkukrotnie w czasie gry. Tajemniczy głos spoza Animusa mówi wtedy Aveline, że jest okłamywana, że „oni” (w domyśle firma Abstergo i templariusze) fałszują przed osobą prowadzącą naszą heroinę cyfrową rzeczywistość Animusa. Jeśli uda nam się namierzyć (za pomocą wzroku orła) i wyeliminować wskazane indywidua, wtedy tajemniczy informator odsłania przed nami odfałszowany obraz scenki przerywnikowej, w której jakiś czas wcześniej braliśmy udział. Pokazuje nam tym samym, w jaki sposób została ona przez kogoś intencjonalnie przemontowana i jak wypaczono jej sens (a pośrednio próbowano działać na motywację i kierunki działania głównej bohaterki). W pewnym momencie dowiadujemy się, że Citizen E jest programem (wirusem?) działającym wewnątrz Animusa.

Gotcha Mr. Citizen!

    Mamy też pewne inne aktywności poboczne, jak chociażby misje Business rivals, Ship Crew oraz Free slaves (które dla mnie osobiście nie były szczególnie ciekawe – ot, „zabij” lub „znajdź” żeby pograć trochę dłużej). Są także jeszcze inne misje, dedykowane dla poszczególnych wcieleń Aveline. I tak jako kobieta-asasyn, bohaterka ma zestaw kontraktów do wypełnienia (głównie polegających na zabiciu kogoś złego lub po prostu skorumpowanego). Jako Slave persona może z kolei wypełnić kilka misji detektywistycznych (w których używa zmysłu orła aby wykrywać ślady i tropić). Jako Lady natomiast, może podjąć się aktywności, które w rezultacie mają doprowadzić do rozwikłania pewnego spisku. Jak widać całkiem tego sporo jednak ogólnie rzecz biorąc, zarówno fabularny wątek główny jak i wszystkie aktywności poboczne, niestety, są, niestety, nużące w dłuższej perspektywie... I to jest chyba właśnie meritum, jeśli chodzi o AC Liberation. Z jednej strony fajnie pobiegać Aveline, pomachać maczetą itd. ale brak tu trochę tej przyjemności z grania, która była widoczna w poprzednich odsłonach serii.


Na "gościnnych występach" w Ameryce Północnej.

    Jest też w tej grze pewna liczba niedociągnięć, które dodatkowo psują obraz rozgrywki. Wręcz śmieszny był dla mnie na przykład efekt „przeciekającego canoe”. Aveline płynie przez bagna a jej łódka wygląda, jakby było w nim pełno wody, ale dzielnie rwie naprzód. Inna kwestia to chociażby scenki, następujące przy wmieszaniu się (ang. mingle) w grupy osób, w celu wysłuchania ich rozmów i wyłuskania z tychże pewnych istotnych informacji. Nasza bohaterka stoi wtedy tylko i słucha tego paplania (które czasami potrafi trwać dosyć długo) a w żaden sposób nie można tego przerwać ani pominąć. Podobnie ma się rzecz z checkpoint'ami, rozpoczynającymi się od cinematic'ów, czyli scen przerywnikowych, po których na przykład Aveline musi zacząć bieg z przeszkodami aby kogoś dogonić lub np. wydostać się z zagrożonej wybuchem lokacji. Jeśli misja się nie powiedzie, z powodu jej śmierci lub upłynięcia dedykowanego czasu, wracamy do punktu wyjścia czyli cut-sceny, której nie da się pominąć...


Kto by się przejmował takimi drobiazgami jak dziurawe dno - alleluja i do przodu.

    Z jednej strony cieszę się, że przebrnąłem przez tą grę, chociażby po to, aby wyrobić sobie zdanie na ten temat. Z drugiej jednak stwierdzam, że jeśli w ogóle wrócę do tej pozycji to chyba dopiero za kilka lat... Z jednej strony być może czuję pewien przesyt serią Assassin’s Creed jako całością. Z drugiej jednak AC Liberation nie jest grą tak dobrą, jak miała być, jakiej oczekiwałem. Największym jej atutem pozostanie dla mnie postać głównej bohaterki. Akurat ten aspekt produkcji wyszedł developerom bardzo dobrze. Reszta gry pozostawia jednak trochę do życzenia. Choć oczywiście nie jest to pozycja zła i summa summarum godna poznania dla każdego fana serii.


Elle est très mignon.

niedziela, 23 lutego 2014

Assassin's Creed Liberation HD, recenzja - cz. 1/2

Okładka pierwotnego wydania gry, w wersji na konsolę PS Vita.

