czwartek, 7 kwietnia 2016

Salambo, wydanie zbiorcze - recenzja

    Rzadko mam chęć recenzować coś co aktualnie czytam, w tym jednak przypadku jak najbardziej chcę to zrobić. Album który będzie tutaj omawiany, jest bowiem komiksem w dużym stopniu wyjątkowy. Przyznaję, pewnym zaskoczeniem dla mnie było w ogóle pojawienie się zbiorczego wydania "Salambo" w zapowiedziach wydawniczych Egmontu. Przede wszystkim ze względu na to, że wydawnictwo w ostatnich latach wyraźnie steruje w innym kierunku – głównie wydawania serii pochodzących ze stajni DC i Marvela, stroniąc nieco od pozycji z rynków frankofońskich.



    O Philippe Druillecie (w tym i "Salambo") pisałem ponad 12 lat temu dla magazynu KZ (dokładnie rzecz biorąc tekst ukazał się w dwudziestym trzecim numerze tego periodyku). W artykule, redagowanym wspólnie z doktorem Jerzym Szyłakiem, punktowałem między innymi, że Druillet pozostawał wtedy w Polsce twórcą niemal nieznanym, mimo kanonicznej wręcz pozycji jego twórczości w kontekście komiksu francuskiego i nie tylko. Od czasu ukazania się mojego tekstu w 2003r. na łamach KZ właściwie niewiele się zmieniło w tej materii jeśli chodzi o nasz kraj. Album "Salambo" jest więc pewnego rodzaju przełomem na tym polu. I dobrze, bo Philippe Druillet jest uznawany na zachodzie za klasyka, obok takich nazwisk jak chociażby Jean (Moebius) Giraud i Jean-Pierr Dionnet do spółki z którymi Druillet zakładał w 1975r. legendarny już dzisiaj magazyn z opowieściami graficznymi kierowanymi do dorosłego czytelnika - Metal Hurlant. Na łamach tegoż periodyku (a także kilku innych jak na przykład Pilote czy Rock and Folk) w drugiej połowie lat 70. i pierwszej połowie 80. XXw. francuski rysownik często publikował swoje krótsze i dłuższe (zazwyczaj składające się z epizodów) prace. Należały do nich chociażby "La Nuit" (Noc) – utwór powstały po śmierci jego żony, która odeszła z powodu przegranej walki z nowotworem, "Nosferatu" – opowieść o wampirach, czy przygody zdeprawowanego i amoralnego antybohatera, Vuzz'a. W tym samym okresie powstawały też  kolejne epizody opowieści, które w końcu złożyły się na pełny, trzytomowy cykl o "Salambo", Mathonie i Kartaginie.

Matho, aka. Lone Sloane na swoim latającym transporterze, zmierza w kierunku Kartaginy.

    Tak naprawdę, przechodząc do samej opowieści zawartej w omawianym tutaj albumie, to warto zacząć od jej genezy, i osób jej autorów. Właściwie to nazwiska Gustava Flauberta mogłoby na okładce nie być... Uważam, że jest to tylko elegancki ukłon francuskiego rysownika natomiast sam komiks owszem, nawiązuje do powieści Flauberta jednak nie jest to właściwie adaptacja sensu stricto. Równie dobrze mogłoby być na okładce omawianego tutaj albumu napisane, że powstał on „na motywach powieści Gustawa Flauberta” bez podawania jego osoby jako współautora tego komiksu. Tym bardziej, że Flaubert tak naprawdę dawno umarł, zanim Druillet w ogóle przyszedł na świat (powieść Flauberta została bowiem wydana w 1862r.). Z drugiej strony ten komiks (jeśli miałby faktycznie zostać uznany za adaptację), to jest adaptacją niezwykłą, można by rzec "hybrydową" bo przenoszącą wydarzenia z powieści rozgrywające się w starożytności, w czasach wojen punickich, do realiów SF. Ciekawym zabiegiem autora jest też obsadzenie w roli głównego protagonisty, znanego w powieści pod imieniem "Matho", postaci z jego wcześniejszych komiksów. Mam tu na myśli powstałą przed Salambo, serię komiksową Druilleta o przygodach awanturnika o demonicznych, czerwonych oczach bez tęczówek i źrenic, grasującego na kosmicznych szlakach. Kosmiczny podróżnik, znany pod imieniem Lone Sloane staje się przywódcą rebeliantów, toczących walkę z Kartaginą. Tak więc artysta wykorzystał powieść Flauberta tylko jako bazę, wprowadzając do niej swojego bohatera, który ląduje w futurystycznej wersji Kartaginy swoim statkiem kosmicznym.

Jedna z wersji postaci Salambo obecnych na kartach komiksów. Uwagę zwraca charakterystyczna dla Druilleta pełna ornamentów kompozycja kadru, który zajmuje w albumie aż dwie strony!


    W jednym z wywiadów Druillet stwierdził, że komiks "Salambo" był przez niego planowany na pięć tomów (aby zawrzeć w sobie całą fabułę z powieści Flauberta). Ostatecznie jednak komiksowa opowieść zamknęła się w trzech albumach zatytułowanych kolejno: "Salambo" wydane w albumie w 1977r, "Carthage" (Kartagina) 1986r, oraz "Matho" 1988r. Na planszach stworzonych przez Druilleta nie jest zawarta cała historia obecna w oryginale, czyli powieści - pierwsze dwa albumy obejmują zaledwie wydarzenia rozgrywające się na 40 pierwszych stronach dzieła Flauberta (stąd zapewne pierwotny plan, który miał obejmować pięć tomów komiksowej adaptacji). Wydanie zbiorcze, które trafia do rąk polskiego czytelnika,  obejmujące wszystkie trzy istniejące tomy. Jest też okraszone materiałami dodatkowymi w postaci grafik, nawiązujących do opowieści okładek magazynów poświęconych "Salambo" oraz okładek rożnych albumowych wydań tej opowieści. Album zawiera też (dosyć zdawkowe) wzmianki o adaptacji Salambo w postaci gry komputerowej i spektaklu multimedialnym będącego bezpośrednią adaptacją tego komiksu. Zarówno nad wspomniana grą komputerową, która powstawała pod tytułem "Salammbo: Battle for Carthage" (Salammbo: Bitwa o Karatginę) w studiu developerskim Cryo Interactive, jak i spektaklem, miał artystyczną pieczę sam autor, choć w opisie zawartym w omawianym wydaniu zbiorczym nie jest to jasno napisane.

Kolejna scena niczym z demonicznego koszmaru a'la Druillet. Ta stylistyka prawdopodobnie doskonale sprawdziłaby się np. do zilustrowania opowieści o Chtulhu, H.P. Lovercrafta. Zresztą, sam Druillet jawnie przyznawał się w licznych wywiadach, do fascynacji twórczością amerykańskiego mistrza opowieści grozy. 

    Odnośnie fabuły którą współdzielą zarówno powieść Flauberta jak i komiks Druilleta to jest to napisana z rozmachem barwna i egzotyczna opowieść o starożytnej Kartaginie, istniejącym w rzeczywistości północnoafrykańskim mieście-stanie, które rzuciło wyzwanie dominacji Rzymu podczas wojen punickich, w III stuleciu p.n.e. (a dokładnie w latach 240-237 p.n.e.). Opowieść Flauberta była luźno oparta na fragmentach prac rzymskiego historyka, Polybiusa. W swojej książce pisarz przedstawił dzieje fikcyjnej dziewczyny imieniem Salambo, córki kartagińskiego generała Hamicara i jej dramatycznej miłości do Matho, przywódcy rebelianckich najemników, który ze swoimi wojskami oblegał Kartaginę. Ta oś fabularna, została właściwie bez zmian przeniesiona do komiksowej adaptacji Druilleta. Jednak fabuła jest zdecydowanie tylko tłem dla warstwy wizualnej opowieści graficznej francuskiego rysownika. Widać, że ciągłość narracji jest dla autora rzeczą zdecydowania podrzędną, podporządkowaną sekwencji kolejnych obrazów. Kadry są ze sobą połączone głównie ze względu na „wpasowanie” w kompozycję planszy. Główną część warstwy narracyjnej, spajającą akcję w poszczególnych kadrach stanowią (niekiedy aż nadto rozbudowane) opisy słowne, które bywają nużące w swojej narracyjnej monotonii. Mało tu też dialogów w dymkach, artysta operuje raczej obrazem i skumulowanymi, towarzyszącymi im blokami tekstu. Jeśli chodzi o czytanie tego komiksu, to wygląda to jak "brnięcie" przez pompatyczne i niekiedy wręcz bełkotliwe opisy, dodatkowo (i niepotrzebnie) komentujące to, co właśnie rozgrywa się na rysunkach. Jeśli chodzi natomiast o warstwę graficzną, to można rzec, że się ją "pochłania". To właśnie ona stanowi o sile tego komiksu. Zdecydowanie nie jest to dzieło typowe dla tego gatunku, jest to natomiast powiedziałbym "artystyczna wizja, zamknięta w komiksowych kadrach".

Jedna z grafik wzbogacających album.

    Większość z komiksowych prac Druilleta balansowała na granicy pomiędzy opowieścią fabularną a skomplikowaną kompozycją graficzną. Nie inaczej jest i w przypadku omawianego albumu. Bogate, wręcz nadmiarowe zdobienia, nawiązujące do ekspresjonizmu i secesji (dwóch prądów artystycznych z przełomu XIX i XX wieku). Do tego mnóstwo małych misternych detali. Kadry są przez to niesamowicie wręcz "gęste". Oglądając je, niezmiennie pojawia zdziwienie i pewnego rodzaju podziw - jak długo musiała powstawać taka pojedyncza plansza i czy artysta tworzył na większym formacie, czy może pod lupą, żeby umieścić tam te wszystkie smaczki? Widać też, że poszczególne albumy (a nawet epizody które zawierają) różnią się od siebie w warstwie graficznej. Bardzo widoczne jest to, że styl artysty ewoluował przez kolejne lata w których tworzone były epizody "Salambo", że Druilet eksperymentował z różnymi technikami graficznymi. Ciekawe są jego eksperymenty zarówno odnośnie zmiany stylu, jak i mieszania różnych technik, jak na przykład kolarze rysunków z fotografiami nagiej kobiety, będącej kolejnym "wcieleniem" głównej bohaterki. Nigdy nie udało mi się ustalić, czy są to zdjęcia zmarłej żony Druilleta? Są też eksperymenty z „neonową”grafiką komputerową z połowy lat 80. W tamtym czasie użycie komputera do obróbki graficznej obrazu było pewnym novum, dziś to jedynie ciekawostka. To zapewne przypadek, ale liczne zmiany stosowanych przez rysownika środków wyrazu, mieszanie różnych technik, zmiany stylu (zarówno graficznego jak i stylu narracji) przywodzą mi osobiście na myśl inny wielki tytuł - "Garaż hermetyczny" Moebiusa...


Jeden z monumentalnych kadrów, ukazujących Kartaginę, z mnóstwem detali  - bogato zdobionymi budowlami i  mikroskopijnymi ludzkimi postaciami u stóp wielkich budynków i rzeźb.

    Mimo licznych zmian obecnych w warstwie wizualnej, Druillet wypracował bardzo charakterystyczny i łatwo rozpoznawalny styl, w którym pojawiają się pewne stałe, łatwo rozpoznawalne elementy. Właściwie nie sposób pomylić jego prac z dziełami jakiegoś innego rysownika. Bohaterowie obecni w komiksach Druilleta mają zazwyczaj pociągłe twarze z nisko umieszczonymi ustami, z którymi kontrastują wysoko umieszczone wąskie oczy bez źrenic i tęczówek. Do tego misterne, pełne rozmachu a równocześnie pełne drobnych detali „rozbuchane” kadry, które niekiedy „rozlewają się” aż na dwie strony. Wizje miast „mrówkowców”, niezwykła monumentalna architektura, wyszukane kompozycje geometryczne i zdobienia, to właśnie są niezwykle silne wyznaczniki stylu tego artysty. Podobnie jest z warstwą fabularną konstruowanych przez niego opowieści. Bohaterowie powoływani do życia przez Druilleta są zazwyczaj źli i okrutni i przemierzają mroczne i nieprzyjazne światy. Tak jest i w przypadku opowieści o Salambo. Poczynania jego bohaterów (w tym i Mathona aka. Lone Sloane) są zazwyczaj determinowane przeznaczeniem, a właściwie jakimś rodzajem fatum które nad nimi zawisa (w tym przypadku mamy do czynienia zarówno z fatum, w postaci okrutnego boga, Molocha, jak i femme fatale czyli pięknej, tytułowej bohaterki). Protagoniści Druilleta są niemal zawsze tylko marionetkami sterowanymi przez zwierzchnie, zazwyczaj nadprzyrodzone siły. Postaci te, wbrew swej woli, dążą do przeznaczenia, którego finałem jest zazwyczaj okrutna śmierć...

"Oto Hamilkar Barkas, który dzięki znanej tylko sobie magii rozkazywał stworzeniom morza, ziemi i nieba" - cytat z albumu "Matho".

    Opowieść o Salambo to perełka w warstwie prezentacji. Aż dziw bierze, że przez tyle lat komiksy Druilleta nie były u nas wydawane. Choć może wiążą się z tym inne, zakulisowe sprawy co do których nie mam świadomości – na przykład problemy licencyjne. Ważne, że album ten ujrzał u nas w końcu światło dzienne. Osobiście po cichu trzymam kciuki, że Egmont pójdzie za ciosem i za jakiś czas wyda kolejne komiksy Druilleta jak choćby „Sześć podróży Lone Sloane”, „Nosferatu” lub przygody Vuzz’a. Osobiście bardzo brakuje mi takich właśnie, artystycznych komiksów dla dorosłego czytelnika na naszym rodzimym rynku. Werdykt – obok "Cromwela Stone'a" autorstwa Andreasa Martensa, "Garażu Hermetycznego" Moebiusa czy "Opowieści Sheherezady" Sergio Toppiego, również "Salambo" Druilleta jest kolejnym (a tak naprawdę jednym z niewielu) komiksem, do którego wrócę na pewno jeszcze nie raz, choćby i po to tylko, aby nasycić wzrok zapierającymi dech ilustracjami francuskiego mistrza. Album jest niezwykły w warstwie graficznej i to jest jego mocną stroną. Jednak narracja i fabuła są trudne do przebrnięcia, ciężkie, siermiężne i zostają daleko w tyle za sferą wizualną, co nie przeszkadza "Salambo" być opowieścią wyjątkową.