    Pamiętam, jak kilka miesięcy przed pojawieniem się na rynku gry Assassin's Creed III, gdzieś w drugiej połowie 2012r., dowiedziałem się także o planowanej premierze AC Liberation na konsolę przenośną Sony, PS Vitę. Przypominam sobie, że informacje na temat jej powstawania były swoistym zaskoczeniem. Bowiem przez kilka ostatnich lat wydawca serii, Ubisoft, serwował graczom corocznie kolejną, pojedynczą odsłonę sagi a tu niespodzianka – aż dwie gry z uniwersum AC w jednym roku! Kolejną zaskakującą informacją było to, że po raz pierwszy jako główna postać opowieści miała się pojawiać kobieta-asasyn. Jednak wieść o planowanym wydaniu AC Liberation, była też w pewnym sensie smutna i frustrująca. Nie miałem bowiem zamiaru kupować PS Vity dla tej gry, ani w sumie dla żadnej innej. W mojej ocenie (zarówno wtedy jak i aktualnie) jest to urządzenie zbyt drogie jak na swoje możliwości a portfolio oferowanych na tą platformę tytułów jest, niestety, niezbyt obszerne. Sytuację rynkową małej, przenośnej konsoli uratował co prawda w pewnym stopniu (szczególnie w ostatni czasie) trochę wymuszony, choć w sumie udany mariaż z „młodszą siostrą”, czyli PS4, ale to już temat na zupełnie oddzielny tekst...



    Wracając jednak do wątku głównego, kiedy w drugiej połowie 2013r. dowiedziałem się o planowanej konwersji AC Liberation do wersji HD stwierdziłem, że to z kolei bardzo dobra informacja i że chętnie zapoznam się z grą w momencie jej pojawiania się na rynku. Tym bardziej, że jako fan serii czułem pewnego rodzaju głód wiedzy, jak naprawdę wygląda ta gra i jej fabuła, jakie zawiera zmiany, nowinki a przede wszystkim, w jaki sposób uzupełnia i rozwija ona całą serię? Zresztą, jak przeczytałem w którymś z wywiadów z developerami ze studia Ubisoft Sofia (gdzie omawiana konwersja powstawała) gra w wersji HD, została powołana do życia pod naciskiem fanów (i chwała im za to). Jest to zresztą chyba jeden z nielicznych przypadków w historii gier komputerowych, kiedy to dany tytuł został pierwotnie wyprodukowany jako exclusive na jakąś platformę a potem, mimo pierwotnych założeń, stworzona została jego konwersja... Et voilà, pod koniec stycznia 2014r. do moich rąk trafiła w końcu wersja PC omawianego tytułu.

AC:L HD PC

    To co zwraca uwagę od pierwszej chwili, to oczywiście postać głównej bohaterki. Avelina de Grandpré jest zarówno ładną kobietą jak i uroczą osobą. Do tego jest jeszcze zwinna, gibka i śmiertelnie groźna. W bojowej skuteczności i brutalności nie ustępuje właściwie żadnemu ze swoich męskich odpowiedników z pozostałych „dużych” gier serii. Autorzy z faktu, że Aveline jest kobietą, umiejętnie uczynili jeden wielki atut. Jej płeć wpłynęła na samą rozgrywkę na wiele sposobów. Na przykład widać, że dla naszej heroiny specjalnie przygotowano zestaw małych, lekkich i poręcznych, choć niezwykle śmiercionośnych broni, jak ukryte ostrza, niewielkie dmuchawki, czy broń miotająca, ukryta w damskiej parasolce. Przy okazji odkryłem też, że to właśnie w Liberation zostały dodane strzałki usypiające a także te typu „berserk”, które tak bardzo podobały mi się jako niezwykle użyteczna broń w ACIV. Także ciekawym (i jakże kobiecym) elementem rozgrywki są przebieranki głównej bohaterki. I tak, może się ona przedzierzgnąć w Lady – której głównymi atutami są atrakcyjny wygląd i zdolność flirtowania z napotkanymi mężczyznami aby ich w jakiś sposób wykorzystać podczas misji; Slave persona – doskonałe wcielenie do przeniknięcia na tereny zamknięte, bez zwracania na siebie uwagi i oczywiście Aveline-asasyn – piękna i groźna zarazem.

La donna è mobile.


    Widać, że gra jest zdecydowanie mniejsza niż sztandarowe produkcje serii, co jednak wcale nie znaczy, że taka znów mała... Moje subiektywne odczucie jest takie, że przygody Aveline są bardziej rozbudowane niż np. pierwsza część serii, z udziałem Altaïra Ibn-La'Ahad'a. Widać jednak w pewnym stopniu, że jest to tylko konwersja gry, która powstała pierwotnie z myślą o urządzeniu z jednej strony nowoczesnym a jednak znacznie bardziej ograniczonym niż „duże” konsole, czy komputery PC. Trzeba przyznać, że kiedy widziałem kilka gameplay'ów z Vity, to miałem wrażenie, że gra wyciska z małej, przenośnej konsoli ostatnie „soki”. Być może jest to nawet największa gra, jaka do tej pory na tą platformę powstała. Konwersja HD natomiast, od strony stricte technicznej, jest jakby ogniwem pośrednim pomiędzy AC III a ACIV. Co ciekawe nieco wcześniej grałem w ACIV na PS4 i muszę przyznać, że Liberation wcale nie wygląda gorzej w wersji na PC, niż najnowsza odsłona AC na nextgen'ie. Mam wrażenie, że obraz jest nawet czystszy i bogatszy (chociażby ładniej wyglądająca roślinność no i tekstury). A poza tym, na PS4 zauważyłem dziwne „zaszumione” falowanie obrazu wokół postaci Edwarda. Tutaj natomiast, w Liberation na PC, coś takiego nie ma w ogóle miejsca.