Tytuł oryginału: „Salammbô – L’Intégrale”
Scenariusz: Philippe Druillet na podstawie powieści Gustave’a Flauberta
Ilustracje: Philippe Druillet
Przekład z języka francuskiego: Maria Mosiewicz
Wydawca wersji oryginalnej: Glénat
Wydawca wersji polskiej: Egmont Polska
Data premiery wersji oryginalnej (w tej edycji): 24 listopada 2010 r.
Data premiery wersji polskiej: 16 marca 2016 r.
Oprawa: twarda
Format: 22,5 x 29,5 cm
Papier: kredowy
Druk: kolor
Liczba stron: 200
Cena z okładki: 99,99 zł

A tak Salambo została sportretowana we wspomnianej w tej recencji grze komputerowej.




niedziela, 10 stycznia 2016

    Zaczątek tego tekstu leżał na twardym dysku mojego komputera (a właściwie kolejnych komputerów) od...2006r. Kilka razy podchodziłem do tematu ale nigdy nie udało mi się 'wykrystalizować' treści tego artykułu ani sfinalizować prac nad nim... Jednak w ostatnim czasie bodźcem do odświeżenia starych notatek stała się zapowiedź wydania pod koniec poprzedniego roku, po polsku, serii będącej jednym z owoców współpracy Georges'a Bess'a i Alejandro Jodorowsky'ego - 'Juana Solo'. Zacznijmy jednak od klasycznej, może nawet sztampowej, notki biograficznej.

Georges Bess we własnej, trochę łysej, trochę brodatej osobie.

    Georges Bess urodził się we Francji w 1947r. Niewiele wiadomo o jego wczesnej drodze artystycznej poza tym, ze studiował w École nationale supérieure des Arts Décoratifs (czyli Wyższej Szkole Sztuk Dekoracyjnych) w Paryżu. Z jakiegoś powodu (nie udało mi się dokładnie ustalić o co chodziło) artysta przeniósł się w 1970r. z rodzinnego kraju do Szwecji. Tam mieszkał i pracował przez około 17lat (pomiędzy 1970 a 1987r). I to właśnie w Skandynawii rozpoczęła się jego przygoda z komiksem. W tamtym okresie używał do podpisywania swoich prac zarówno własnego nazwiska jak i pseudonimów Tideli i Nissman. Współpracował ze szwedzką wersją magazynu Mad a w okresie pomiędzy 1977 a 1987r. był rysownikiem serii 'The Phantom', o przygodach słynnego w Skandynawii zamaskowanego bohatera. Na początku lat 80. Bess przypadkowo znalazł się w Tybecie a kraj ten zrobił na nim ogromne wrażenie co znalazło odzwierciedlenie w niemal wszystkich jego późniejszych pracach. Poza samym Tybetem, artystę zafascynowały także Indie do których również trafił w swoich podróżach.

Prezentowana tutaj okładka pochodzi z opublikowanego w 2003r. wznowienia albumu o przygodach magicznych bliźniąt.

    Jakiś czas potem (w 1987r.) kiedy ponownie trafił do Paryża, gdzie się przeniósł powracając tym samym do ojczyzny, podjął współpracę z Alejando Jodorowskym, co dało początek sporej ilości one-shotów i serii komiksowym. Chronologicznie rzecz biorąc, pierwszym owocem współpracy obydwu artystów był chyba album 'Les Jumeaux Magiques' ('Magiczne bliźnięta'). Wg. serwisu bedetheque.com, komiks został wydany właśnie w 1987r. W skrócie, jego bajkowa fabuła, przesiąknięta metafizyką (jak to o Jodorowsky'ego) opowiada o tym, jak pewien król został wzięty do niewoli przez niejakiego Tartarata, kapitana ciemności. Mara i Aram, tytułowa para książąt-bliźniaków musi zmierzyć się ze złem, uratować porwanego ojca oraz przyszłość całego królestwa. W tym celu będą musieli wkroczyć na zakazane tereny czterech wysp rozciągających się na północ od rubieży ich królestwa...



    Wracając jednak do współpracy Jodorowsky'ego i Bess'a, to niedługo potem, obydwaj panowie rozpoczęli współpracę przy bodaj najbardziej znanej serii będącej owocem ich współpracy, a mianowicie 'Białym Lamą'. W latach 19881996 oficyna Les Humanoïdes Associés wydała łącznie sześć tomów tej historii, która stała się także sporym sukcesem artystycznym. Pierwszy tom, w 1988r. zdobył prestiżową nagrodę Le Grand Prix RTL, przyznawaną przez francuskie radio dla najlepszych nowości komiksowych z minionego roku. Nagroda przyznawana jest do dziś, we współpracy z Międzynarodowym Festiwalem Komiksu w Angoulême. Fabuła opowieści Białego Lamy to niezwykle bogaty melanż, na który składają się wierzenia religijne Tybetańczyków (szczególnie te na temat karmy i reinkarnacji) a wydarzenia osadzone są w przepięknie odmalowanych przez Bessa tybetańskich sceneriach. Bohaterem opowieści staje się biały chłopiec, nazwany Gabrielem Marpą, którego rodzice trafiają niespodziewanie do Tybetu a on sam, po ich śmierci, okazuje się być kolejnym wcieleniem najwyższego duchowego przywódcy Tybetańczyków. Prawie piętnaście lat po zakończeniu pierwszego cyklu, twórcy serii powrócili do tematu, tworząc opowieść 'La légende du lama blanc' (Legenda białego Lamy), której pierwszy tom został wydany we Francji przez Glenat 15.10.2014r.

Okładka pierwszego tomu serii 'Anibal 5' - 'Dix Femmes avant de mourir' (Dziesięć kobiet przed śmiercią).

    Wracając jednak do chronologii, to kolejny owoc współpracy duetu Bess-Jodorowsky ujrzał światło dzienne dwa lata później (tj. w 1990r.). Była to stworzona właściwie od nowa wersja serii Jodorowsky'ego, wydanej jeszcze w latach 60. (a rysowanej wtedy przez Manuela Moro), zatytułowanej 'Anibal 5' o przygodach tajnego agenta, będącego cyborgiem. Pierwszy tom tej swoistej „zremasterowanej” wersji komiksu ukazał się jak już zostało napisane wyżej w 1990r. Kolejny zaś, i ostatni tom serii, został natomiast opublikowany dwa lata później (obydwa zostały opublikowane przez Les Humanoïdes). Musiało minąć jednak kolejne pięć lat, aby do czytelników mogła trafić nowa seria autorskiego duetu a była to wspomniana już opowieść o Juanie Solo. Ostatecznie historia ta zamknęła się w czterech tomach, wydanych we Francji w latach 1995-99 (ponownie przez Les Humanoïdes). Seria została nagrodzona nagrodą Alph'art za najlepszy scenariusz na festiwalu w Angoulême, w 1996r. Głównym bohaterem opowieści jest porzucony przez matkę na śmietniku chłopiec, który urodził się ze znamieniem w postaci „diabelskiego ogona”. Jego przybraną „matką” staje się karzeł transwestyta, będący jednocześnie alkoholikiem. Kiedy Juan dorasta wstępuje na drogę zbrodni a później religijnego nawrócenia. U nas, jak częściowo zostało to powiedziane na początku artykułu, pierwsze dwa tomy serii zostały (w październiku 2015r.) wydane przez Scream comics. Zapowiedzi wydawnictwa obejmują dokończenie publikacji serii na polskim rynku w bieżącym roku (tj. w 2016).

Okładka czwartego, ostatniego tomu serii o Juanie Solo, pochodząca z oryginalnego, francuskiego wydania. Uwagę zwracają nasycone, intensywne barwy, bardzo charakterystycznie dla twórczości Bess'a.