Aveline du Grandpre na dachach Nowego Orleanu.

    Nie chcę tutaj banalnie streszczać fabuły, dość powiedzieć tyle, że działania dzielnej asasynki są niezwykle zbieżne z tym, jak poczynał sobie Connor w ACIII (zresztą nasza bohaterka spotyka go na swojej drodze, w trakcie fabuły). O ile jednak działalność Ratonhnhaké:ton'a skupiała się na pomocy rdzennym mieszkańcom Ameryki Północnej i walczącym o wolność nowo przybyłym osadnikom, o tyle Aveline koncentruje się raczej na wyzwalaniu niewolników, choć niewątpliwie z tych samych pobudek co jej męski odpowiednik.


    Zawsze lubiłem w serii AC aktywności poboczne, jak na przykład punkty widokowe i skakanie na łeb z wież i temu podobnych lokacji. W sumie jest to rzecz jasna zupełnie odrealnione działanie (podobnie zresztą jak obecne w chyba wszystkich grach serii pływanie w ubraniu). Taki „skok wiary” asasyna skończył by się przecież za każdym razem malowniczą, czerwoną plamą na bruku. A jednak zawsze były to jedne z najfajniejszych rzeczy "do zaliczenia" podczas grania w kolejne części sagi. Tutaj, w Liberation, punkty widokowe również są interesujące. W szczególności mam tu na myśli olbrzymie drzewa na terenie Bayou. Wyzwaniem (przyznaję, że czasem denerwującym) było już samo szukanie drogi na szczyt. Gdzie jest początek tej ścieżki, jak się tam dostać, ani z tej strony ani z tamtej, o co chodzi...? Niekiedy bowiem droga prowadzi przez szczeliny w korze, gdzieś u podstawa rośliny, których Aveline może się uczepić. Czasami jednak trzeba np. znaleźć jakieś inne drzewo z gałęziami, z których można przeskoczyć na konary na „tym naszym”, z punktem widokowym. Mimo pewnej dozy narzekania zamieszczonej powyżej, trzeba powiedzieć, że widoki z góry i sama efektowność skoku z dużej wysokości, rekompensują zazwyczaj trudy, poniesiony na poszukiwanie odpowiedniej ścieżki na szczyt. Warto też zaznaczyć, że w takim ACIII droga na wszystkie punkty widokowe na drzewach była dokładnie taka sama. Kiedy weszło się na jedno z nich, reszta to była tylko formalność, kolejny punkt na „liście do odhaczenia”. Tymczasem w Liberation każde drzewo to faktycznie wyzwanie, na szczyt wiedzie inna droga. 

Siła złego na jednego (a właściwie na jedną)

Ciąg dalszy wkrótce...

niedziela, 9 lutego 2014


Rork wydanie zbiorcze T1 – recenzja

    Czytałem tę serię wielokrotnie. Po raz pierwszy jeszcze pod koniec lat 80. kiedy to w magazynie Komiks-Fantastyka zostały wydane dwa pierwsze tomy przygód tajemniczego, białowłosego mężczyzny, który nigdy się nie starzeje. Opowieść zdecydowanie zapadła mi w pamięć. Przez długi czas zastanawiałem się, czy istnieje więcej tomów tej serii? Dzisiaj to oczywiste, że „spytałbym Google” jednak wtedy jeszcze przeciętny obywatel nie miał przecież dostępu do Internetu. Dopiero jakąś dekadę później, pod koniec lat 90., dowiedziałem się, że faktycznie seria była kontynuowana na zachodzie. W latach 2001-2007 pomału udało mi się zapoznać z całością opowieści po polsku, za sprawą albumów wydawanych przez Motopol Twój Komiks, który najpierw opublikował wznowienia dwóch pierwszych (jakże pamiętnych) tomów a potem kolejne albumy, z wyjątkiem ostatniego. Na szczęście lukę tą uzupełniło w 2007r, roku wrocławskie wydawnictwo, Manzoku.