    Georges Bess zapragnął też w pewnym momencie spróbować swych sił rysując komiksy samodzielnie, bez udziału Jodorowsky'ego a potem także pisząc własne scenariusze komiksowe. I tak w 1996r. narysowane przez niego plansze znalazły się w zbiorczym erotycznym albumie komiksowym "Ode à l'X" (Oda do X). Ale to był dopiero początek jego samodzielnej drogi na frankofońskim rynku komiksowym. Dwa lata później w 1998r. światło dzienne ujrzał czarno biały autorski album Bess'a zatytułowany „Escondida” (ponownie we współpracy z Les Humanoïdes). Słowo będące tytułem albumu, oznacza w języku portugalskim „coś ukrytego”. I faktycznie Bess w swoim dziele, eksploruje ukryty, metafizyczny świat, umieszczając w albumie swoje liczne, filozoficzne przemyślenia. Rok później (w 1999r.) artysta zilustrował natomiast drugi tom erotycznej serii 'Aphrodite' autorstwa Pierre'a Louys'a. Poprzedni, tj. pierwszy tom serii, był ilustrowany przez Milo Manarę następny zaś (i zarazem ostatni) przez Clair Wendling. Nieco później, wraz z żoną Laylą Bess, artysta stworzył dwa albumy opowieści pt. 'Leela et Krishna', które zostały wydane przez wydawnictwo Carabas w 2000r. Historia opowiada o starożytnych Indiach i przesycona jest mistycyzmem. Jej głównym bohaterem jest tytułowy Krishna, który chce zdobyć serce pięknej Leeli ta jednak uporczywie odrzuca jego zaloty. W akcie desperacji Krishna decyduje się zawrzeć pakt z potężnym Karnatakiem, niebezpiecznym czarownikiem i przyjacielem demonów, co oczywiście tylko komplikuje sprawy. Obydwa czarno-białe albumy serii doskonale oddają klimat orientu, skomplikowanego świata hinduskich wierzeń, i zafascynowania tą kulturą obydwojga autorów.




    Na kolejne dzieło Bessa trzeba było poczekać aż cztery lata a okazał się nim być album o tytule 'Bobi'. Ten wydany w 2004r. przez Casterman one-shot jest refleksyjną opowieścią, w której artysta zastanawia się nad życiem i jego problemami a także nad sobą i procesem twórczym, zadając na przykład pytania: jak wiele z tego co tworzy autor jest świadome, pochodzące od niego samego a ile po prostu "przychodzi", może w postaci natchnienia, może podszeptów podświadomości? Tytułowa Bobi to postać 'z papieru', funkcjonująca na kartach opowieści Bessa, a jednak w pewnym stopniu żyjącą też własnym życiem, gdyż to co tworzy autor zostaje wykreowane, jak to zostało zauważone wyżej, spontanicznie. Autor konkluduje w pewnym momencie, że każde dzieło na etapie tworzenia ewoluuje, często w kierunku który dla samego autora może być niespodzianką. Trochę przypomina to wszystko próbę przeanalizowania samego siebie, na kształt serii 'Inside Moebius' autorstwa Jeana Giraud'a a album 'Bobi' nie jest odosobniony w poruszaniu przez Bessa takich tematów...




    Wracając jednak do twórczości francuskiego artysty, to kolejnym jego komiksowym dziełem są 'Chroniques Aleatories' (Kroniki Aleatoriańskie). Komiks wydany przez Castermana w 2005r. W pewnym stopniu jest to kontynuacja tematyki poruszanej przez autora w albumie 'Bobi'. Bess stawia przed sobą (i czytelnikiem) pytania, jak np.: co się dzieje, gdy rysownik przelewa na papier swoje myśli, czy pragnienia? Artysta sprawdza to tworząc swego rodzaju osobiste kroniki, przenosząc systematycznie na papier to co mu przychodzi do głowy, każdego dnia. Czy powstanie z tego dziennik? Kolekcja rysunków? Właśnie taką rzeczą i odpowiedzią na powyższe pytania są 'Kroniki' – są niejako myślami zebranymi autora, czasem filozoficznymi, niekiedy humorystycznymi, a kiedy indziej zawierające jakieś osobiste, czy wręcz intymne uwagi, na temat otaczającego świata. Czytając pojedyncze z myśli autora zawartych w tym zbiorze, można odnieść wrażenie, że są to tylko jakieś chaotyczne zapiski. Jednak całość jest pewnego rodzaju odzwierciedleniem charakteru artysty, jego przemyśleń i, niezmiennie, fascynacji orientem.


Okładka ostatniego, piątego albumu serii o przygodach Pemy Ling.

    Nieco później, lecz jeszcze w tym samym tj. 2005r., artysta rozpoczął też rysowanie swojej nowej serii pt. 'Pema Ling'. Jest to kolejna opowieść rozgrywająca się w Tybecie. Tytułową bohaterkę poznajemy, gdy jest jeszcze dziewczynką i nie wie, że spotka ją niezwykłe przeznaczenie, że stanie się wiele lat później siejącą postrach "lwicą śniegu". Dzieje się tak częściowo za sprawą nienawiści jaką nosi w sercu do niejakiego Gyalpo, lokalnego tyrana który zabił jej ojca. Seria aktualnie składa się z pięciu albumów, z których ostatni wydano w 2009r. i została opublikowana w ramach współpracy autora z wydawnictwem Dupuis. Kolejna komiksowa seria Bessa to 'Le Vampir de Benares' ('Wampir z Benares', gdzie 'Benares' to historyczna nazwa miasta na północy Indii, które aktualnie nosi nazwę Waranasi). I właśnie tam, w Benares, rozgrywa się historia, której głównym bohaterem jest niejaki Mircea. Jego przyjaciel, dziennikarz, zostaje uznany za zaginionego (i to w bardzo dziwnych okolicznościach). Śledztwo doprowadza wkrótce Mirceę do odkrycia istnienia wampirów, których walczące między sobą od stuleci klany i kasty wpływają na dzieje gatunku ludzkiego... Zarys historii jest, powiedzmy szczerze, bardzo sztampowy. W moim odczucie jest to swoiste połączenie fascynacji Bessa orientem "splecione" z licznymi nawiązaniami do cyklu powieści "królowej wampirów" czyli Anny Rice. Ciężko jest mi jednak obiektywnie ocenić tą serię gdyż, póki co, nie miałem okazji się z nią zapoznać. Indyjska historia o wampirach autorstwa Bess'a liczy aktualnie trzy tomy, wydane we Francji w latach 2009-2011 przez Glenat.

Okładka trzeciego, najnowszego tomu o Wampirach z Benares.

    Ostatnim, jak do tej pory, dziełem Georges'a Bessa jest album 'Incredible India' (Niesamowite Indie) – oneshot wydany w 2013r. przez Vent's d'Ouest. Wydaje się, że Georges Bess zna ten kraj na pamięć, wręcz przekrojowo – pewnie dzięki swoim podróżom po tych terenach. Omawiany album to w dużej mierze notatki z takich podróży (zarówno w formie rysunków jak i tekstu). Bess ukazuje różnorodność i kontrasty tego niezwykłego kraju a także głęboko zakorzenione w kulturze hinduskiej starożytne wierzenia, metafizykę i temu podobne. Wspomniane notatki zebrane są w formę serii komiksowych opowiadań, które są pewnego rodzaju przypowieściami ukazującymi różne oblicza Indii.