Okładka pierwszego tomu wyd. zbiorczego


    Kiedy dowiedziałem się jakiś czas temu o ponownym, zbiorczym wydaniu przygód Rorka, tym razem za sprawą wydawnictwa Sideca, planowanym na grudzień 2013r., przez dłuższy czas zastanawiałem się, czy w ogóle coś takiego kupować, skoro posiadam od x lat wszystkie tomy tej serii? Jednak jako kolekcjoner zdecydowałem się i muszę powiedzieć, że nie żałuję. Pamiętam, iż to, co przyciągnęło mnie do Rorka za pierwszym razem to była grafika i wątki fabularne które pięknie, jak fragmenty układanki, wskakują na swoje miejsce w tomie „Przejścia”. Trzymając w rękach pierwszy tom wydania zbiorcze uświadomiłem sobie, że nie wracałem do lektury tej serii od co najmniej pięciu lat ale tym razem reakcja była dokładnie taka sama co zwykle. Kiedy już dotarłem do końca pierwszego tomu czyli „Fragmentów” nie mogłem oderwać się od lektury i kontynuowałem ją, aż do końca drugiego albumu, finalizującego pierwotny cykl przygód białowłosego. Piszę o tym, gdyż taka sytuacja, niemożność oderwania się od lektury, w gruncie rzeczy zdarza mi się bardzo rzadko. Zazwyczaj moja „konsumpcja” książek i komiksów odbywa się odcinkowo, po kilka do kilkunastu stron na raz.

    Myślę, że nie ma w tym miejscu sensu szczegółowo streszczać fabuły trzech pierwszych tomów Rorka, zawartych w omawianym, zbiorczym wydaniu. Wolę się skupić na ocenie zawartości tego albumu jako takiego. Dla mnie jako kolekcjonera zdecydowanie jest to gratka. Przede wszystkim kredowy papier, twarda oprawa i dodatkowe materiały, z którymi nie miałem wcześniej styczności. Trochę grafik (szczególnie tych w czerni i bieli, ukazujących miejscami zapierający dech w piersiach kunszt Andreasa Martensa), wywiady z autorem no i otwierające tom opowieść „Duchy”. Jest ona właściwie oddzielnym tomem przygód Rorka. Wcześniej czytałem tą historię tylko raz, po francusku, gdyż, o ile mi wiadomo, nie została do tej pory opublikowana w Polsce. Na marginesie dodam też, że bardzo dobrze się stało, że w omawianym tomie zbiorczym, historia „Duchy” została zamieszczona w czerni i bieli. Wspomniane, francuskie wydanie od Le Lombard, zostało opublikowane w kolorze i muszę stwierdzić, że w tym przypadku barwy zdecydowanie ujmowały urody planszom stworzonym przez Andreasa...

Kapitan na cmentarzysku statków.

    Warto też oddzielnie wspomnieć o opowieściach „Zapomniani” i „Wybawiciel z okresu kredowego”. W mojej ocenie obydwie te historie są właściwie nijakie fabularnie i zadawało by się, że niewiele wnoszą do całości historii. A jednak na ich podstawie, pośrednio, można wysunąć bardzo istotne wnioski. Mianowicie takie, że po uwolnieniu z zawieszenia pomiędzy światami na końcu albumu „Przejścia”, za sprawą Delii Darkthorn, Rork błąkał się pomiędzy wymiarami, zanim w końcu trafił samodzielnie (lub został złapany) i ostatecznie uwięziony w świecie „Kłamców” o czym dowiadujemy się w albumie „Cmentarzysko katedr” oraz (bardziej szczegółowo) w późniejszych tomach. Podsumowując te rozważania, to bardzo dobrze, że wszystkie istniejące fragmenty „rorkowej układanki” zostały zebrane i przedstawione w zbiorczych tomach.

    Naprawdę przyjemnie jest odkryć ponownie te niezapomniane strony i kadry z serii o białowłosym, szczególnie te pochodzące z „Przejść” (w mojej ocenie jest to najbardziej udany album całej serii). Widzimy tam np. głównego bohatera, podążającego za Kapitanem aby odkryć sekret przejścia. Jest też Rork zawieszony między światami oraz (a może przede wszystkim) pełno stronicowy kadr okazujący tajemniczego Parrasa, stojącego w otwartym wejściu do latającej kuli, której wnętrze zalane jest mlecznobiałym światłem. Są także niezapomniane perełki z warstwy narracyjnej, kiedy to na przykład Rork opowiada swoją historią Rafingtonowi Eventowi a tymczasem w kadrach rozgrywają się zupełnie inne wydarzenia. Widzimy bowiem Parrasa, który spotyka Delię Darkthorn i Ebenezera Everidge’a i demonstruje próbkę swoich mocy, telekinetycznie roztrzaskując w drzazgi krzesło trzymane przez Ebenezera a potem zdejmując z Delii tajemniczą Plamę, symbiotyczną istotę, która nią w poprzednim tomie owładnęła. Inny przykład to Rork wchodzący do snu Delii i rozkładający kulę-puzzle, dzięki czemu w rzeczywistym świecie lewitujące części jego własnego domu powracają na swoje miejsca – po prostu majstersztyk narracyjny!