Powyżej zamieszczałem jedynie okładki do poszczególnych albumów. Tutaj,  niejako "na zachętę" lub jako swoista "kropka nad 'i'" jedna z plansz z komiksów Bessa. Ta konkretna strona pochodzi z 4 tomu przygód Juana Solo.

    Warto podkreślić, że Bess jest w naszym kraju artystą raczej mało znanym (przeciętny czytelnik miał szansę zapoznać się z jego rysunkami, chyba jedynie przy okazji wydanej przez Egmont serii 'Biały Lama'), a szkoda. Prawdopodobnie jednak trochę się to zmieni w najbliższym czasie, dzięki wspominanej publikacji na naszym rynku przez wydawnictwo Scream comics serii 'Juan Solo'. W twórczości Bess'a zwraca uwagę jego łatwo rozpoznawalny styl i wyrazista kolorystyka. Na podstawie tematyki omawianych powyżej albumów widać też niezmienną fascynację metafizyką i orientem. Można też dostrzec w jego twórczości, do czego autor otwarcie się przyznaje, wpływy Moebiusa (zarówno jeśli chodzi o kreskę, kolorystykę, czy tematykę poruszaną w poszczególnych albumach - szczególnie analizę własnego stanu wewnętrznego). Wszystkie te składniki tworzą unikalny styl Bessa, zarówno w warstwie graficznej jak i tematycznej. Styl ten bardzo dobrze sprawdzał się w opowieściach które pisał dla niego Jodorowsky choć i autorskie opowieści, tworzone w późniejszych latach są w większości dziełami niezwykle oryginalnymi. Georges Bess nadal mieszka w Paryżu, aktualnie nie wiadomo jednak nic o jakichś jego nowych projektach komiksowych.

Źródła:

http://www.du9.org/chronique/escondida/



niedziela, 18 października 2015

Grzegorz Rosiński. Monografia.

Grzegorz Rosiński. Monografia.

    Publikacja ta ukazała się pierwotnie we Francji, w grudniu 2013r., odnosząc całkiem spory sukces wydawniczy. Wg. słów Piotra Rosińskiego (syna Grzegorza), w niektórych francuskich księgarniach stała się wręcz bestsellerem i była wystawiana w najbardziej eksponowanych miejscach tamtejszych sklepów. Natomiast Polska jest drugim z kolei krajem, gdzie to wydawnictwo (choć z prawie dwuletnim poślizgiem względem edycji oryginalnej) ma swoją premierę.


Okładka polskiego wydania Monografii - Egmont 2015.


    Przyznaję, że „Monografia” była jedną z tych pozycji wydawniczych na które od dawna czekałem. Niestety, moja znajomość języka francuskiego nie jest na tyle dobra, aby swobodnie zapoznać się z wydaniem oryginalnym, więc po wspomnianej francuskiej premierze zastanawiałem się, czy taka pozycja wydawnicza ma w ogóle szansę pojawienia się i u nas? Jak widać, dzięki wydawnictwu Egmont, stało się to możliwe. Premiera tejże książki (czy raczej księgi – jak należałoby ją nazwać ze względu na gabaryty) stała się też jednym z powodów do wybrania się przeze mnie na MFKiG 2015 do Łodzi (w sobotę 03.10). Dzięki temu przedpremierowo nabyłem tę publikację (dodatkowo w niższej, festiwalowej cenie). Była to też sposobność do spotkania się z twórcami „Monografii” na poświęconej tejże premierze dedykowanej prezentacji, zdecydowanie było warto! Przede wszystkim była tam obecna dwójka autorów publikacji (Piotra Rosińskiego i Patricka Gaumera) oraz oczywiście głównego jej bohatera (Grzegorza Rosińskiego), który, jak sam stwierdził, bezpośredniego udziału w powstaniu tej księgi nie miał. Nie można też zapomnieć o osobie również obecnego na prezentacji Wojciecha Birka, który był tłumaczem „Monografii” na język polski a w dniu festiwalu pełnił rolę prowadzącego całe spotkanie, poświęcone tej publikacji.

Jedna ze stron "Monografii". Poświęcona głównie pracom koncepcyjnym dotyczącym ósmego tomu serii Thorgal - Alinoe.

    Myślę, że śmiało można powiedzieć, iż Grzegorz Rosiński jest najbardziej znanym (zarówno w Polsce jak i na świecie) polskim, czy właściwie pochodzącym z Polski, artystą komiksowym. Pomimo tego, że czuje się nieswojo kiedy ktoś mówi do niego per „mistrzu” (co było widać np. na wspomnianym spotkaniu na MFKiG) jak i nigdy nie starał się zostać legendą (po prostu pracował, robiąc swoje) i tak ostatecznie się nią stał, i to jeszcze za życia. Zawdzięcza to swojemu bogatemu dorobkowi artystycznemu i ciągłej, nieprzerwanie trwającej aż do dziś aktywności zawodowej, która miała swój początek ponad pół wieku temu! Nie powinien zatem dziwić fakt, że przez te lata nazbierało się bardzo dużo ilustracji, komiksów i książek, które od strony graficznej opracowywał tenże artysta. 

    Podobnie było z życiem prywatnym. Dzieje rodziny Rosińskich, głównie przez zawirowania historyczne (jak realia PRL czy ucieczka przed stanem wojennym) były dosyć burzliwe. I tak historia tej familii (a w szczególności jej głowy – czyli Grzegorza), wespół z dokonaniami artystycznymi tegoż, dostarczyły sumarycznie bardzo dużej ilości materiału bazowego, na powstanie niniejszej publikacji. Można by rzec, że „MonoGRafia” (jak określa tą książkę autor, Patrick Gaumer, zręcznie wykorzystując fakt, że w tym właśnie słowie występują inicjały Rosińskiego) jest pewnego rodzaju podróżą sentymentalną. Warto jednak podkreślić, że, jak mówi o sobie sam bohater tej niezwykłej książki, nie jest ona podsumowaniem jakiegoś zamkniętego rozdziału, kropką nad przysłowiowym „i” na zakończenie kariery. Stanowi raczej usystematyzowane podsumowanie dotychczasowych dokonań, natomiast Rosiński jako artysta nadal pracuje i tworzy, nigdy nie osiadając na laurach. Rozwój, jak sam przyznaje, jest jednym z niezmiennych motorów jego działania.

Jeden z listów Rosińskiego do Jeana van Hamme, z autoportretem zmartwionego Grzegorza, który pod koniec lat 70. nosił przez chwilę wąsy a'la Wałęsa. Listy, wysyłane pocztą były nieefektywnym, ale jedynym sposobem na współpracę obydwu artystów oddzielonych od siebie "żelazną kurtyną". List został oczywiście zaczerpnięty z "Monografii",


    Jeśli chodzi o zawartość i objętość publikacji, to trzeba przyznać, że czytania (i oglądania) jest sporo – mnie osobiście zajęło to ponad tydzień a poświęcałem na to jakąś godzinę każdego wieczoru. Księga jest dosyć obszerna i nieporęczna (285x285mm i waży też całkiem sporo) ale to nie przeszkadza. Najważniejsza jest bowiem treść a ta dla mnie, z punktu widzenia miłośnika serii o przygodach wikinga z gwiazd (Thorgala Aegirssona) i twórczości Rosińskiego w ogóle, jest bardziej niż ciekawa. Tak więc „Monografia” obejmuje niemal cały okres dotychczasowego prywatnego i twórczego życia Grzegorza Rosińskiego. Począwszy od narodzin autora w Stalowej Woli, dzieciństwa spędzonego głównie w powojennym, zrujnowanym Wrocławiu, przechodzi następnie do późniejszych etapów - przeprowadzce do Warszawy, studiach na ASP, małżeństwie i późniejszym pojawieniu się dzieci państwa Rosińskich. Dalej publikacja skupia się na wątku emigracji do Belgii i znalezieniu przez Rosińskich „swojego miejsca” w Szwajcarii a także dalszych etapach podróży i kariery... Na wydarzenia z życia prywatnego nakładają się rzecz jasna kolejne etapy pracy twórczej Grzegorza, od zafascynowania rysunkami w okresie dzieciństwa, epizodzie z gazetą harcerską „Korespondentem wszędobylskim”, koniecznością porzucenia „dekadenckiego”, kojarzącego się ze „zgniłym zachodem” medium komiksu w czasach szkoły średniej, pracy dla wydawnictwa Sport i Turystyka, po ukończeniu ASP. I dalej - powrotu do komiksu za sprawą serii „Kapitan Żbik”, epizodu „denikenowskiego”, prac w redakcji „Relaxu”, nawiązania współpracy z belgijskim TinTin'em, narodzinach serii Thorgal, Yans (i wielu innych), i tak dalej – aż do dnia dzisiejszego...

Seria Thorgal wielokrotnie gościła na okładkach belgijskiego magazynu komiksowego TinTin.


    Po przeczytaniu całości nasuwają się trzy główne wnioski: Rosiński (nawet pomimo siedemdziesięciu lat na karku) jest artystą, który jest nieustannie aktywny zawodowo, ciągle szuka nowych technik i środków wyrazu, nigdy nie poddaje się stagnacji. Jest także pełen pokory, nie lubi by nazywano go "mistrzem" i nie postrzega siebie w taki sposób, a także, że jest osobą niezwykle rodzinną. W 2004r. był w „Duży formacie” (dodatku do „Gazety wyborczej”) wywiad z panem Grzegorzem, zatytułowany „Thorgal to ja”. Jak wiadomo, przygody wikinga z gwiazd są serią w której więzi familijne są jednym z kluczowych aspektów, a główny bohater jest prawy, zawsze czynnie poszukuje sprawiedliwości i stara się dbać o rodzinę. Taki też niezawodnie jest sam Rosiński... Nie mogło więc być inaczej - na łamach „Monografii” wiele miejsca poświęcono także jego rodzinie, z którą zawsze był bardzo związany uczuciowo. Najwięcej wzmianek jest chyba o ukochanej żonie Grzegorza, Kazimierze (Kasi) Rosińskiej, lecz także o jego dzieciach (i wnukach). Jest też wiele informacji o bliskich mu ludziach - całej rzeszy polskich, szwajcarskich, belgijskich oraz francuskich przyjaciół, z którymi połączyła go sztuka komiksu. I tak są wśród nich: Carlos Blanchart, dzięki któremu prace Rosińskiego w ogóle trafiły do belgijskich wydawców; Jean van Hamme, wyśmienity scenarzysta i wieloletni współpracownik (a także przyjaciel) Grzegorza, którego w zasadzie nie trzeba nawet przedstawiać. Monografia zawiera także rozmowy, które Patrick Gaumer przeprowadził z późniejszymi wydawcami i scenarzystami Rosińskiego: Andre-Paulem Duchateau, Mythikiem, Jeanem Dufaux, Ivsem Sente czy Yannem Pennetierem. Są też i wywiady z innymi grafikami z którymi blisko współpracował (bądź nadal współpracuje) główny bohater „Monografii” jak chociażby małżeństwo Zbigniewa i Grażyny Kasprzaków, Giuliem de Vitą i Romanem Surżenką.


Obraz przygotowany na okładkę magazynu Tintin, w którym miał się ukazać pierwszy odcinek serii Hans (u nas Yans). Obraz nie pochodzi z omawianej "Monografii", jednak bardzo mi się podoba między innymi ze względu na ekspresyjną kolorystykę. Rysowanie serii jak wiemy przejął po albumie "Prawo Ardelii" przyjaciel Rosińskiego - Zbigniew (Kas) Kasprzak.

    Jednym z niewielu mankamentów publikacji w moim odczuciu jest to, że na żółtych stronach, zawierających rozmowy które przeprowadził Patrick Gaumer z wymienionymi w poprzednim akapicie artystami i przyjaciółmi Rosińskiego, zabrakło fotografii osoby, z którą przeprowadzany był dany wywiad (ale może to tylko takie moje „widzimisię”). Drugim (choć także niezbyt wielkim) mankamentem jest dla mnie osobiście ostatni rozdział tej publikacji, poświęcony filmowym i malarskim fascynacjom Grzegorza (szczególnie polskim malarstwem z XIX w). Pewnie bierze się to stąd, że interesują mnie komiksy stworzone przez bohatera „Monografii”, nie odczuwam jednak zainteresowania malarstwem z omawianego okresu. Z drugiej jednak strony ciekawie było dowiedzieć się jakich innych artystów uważa sam Rosiński za swoje wzorce, natchnienie, co go ciekawi, inspiruje? Myślę też, że była to dobra okazja na pewnego rodzaju promocję polskiego dziedzictwa narodowego, które dla nas jest oczywiste (nazwiska takie jak Matejko czy Kossak) jednak na zachodzie nie jest już zapewne tak znane...

Kolejna strona z "Monografii" ukazująca prace nad "Zemstą hrabiego Skarbka". Seria ta rozpoczęła nowy okres w twórczości Grzegorza, gdzie zaczął on tworzyć swoje komiksy przy użyciu technik malarskich. Poszczególne kadry są tworzone jako prawdziwe obrazy na płótnie a potem składane w plansze tak jak jest to widoczne na zdjęciu.


    Wracając jednak do samej „Monografii” to, jak mówił Piotr Rosiński w Łodzi, największą trudność stanowiło dla autorów przyjęcie jakiegoś klucza, wg. którego miały by być porządkowane poszczególne rozdziały tej publikacji: czy przedstawiać wydarzenia z życia autora w porządku stricte chronologicznym, a może raczej skupić się na poszczególnych wątkach twórczości (jak np. czasy studenckie, wątek Thorgala, wątek Relaxu itd.)? Trudność zagadnienia polegała głównie na tym, że pewne okresy po prostu zachodziły na siebie czasowo, zazębiały się bądź były nieciągłe. Jak stwierdził Piotr, do publikacji było dobieranych wiele rysunków i ilustracji, które nigdy wcześniej nie ujrzały światła dziennego, bo na przykład zostały odrzucony przez wydawców. Grzegorza natomiast stwierdza na kartach „Monografii”, że często osoby odpowiedzialne w wydawnictwach za daną publikację wybierały z przygotowanego zestawu grafik takie, które w jego opinii były mniej udane niż inne a te „gorsze” trafiały finalnie gdzieś na dno szuflady artysty... Tego typu „nieudane” grafiki, wraz z wieloma, również nie publikowanymi wcześniej różnego rodzaju projektami czy szkicami koncepcyjnymi są nie lada gratką dla czytelnika i dają możliwość ujrzenia tych wszystkich rzeczy stworzonych przez Rosińskiego, których czytelnik nie mógłby inaczej poznać.

Szkice wstępne i rzeźby stworzone przez Rosińskiego na potrzeby prac koncepcyjnych do albumów serii "Skarga utraconych ziem" i "Thorgal".