Lewitujący dom Rorka - a w środku Deliah Darkthorn, która śni...

    Niewątpliwie po kilku latach miło jest ponownie wrócić do lektury Rorka i cieszę się, że dzięki wydaniu od Sideca udało mi się tą opowieść odświeżyć w pamięci. Warto też powiedzieć, że dobrze jest ponownie przeczytać zarówno historię samego Rorka, jak i pierwsze cztery tomy serii „Koziorożec”, ponieważ wydarzenia tam zawarte wiążą się potem z historią białowłosego „czarownika” w nierozerwalną całość. Bardzo cieszy mnie także fakt, że Sideca zapowiada też na 2014r. wydanie opowieści „Rafington Event”, traktującej o przygodach tytułowego prywatnego detektywa, będącego przecież jednym z kluczowych bohaterów opowieści o Rorku. 

Deliah Darkthorn i wieżowiec z brakującym piętrem - pułapka na Rorka.

    W sumie nie dziwię się, że Sideca postawiło na wydawanie prac Andreasa Martensa. To dobry wybór. Jest to twórca wybitny, wielki indywidualista, który ma swój własny, jakże unikalny i jednocześnie łatwo rozpoznawalny styl (zarówno w warstwie graficznej jak i narracyjno-merytorycznej). A opowieści które Andreas serwuje czytelnikowi są zawsze przemyślane i dopracowane, można by rzec pięknie i misternie „wykute” z użyciem niezwykle nośnego środka przekazu, jakimi jest przecież komiks. Jedno czego może jest mi trochę szkoda to fakt, że styl graficzny Andreasa zmienił się z upływem lat i dwa pierwsze tomy znacznie różnią się na tym polu od pozostałych (moim zdaniem są znacznie lepsze pod względem graficznym). Pamiętam jak do moich rąk po raz pierwszy trafiło „Cmentarzysko katedr”. Po pięknym, realistycznym stylu i niesamowitych kadrach z „Przejść” ten album był dla mnie wielkim rozczarowaniem... Tak naprawdę ponownie przekonałem się do serii dopiero przy okazji albumu „Koziorożec” ale to już temat do opisania przy okazji recenzowania drugiego zbiorczego tomu, który, mam nadzieję, trafi dosyć szybko do moich rąk. Na facebook'owej stronie wydawnictwa Sideca jest informacja, że ma się on pojawić pomiędzy marcem a czerwcem 2014...

Tytuł oryginalny: Rork. L'intégrale 1
Wydawca oryginalny: Le Lombard
Liczba stron: 256
Format: 210x290 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: cz.-b. + kolor
ISBN-13: 978-83-937967-4-8
Wydanie: I, zbiorcze
Data wydania: grudzień 2013


niedziela, 2 lutego 2014

                                   Beyond the Black Rainbow - część 4. 


    Pisałem na początku, że „Beyond the Black Rainbow” zawdzięcza plastyczność warstwy wizualnej pracy Panosa Cosmatosa w branży reklamowej. Jednak jest to film, który stanowi pewnego rodzaju zaprzeczenie komercyjnych spotów. W przeciwieństwie do dzisiejszych reklam (a także i filmów), które realizowane są techniką szybkiego montażu, z użyciem krótkich, szybkozmiennych obrazów, wzorując się tym na teledyskach, „Czarna tęcza” operuje raczej długimi, wolnymi ujęciami, budującymi nastrój. Jest też jednak kilka scen gwałtownych, niezwykle szybko zmontowanych, mających chyba w założeniu, za pomocą stroboskopowego wręcz montażu, trafić bezpośrednio do podświadomości. Mam tu na myśli chociażby scenę, kiedy Margot przegląda dokumentację projektu, którego częścią jest Elena i znajduje tam rzeczy, które nią wstrząsają (dokumenty niemal wypadają jej z rąk). Jeśli ktoś zdecyduje się obejrzeć ten fragment poklatkowo, może odkryć jakie w istocie praktyki były treścią eksperymentów doktora Arborii...

Elena przed kolejną sesją...

    Surrealistyczny klimat filmu przywodzi na myśl obrazy Kubrika i Jodorowsky'ego. Widać też w „tęczy” inspirację filmami grozy (do czego zresztą Cosmatos sam przyznawał się w licznych wywiadach). Warstwa wizualna jest też ciekawie wystylizowana. W szczególności mam tu na myśli psychodeliczny koloryt jakim epatuje ten obraz. Wszechobecna, intensywna czerwień, która rozświetla mroki niekończących się korytarzy instytutu. Do tego hipnotycznie pulsujące białe światło elektronicznej piramidy. Jest również przedstawiony (głównie w czerni i bieli) rytuał przejścia Nyle'a podczas zanurzenia w czarnym fluidzie, choć i tam pojawiają się także psychodeliczne barwy i obrazy, podczas samego tranzytu na „drugą stronę”, czymkolwiek ona jest...