    Chciałbym się też na chwilę skupić na samym spotkaniu z MFKiG którego wątek pojawił się już kilkakrotnie w poprzednich akapitach, poświęconego promocji omawianej publikacji. Dla mnie osobiście bardzo ciekawym doświadczeniem było spotkanie wszystkich wymienionych wcześniej osób związanych z tą księgą (panowie Rosińscy, Patrick Gaumer i Wojciech Birek). Patrick okazał się na przykład przemiłym człowiek i dowcipnym, elokwentnym gadułą. Niestety nie mówił po polsku w związku z czym Piotr Rosiński, oprócz opowiadania o samej monografii, pełnił rolę tłumacza (swoją drogą Piotr jest niezwykle podobny do ojca jeśli chodzi o aparycję). Wracając do samego spotkania to na pytanie z sali, na ile aktualnie języków jest przetłumaczona publikacja, Grzegorz Rosiński odpowiedział, że na dwa (francuski i polski – co już wiemy) i to mu wystarczy, bo, jak stwierdził skromnie, „tylko tam mnie głównie znają”. Na sali byli jednak obecni wydawcy z różnych krajów, m.in. z Niemiec, których zauważył i zaprosił do rozmów po spotkaniu, Piotr Rosiński. Myślę, że jest tylko kwestią czasu, aż publikacja doczeka się kolejnych tłumaczeń na inne europejskie języki. Autorzy żartowali także, że mają materiałów na (co najmniej) kolejną taką monografię, więc kto wie, być może kiedyś doczekamy się jej kontynuacji. Warto też wspomnieć, że nieco później, o godzinie 15.30 po autografy do Rosińskich i Gaumera ustawiła się wielka kolejka – chyba najdłuższa na całym festiwalu.

Spotkanie promujące "Monografię" na MFKiG 2015 (03.10.2015 Łódź). Od l. Wojciech Birek, Grzegorz Rosiński, Piotr Rosiński, Patrick Gaumer. Na ekranie wyświetlane są szkice koncepcyjne do pierwszego albumu serii Yans - Ostatnia wyspa.


    Pojawienie się "Monografii" pokazuje też w pewnym stopniu, że rynek komiksowy, zarówno ten franko-belgijski jak i polski, dojrzewają, zmieniają się. Jak stwierdził w Łodzi Patrick Gaumer, można powiedzieć, że „żyjemy w złotej dla komiksu epoce”. Jeszcze 10-15 lat temu nawet we Francji (gdzie rocznie ukazuje się około 5000 albumów komiksowych!) trudno było by wydać tego rodzaju publikację, zainteresować nią wydawców a pewnie i czytelników, w dzisiejszych czasach stało się to jednak realne. Myślę, że analogicznie ma się sprawa z rynkiem polskim. Publikacja ukazała się u nas w „serii” „Artyści komiksu”. Piszę słowo „seria” w cudzysłowie, gdyż jest to póki co jeden album. Możliwe jednak, że Egmont będzie też wydawał, za jakiś czas, monografie innych znanych komiksowych twórców, czego i sobie i innym polskim czytelnikom serdecznie życzę.

A tutaj ciekawostka, błękitna, oryginalna okładka do komiksu "Szninkiel" narysowana przez Grzegorza w 1987r. Została ona autorowi skradziona (o czym jest mowa w "Monografii", lecz publikacja tej konkretnej ilustracji nie zawiera) i odzyskana przez jego syna, Piotra Rosińskiego, wiele lat później. Z powodu zaginięcia oryginału, Rosiński musiał narysować okładkę jeszcze raz i tak powstała znana wszystkim czytelnikom czerwona jej wersja.  


    Podsumowując, „Monografia” jest niewątpliwie skarbnicą wiedzy o samym Grzegorzu Rosińskim, będącym jej głównym bohaterem, jak i klasycznych już dziś seriach komiksowych, którym ten artysta nadał oprawę graficzną. Księga zawiera wiele bardzo ciekawych i niekiedy zaskakujących informacji o życiu i twórczości polskiego rysownika. Bardzo zaciekawił mnie np. rozdział o emigracji z Polski, o okresie mieszkania u van Hamme'a, czy o tym, że wydawcy (czyli belgijskiej oficynie Le Lombard) nakłady poniesione na serię Thorgal zaczęły się zwracać dopiero w okolicach ósmego albumu! Także o tym, że epizody „Gwiezdnego dziecka” były pierwotnie wydawane w dodatkach SF do magazynu Tintin, a później dopiero „gotowy” materiał został zebrany w formę albumu. Zaskoczeniem była dla mnie także informacja o tym, że album „Władca gór” (15 odcinek serii Thorgal) był na zachodzie bardzo krytykowany przez recenzentów... Takich ciekawostek jest w Monografii znacznie więcej, najlepiej po prostu kupić i przeczytać, zdecydowanie polecam!


Autor: Patrick Gaumer, Piotr Rosiński
Seria wydawnicza: Artyści komiksu
Rysunki: Grzegorz Rosiński
Oprawa: twarda
Liczba stron: 400
Data wydania: 2015-10-07
Format w mm: 285x285
ISBN: 978-83-281-0268-2
EAN: 9788328102682
Tłumacz: Wojciech Birek



sobota, 23 maja 2015

    Dzisiaj wpis będący spontaniczną notatką, powstałą z potrzeby przełożenia "na papier" porcji przemyśleń, dotyczących pewnej realizowanej właśnie ekranizacji bardzo znanej francuskiej serii komiksowej. Nie chcę, żeby mój wpis był po prostu kolejną kopią innych doniesień na ten temat, a raczej pragnę tu przedstawić wspomniany wyżej zestaw własnych refleksji dotyczących omawianego niżej zagadnienia.

Valerian i Laurelina w ujęciu Jean-Claude'a Mezieres'a.

    Nie ulega wątpliwości, że komiksowa seria o przygodach nierozłącznej pary czasoprzestrzennych agentów, Valeriana i Laureliny, to jedna z najsłynniejszych frankofońskich sag komiksowych. Aż dziw bierze, że tak długo nikt nie podjął próby przeniesienia jej na wielki ekran. Co prawda kilka lat temu powstała seria animowana a'la anime, bazująca w jakimś stopniu na komiksowym pierwowzorze, jednak tą produkcję uważam za tak denną, że pozwolę sobie nie kontynuować tematu... Za aktualną ekranizację zabrał się natomiast sam Luc Besson, chyba najbardziej znany współczesny, francuski reżyser filmowy. W jego dorobku znajdują się m.in. tak słynne obrazy jak 'Nikita', 'Leon zawodowiec', 'Wielki błękit' czy zeszłoroczna produkcja ze Scarlet Johansson w roli głównej - 'Lucy'. Besson ma także doświadczenie przy tworzeniu filmów SF, czy, żeby być bardziej dokładnym, space opery. Mam tu oczywiście na myśli zrealizowany w 1997r. 'Piąty element', który stał się swego czasu wielkim przebojem i myślę, że śmiało rzec iż do dziś ma status dzieła kultowego. Osobiście po ekranizacji przygód Valeriana spodziewam się podobnej stylizacji i klimatu filmu tym bardziej, że obydwa tytuły mają ze sobą więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać...