Jedna z wizji podczas rytuału przejścia

    Na oddzielny akapit zasługuje też niesamowita muzyka, układająca się finalnie w unikalny soundtrack „tęczy”. Bez niej ten film nie byłby po prostu tym, czym jest. To właśnie ona, obok obrazu świetnie buduje klimat opowieści. Za oprawę muzyczną filmu odpowiedzialny jest Jeremy Smith z Sinoya Caves. Brzmienie analogowych syntezatorów wspaniale współgra z klimatem tego dzieła podkreślając dramaturgię wydarzeń rozgrywających się na ekranie. Niestety, o ile wiem, do tej pory ścieżka dźwiękowa nie została wydana jako całość. Na YT można znaleźć jedynie poszczególne utwory i w ten sposób „skleić” soundtrack aby się z nim zapoznać.

Jeremy Smith


    Wspominałem już, że ciężko jest jednoznacznie zaklasyfikować ten film. Jest on czymś pomiędzy science fiction a filmem grozy. Jednocześnie, w warstwie merytorycznej jest także dobitną krytyka ruchu New Age z lat 60. XX w. Warto powiedzieć, iż ten złożony, wielowymiarowy, alternatywny ruch kulturowy został zbudowany na kanwie przekonania, że ludzkość w drugiej połowie XX w. znajdowała się w dobie kryzysu wartości, a jednocześnie w punkcie zwrotnym, u progu nowej epoki, co stało się przecież osią fabuły „Beyond the black rainbow”. Technologia w tym filmie jest pewnego rodzaju rozszerzeniem religii ruchu New Age. Dzięki technice konstruktywne w założeniu wierzenia i idee zostały jednak popchnięte w kierunku absurdalnego ekstremum. Mariaż ideologii, mającej wiele wspólnego z kolorowymi jak tęcza psychodelicznymi obrazami, w połączeniu z topowymi osiągnięciami technologicznymi okazał się jednak być spektakularną, wypaloną porażką. Może tak właśnie należało by zinterpretować tytuł tego filmu? W jednym z dialogów Barry Nyle nawiązuje co prawda bezpośrednio do „czarnej tęczy” jednak nie jest nigdzie do końca wyjaśnione, co to sformułowania naprawdę miało oznaczać?


Sentionauta - maszyna czy człowiek?

    Bardzo nie lubię określenia „rzecz kultowa”. Uważam je za nader wyświechtane, zbyt często używane w kontekście produktów komercyjnych do ich promowania. Jednak dobre rzeczy sprzedają się same. Tak właśnie, w mojej opinii, jest z tym filmem. Jeśli do jakiejś produkcji może pasować wzmiankowane na początku tego akapitu określenie, to zdecydowanie do tej. Rzecz jasna wiele osób może mieć zdanie zgoła odmienne, nie ulega bowiem dla mnie wątpliwości, że jest to produkcja bardzo specyficzna, można by rzec – niszowa. Dla mnie osobiście to jednak wyśmienita odskocznia od banalnych, wtórnych fabułek serwowanych widzowi przez kino mainstream'owe. Zawsze lubiłem ambitne kino reżyserskie (np. Jarmusch, Kusturica, Jodorowsky) być może dlatego ta produkcja trafiła w mój gust. Być może stało się tak również dlatego, że dzieło to jest pewnego rodzaju intelektualnym wyzwaniem a nie łatwą do bezrefleksyjnego przyswojenia rozrywką papką. Pewne rzeczy ukazane w filmie trzeba dostrzec, zinterpretować, odgadnąć... Przyznaję, że podczas pierwszego seansu nie do końca zrozumiałem tą opowieść. Przedstawiona tam historia wydawała mi się mętna i chaotyczna. Jednak przy kolejnych projekcjach to się zmieniło i aktualnie co jakiś czas zdarza mi się powrócić do tego filmu i obejrzeć go z dużą satysfakcją.

Panos Cosmatos we własnej osobie.
    Ciekaw jestem jakich projektów podejmie się w przyszłości Cosmatos i z przyjemnością obejrzę to co stworzy. Mam nadzieję, że ten kanadyjski twórca nie odejdzie od realizacji kolejnych ambitnych, artystycznych, nacechowanych indywidualizmem produkcji filmowych.

niedziela, 26 stycznia 2014

                                 Beyond the Black Rainbow - część 3.

    Tymczasem, po zakończeniu retrospekcji, w domu Nyla, do którego pojechał po zabiciu doktora Arborii, maska normalności definitywnie opada z głównego bohatera. Okazuje się, że włosy Barry'ego są sztuczne i przyklejone do łysej jak kolano czaszki, a także, że przez cały czas nosił soczewki kontaktowe, które nadawały jego oczom normalny, ludzki wygląd (tj. źrenica i tęczówka) a tak naprawdę jego białka, tęczówki i źrenice (a pewnie także i mózg) przepełnione są tym samym czarnym płynem, w którym zanurzył się całkowicie podczas inicjacji w 1966r. 

Barry Nyle - prawdziwe oblicze psychopaty.
    Psychopata przywdziewa z dawna przygotowany kombinezon i wyciąga z ukrycia nóż. Wkrótce zabija żonę, która niemal do ostatniej chwili nie przeczuwa nadchodzącego niebezpieczeństwa, rozmawiając z szaleńcem, i pytając go co się dzieje? Potem, posługując się dziwnym skanerem zainstalowanym w aucie, morderca Nyle wyrusza na poszukiwania Eleny... Wraca do instytutu, jednak dziewczyny już tam nie ma. Wsiada więc ponownie do samochodu i rusza jej tropem. Przy okazji dowiadujemy się, że prawdopodobnie ma rozdwojenie jaźni, ponieważ jego psychodeliczne, teraźniejsze ja rozmawia z jego przystojnym wcieleniem, tym z włosami, które siedzi na siedzeniu pasażera podczas jazdy. Nieco wcześniej Elena w końcu wydostaje się z podziemi instytutu. Wygląda na to, że po raz pierwszy w życiu jest na zewnątrz! Widać, że wszystko jest dla niej takie odmienne i nowe, powietrze, dźwięki, rośliny. Dziewczyna z zachwytem stąpa bosymi stopami po miękkiej trawie. Powoli oddala się od miejsca w którym była przetrzymywana przez większość, jeśli nie całe życie.

Elena opuszcza Instytut.

    W międzyczasie Nyle, tropiąc dziewczynę, trafia niedaleko granic obszaru zurbanizowanego na dwóch fanów muzyki metalowej i zabija ich z zimną krwią. Wie, że Elena jest gdzieś w pobliżu, choć nie wiadomo, czy bardziej polega na elektronicznym skanerze, czy wyczuwa ją w jakiś sposób (być może telepatycznie)? Wkrótce spotykają się twarzą w twarz. I wtedy następuje koniec szalonego doktora, tyleż zaskakujący, co żałosny. Dziewczyna, posiadaczka tajemniczych mocy telekinetycznych, staje naprzeciw psychopaty operującego bezwzględnie brutalną siłą fizyczną. Jednak do spodziewanej konfrontacji nie dochodzi... Noga Barry'ego zostaje uwięziona, przypadkowo i jakże pechowo, przez korzeń jakiegoś drzewa. Kiedy mężczyzna próbuje się uwolnić, po prostu traci równowagę i upada na ziemię, uderzając bokiem głowy o kamień. Umiera od razu, banalnie i głupio a wraz z nim tajemnica czarnego fluidu, sekrety instytutu a także jego obłęd, nadal widoczny w nienaturalnie poczerniałych, „skażonych” przez tajemniczy płyn oczach. Dziewczyna zagubiona, przerażona, samotna ale w końcu wolna od swojego oprawcy idzie w kierunku widocznych na horyzoncie zabudowań. Tak kończy się ten obraz – ciężko jednak nazwać to happy endem, ale taki chyba był zamysł twórców...


Na końcu dowiadujemy się, że film został zadedykowany Brigitt'cie, czyli matce Cosmatosa.

niedziela, 19 stycznia 2014

Beyond the Black Rainbow - część 2.



Elektroniczna Piramida, będąca narzędziem tortur w rękach Nyle'a.

    Po uśmierceniu pielęgniarki, Elenie udaje się wyjść ze swojego więziennej celi w nadziei ucieczki, wykorzystując to, że drzwi były otwarte po wejściu Margot. Jednak doktor Nyle obserwuje tylko tą próbę z cynicznym uśmieszkiem na ustach i ręką na pokrętle wzmacniającym moc „pryzmatu”. W pewnym momencie z premedytację uruchamia pełen potencjał urządzenia, tłumiąc dzięki temu moc umysłu Eleny i sprawiając, że dziewczyna bezwładnie osuwa się na podłogę. Wkrótce potem zostaje uruchomiony na komputerze instytutu program „Sentionauts” (choć w filmie nie jest pokazane, czy to Nyle uruchamia procedurę?). W wyniku tego, z tajemniczego, niewielkiego pomieszczenia o szklanych ścianach, zostaje uwolniona dziwna, humanoidalna i jednocześnie androgyniczna istota, bez wyraźnych cech, które wskazywały by na jej płeć. Ubrana jest w strój, wyglądający jak jakiś futurystyczny kombinezon astronauty o hełmie z lustrzaną przyłbicą, zasłaniającą twarz, jeśli w ogóle ta istota ją posiada, bo w tym momencie wygląda raczej jakby to był robot, który ma posprzątać rozgardiasz po śmierci pielęgniarki i nieudolnej próbie ucieczki Eleny.