'Piąty element' z Milą Jovovich i Brucem Willis'em stojącymi na 'parapecie'? Nie, chyba jednak nie :)
    Otóż, Besson przymierzał się do realizacji Piątego 'Elementu' już około 1991r. Nawiązał wtedy współpracę z rysownikiem serii o przygodach Valeriana i Laureliny, Jean-Claudem Mézières'em, który zaczął tworzyć szkice koncepcyjne na potrzeby planowanej produkcji filmowej. Kiedy jednak projekt Bessona utknął w martwym punkcie, a sam reżyser porzucił go na kilka lat, aby zająć się nowym filmem (którym okazał się być 'Leon Zawodowiec') Mézières powrócił do rysowania Valeriana. I tak światło dzienne ujrzał album 'Les cercles du pouvoir' (Kręgi mocy). W tym właśnie odcinku przygód pary kosmicznych podróżników, pojawiła się wizja futurystycznego miasta oraz postać niejakiego S'traksa, jeżdżącego powietrzną taksówką. Oba te elementy niezaprzeczalnie przywodzą na myśl to, co widzowie ujrzeli kilka lat później we wspomnianym filmie Bessona.

Luc Besson, zdjęcie w miarę aktualne o ile mi wiadomo.

    Ta nieco przydługa dygresja miała na celu pokazać, że Luc Besson nie jest osobą przypadkową, jeśli chodzi o adaptację przygód pary czasoprzestrzennych podróżników. Nie ukrywam jednak, że mimo pewnego podekscytowania, mam również sporo obaw co do tego projektu. Z jednej strony myślę, że Besson może dobrze 'czuć temat' i zrobić na prawdę dobrą adaptację. Z drugiej strony jednak, to co do tej pory ujawniono to przede wszystkim fakt, że adaptacja powstanie, po drugie 'reveal poster' o którym więcej za chwilę, oraz, a może przede wszystkim, przedstawiono parę aktorów, mających się wcielić w postaci głównych bohaterów filmowej adaptacji.

Cara Develinge - najbardziej 'laurelinowe' zdjęcie jakie udało mi się znaleźć w otchłaniach Internetu.

    No i właśnie, dokładnie ten punkt budzi aktualnie moje największe wątpliwości. Laurelina to w komiksach uosobienie uroczej, zaradnej, rudowłosej i filigranowej młodej kobiety. Natomiast aktorka która ma się w tą postać wcielić, Cara Develinge, ma w mojej ocenie zbyt agresywny wygląd. Nadaje się ona raczej do odtwarzania postaci jakiejś tajemniczej i zabójczej femme fatale, kobiety agresywnej, gwałtownej a nie uroczej, uśmiechniętej Laureliny... Z kolei komiksowy Valerian to facet z krwi i kości, inteligentny, może trochę zarozumiały, dosyć wysoki i nieźle zbudowany, można by powiedzieć "archetypowy bohater". Natomiast Dane DeHaan, aktor który ma zagrać tą postać, nie jest zupełnie podobny do bohatera komiksu (zarówno jeśli chodzi o fizjonomię jak i posturę). Dodatkowo wygląda po prostu jak jakiś wymoczek, przysłowiowy "leszcz barowy". Być może aktorem jako takim jest dobrym, natomiast w roli kosmicznego agenta ja osobiście zupełnie go nie widzę... Oczywiście, że na potrzeby filmu aktorzy zostaną do pewnego stopnia wystylizowani. Dziewczyna będzie miała zafarbowane na rudo włosy, oboje zostaną ubrani w skafandry kosmiczne a jednak wciąż jestem bardzo sceptycznie nastawiony do wybranych przez reżysera odtwórców głównych ról...

Dane DeHaan - ten aktor wygląda jak chłopak z liceum - za młodo do roli filmowego Valeriana.

    Jakoś nie widzę też tych dwojga jako sprawnie współpracującego, nierozłącznego duetu agentów czasoprzestrzennych. Oby nie było klapy, lecz cóż - nie mam na to wpływu, pozostaje mi czekać cierpliwie na nowe szczegóły dotyczące projektu. Mogę jednak spekulować, kto według mnie lepiej sprawdziłby się jako filmowi bohaterowie. Cóż, szczerze powiedziawszy, nie mam jakichś szczególnych preferencji jeśli chodzi o postać głównego bohatera, poza uwagami wiążącymi się z tym, co napisałem nieco wyżej: że powinien to być facet, który będzie wyglądał bardziej zawadiacko i męsko niż Dane DeHaan. Natomiast mam kilka osobistych typów co do możliwych odtwórczyń roli Laureliny, aktorek o zdecydowanie delikatniejszej i bardziej pasującej do tej postaci urodzie. I tak mogły by to być: Jacqueline Emersen czy Rachel Hurd-Wood a idealną Laureliną byłaby w mojej ocenie Rose Leslie wystylizowana tak jak na zdjęciu poniżej!

Jacqueline Emmersen.

Rachel Hurd-Wood.
Last but definitely not least - Rose Leslie!!!!

    Jeśli chodzi o scenariusz, to wybór albumu 'L'Empire des mille planètes(Cesarstwo tysiąca planet) jako bazy scenariuszowej, w mojej ocenie wydaje się być trafiony (zastanawia mnie jedynie dlaczego Besson chce to przełożyć na "Miasto tysiąca planet"?). Mamy tu bowiem dosyć rozbudowany, szybko rozwijający się scenariusz, z wartką akcją i kilkoma niespodziewanymi jej zwrotami. Jednym z głównych, jest epizod w postaci zakupu na Syrcie przez Laurelinę starego ziemskiego zegarka, który to gadżet staje się głównym czynnikiem, popychających bohaterów w olbrzymie kłopoty! Nie chcę jednak umieszczać tu spojlerów, natomiast gorąco polecam zapoznanie się z samym komiksem. Do tego mamy tam wątek walki o wolność i obalania tyranii, tajemniczej sekty długowiecznych Wiedzących, mających główną bazę na asteroidzie Slomp i, rzecz jasna, wątek skoków w czasie i przestrzeni, choć nie są one w tym odcinku osią całej fabuły.

Okładka jednego z francuskich wydań 'Cesarstwa tysiąca planet'.

    I jeszcze kilka słów odnośnie ujawnionego posteru do filmu. Właściwie nie pokazuje on zbyt wiele, stanowi w mojej ocenie rodzaj teaser'a, co jednak nie znaczy, że jest zupełnie nieciekawy. Otóż, jeśli przyjrzymy się dokładnie przerwom w literach to okaże się, że jest to "smuga kondensacyjna" po przelocie statku czasoprzestrzennego Valeriana, który jako niewielki obiekt jest widoczny z prawej strony napisu. Powiększenie tego obszaru pozwala stwierdzić, że prawdopodobnie twórcy nie będą kombinować z "ulepszaniem" wyglądu pojazdu naszych bohaterów i będzie on wyglądał niemal identycznie jak w oryginale, czyli na kartach komiksów. Kwestią niewiadomą pozostaje też aktualnie jakiekolwiek zaangażowanie autorów serii (Pierre'a Christine'a i J-C.Mezieres'a) w produkcję filmową (co w mojej ocenie zwiększyłoby prawdopodobieństwo zbieżności adaptacji z oryginałem) lecz myślę, że za jakiś czas dowiemy się także i tego.

Fragment ujawnionego plakatu powstającej ekranizacji z przelatującym statkiem Valeriana - to ten mały obiekcik z prawej strony napisu.

A tutaj jeszcze ojcowie przygód Valeriana i Laureliny. Od lewej scenarzysta - Pierre Christin i rysownik Jean-Claude Mezieres.