Sentionauta


    Kwestia tożsamości tego dziwnego przybysza wyjaśnia się częściowo w dalszej części filmu. Sentionauta podchodzi do nieprzytomnej Eleny leżącej w korytarzu, niemal na progu swojego więzienia a z jego palca wysuwa się igła, którą wstrzykuje coś w szyję dziewczyny, po czym pozostaje niewielkie pulsujące czerwonym światłem (!) nakłucie. W kolejnych ujęciach widzimy Elenę, zwiniętą w embrionalnej pozycji na łóżku, z powrotem w jej małej celi... Chwilę potem pojawia się tam też doktor Nyle, bezdusznie patrząc na swoją zniewoloną, śpiącą pacjentkę-ofiarę. Teoretycznie wszystko wraca do poprzedniego stanu, poza oczywistym brakiem uśmierconej przez dziewczynę Margot, jednak wyraźnie widać, że frustracja Barry'ego narasta...


Mercurio Arboria podczas ostatniej wizyty Nyle'a.
    Wkrótce potem psychopatyczny naukowiec odwiedza schorowanego i zgrzybiałego już doktora Arborię, który nawet nie może wstać o własnych siłach i szprycowany jest środkami farmakologicznymi w postaci zastrzyków, które w sumie nie wiadomo czy pomagają mu, czy szkodzą? Jednak, co jest najważniejsze, o dziwo, wciąż żyje... Arboria nadal też uważa Barry'ego za swojego przyjaciela i najlepszego ucznia, czego dowiadujemy się z jego słów, kiedy to w pokoju starca pojawia się psychopata Nyle. Wkrótce potem Barry aplikuje staremu doktorowi ostatni, śmiertelny jak się okazuje zastrzyk. W tym samym momencie dowiaduje się o tym także wstrząśnięta tym faktem Elena, bo staje się jasne, że w jakiś sposób jest telepatyczny połączona z mózgiem Arborii i odbiera to, co się z nim dzieje. Wydarzenia nabierają tempa, kiedy okazuje się, że drzwi do jej celi są ponownie otwarte! Dziewczyna rozpoczyna ucieczkę. Kto jednak otworzył wrota jej więzienia, nie wiadomo? Najbardziej prawdopodobną odpowiedzią wydaje się tutaj postać Sentionauty. Elena spotyka bowiem tą istotę na swojej drodze podczas ucieczki a Sentionauta jej nie atakuje. Wręcz przeciwnie, odsłania przed nią przyłbicę swojego hełmu, i okazuje się, że pod nią jest ludzka twarz, ni to dziecięca, ni to kobieca, pokryta szronem, jakby przetrzymywana w stanie hibernacji, a jednak wciąż żywa. Podczas przemierzania plątaniny korytarzy instytutu w jednym z pomieszczeń Elena natyka się też na dziwną, leżącą na ziemi istotę, owiniętą w kokon (lub kaftan bezpieczeństwa) która z kolei próbuje ja zaatakować zębami, mając skrępowane ręce i nogi. Prawdopodobnie jest to kolejna, nieszczęsna ofiara nieludzkich eksperymentów Nyle'a.



Sentionauta z podniesioną osłoną hełmu.

    Potem nadchodzi kluczowa dla całego filmu scena, będąca retrospekcją, rozgrywającą się w 1966r. W odróżnieniu od wydarzeń z „teraźniejszości”, gdzie króluje mrok i psychodeliczna czerwień, tutaj dominującymi kolorami są czerń i biel. Wkrótce dowiadujemy się o tym, jak Nyle, przechodząc rytuał New Age, przebudzenia wewnętrznego ja, stał się protegowanym Arborii. Po zanurzeniu się w czarnym fluidzie Barry Nyle przechodzi przez transcendentalną podróż (jest to wykorzystana w ramach naukowego eksperymentu wiedza New Age, właśnie temu przecież miał służyć ten instytut badawczy). Kiedy wynurza się z powrotem jest odmieniony, a przy tym także wstrząśnięty i zagubiony. Prawdopodobnie nie do końca świadomy tego co robi, atakuje asystującą Arborii kobietę i zabija ją. Wtedy okazuje się nagle, że kobieta była brzemienna, i że była żoną Mercurio Arborii. Jej dziecko udaje się uratować, tak na świat przychodzi dziewczynka – Elena... Tuż potem własny ojciec zanurza także ją w tajemniczym czarnym fluidzie, co potem staje się źródłem jej psychicznych mocy. Przy okazji, pośrednio, dowiadujemy się kogo tak naprawdę chciała zobaczyć dziewczyna, przekazując swoje telepatyczne wiadomości Nylowi podczas sesji którym była przez niego poddawana?

Nyle, wycząłgujący się z basenu z tajemniczym czarnym płynem.