wtorek, 28 września 2021

Serial Fundacja - dlaczego jestem na (wielkie) NIE

"Fundacja" to jeden z najbardziej znanych cykli SF w historii, klasyka i kanon gatunku. Opowieść o upadku Imperium Galaktycznego przewidzianym przez genailnego matematyka, Hariego Seldona, i wymyśloną przez niego psyhohistorię - dziedzinę analizy matematycznej potrafiącą, na podstawie statystyki, przewidzieć co się będzie działo z wielkimi skupiskami ludzkimi, ekstrapolować kierunki rozwoju wydarzeń na wiele lat do przodu. Jest to też historia niejakiego R. Daneela Olivawa, tajemniczej postaci pojawiającej się wiele razy w dziejach ludzkości pod różnymi imionami, jednak zawsze wpływającej znacząco na przebiego wydarzeń historycznych. Są tam też i inni wielcy bohaterowia, jak np. Hober Mallow, Salvor Hardin, Golan Trevize czy człowiek zwany Mułem (i doprawdy jeszcze wielu, wielu innych). Wszyscy walczący na swój sposób z chaosem rozpadającego się Imperium Galaktycznego, czasem w dobrej a czasem złej wierze. Zdecydowanie jest to seria powieści która jest sztandarowym wręcz przykładem zaprzeczającym opinii, że Science Fiction to tylko awanturnicze przygody w kosmosie. Seria "Fundacja" to cykl, którego tytuł jednym tchem wymieniana się obok cyklu "Diuna" Franka Herberta, czy (znacznie nowszego co prawda od tychże tytułów) cyklu "Wspomnienie o przeszłości Ziemi" Cixina Liu. Osobiście kilkukrotnie już zdarzyło mi się czytać sam cykl o Fundacji, jak również jej cykle poboczne. Mówię tutaj o prequelach opisujących preludium Fundacji, serii "Imperium Galaktyczne" czy cyklu "Roboty".

Dlatego więc z wielką niecierpliwością i zaciekawieniem oczekiwałem premiery z dawna zapowiadanej, telewizyjnej ekranizacji Fundacji w postaci serialu, którego pierwsze epizody miały ostatecznie premierę 24.09.2021. Co prawda w Polsce serial nie jest jeszcze oficjalnie dostępny, ale w XXIw., używając VPN'a i wykupując dostęp do Apple TV+ jako IP z terenu USA już w kilka dni po upublicznieniu miałem możność zasiąść przed ekranem komputera delektując się z dawna wyczekiwana rozrywką...

Widza wita już na wstęie bardzo ładna plastycznie czołówka serialu. Ta na prawdę warta jest nakreślenia kilku słów dedykowanych wyłącznie temu wątkowi. Jej "tematem przewodnim" są punkty, które łączą się w różne wzory, przekształcając chaos w porządek, jakby samorzutnie wyszukując prawidłowości pośród chaosu, tworząc realne, namacalne wręcz kształty. I ma to jak najbardziej sens. Takim "łączeniem kropek" na poziomie analizy statystycznej danych jest przecież bowiem grające w całej opowieści "pierwsze skrzypce" Psychohistoria. Akcja serialu rozpoczyna się na planecie Synnax, gdzie poznajemy młodą, ciemnoskórą Gaal. W pierwszej chwili nie skojarzyłem tej postaci, kiedy jednak wraz z imieniem pojawiło się i nazwisko "Dornick" od razu przypomniałem sobie, że Gaal Dornick był: a) mężczyzną b) jednym z najbliższych współpracowników Seldona c) szefem pierwszej Fundacji. I tu już pojawił się pierwszy, ale jak się wkrótce okazało nie ostani "zgrzyt". No bo jak to: według autorów serialu, parafrazując pewien słynny cytat z filmu "Seksmisja": "Gaal Dornick była kobietą"?...

... "A może R.Daneel też?" Wkrótce Gaal, wraz z innymi podróżnikami, dociera do Trantora, siedziby Imperium Galaktycznego, poznaje Rajcha (przybranego syna Seldona) a także samego Hariego. A my, razem z Gaal, poznajemy też i Trantor, jego liczne podziemne poziomy, ich specyfikę, funkcjonowanie społeczeństwa trantorskiego i wreszcie władze zwierzchnie planety i całego Imperium Galaktecznego - Cleonów... No właśnie, z żadnej powieści nie przypominam sobie, aby imperatorowie trantorscy byli klonowani a w dodatku, żeby jednocześnie panowało aż trzech z nich w różnym wieku biologicznym: chłopiec, dojrzały mężczyzna i starzec. Jeszcze nie skończyłem się nad tym zastanawiać, wciąż brnąc przez pierwszy epizod serii, kiedy trzej imperatorzy zakrzyknęli jednogłośnie na ekranie: "Demerzel" wiatając wchodzącą do komnaty postać wieloletniego zaufanego doradcy. I znów: "zgrzyt" - i to jaki. Otóż jek wiemy z powieści tym doradcą, ukrywającym się pod fałszywym nazwiskiem Eto Demerzela był nie kto inny jak postać bodaj nawet ważniejsza dla całej sagi o Fundacji od samego Seldona - R. Daneel Olivaw. A dokładniej, Robot Daneel - android o wyglądzie mężczyzny (nie kobiety jak w serialu), przez wieki, potejemnie służacy dobru ludzkości - do której to pracy obligowały go przede wszystkim "wdrukowane" w jego obwody słynne fikcyjne prawa robotyki Asimova. Szczególnie zaś prawo zerowe: "Robot nie może skrzywdzić ludzkości, lub poprzez zaniechanie działania doprowadzić do uszczerbku dla ludzkości.". Mało tego, nie dość, że kluczowa postać została przeinaczona jeśli chodzi o jej płeć, to jeszcze w pewnym momencie R.Daneel jak gdyby nigdy nic ujawnia swoją - skrywaną przecież teoretcznie przez wieki - prawdziwą, robotyczną naturę najmłodszemu z Cleonów, który widzi Demerzel, reperujacą ranę odniesioną w walce... Tu, używając sformułowania z jednego z dialogów w Wiedźminie 2: "przegięła się pała goryczy".

Dalej nie miałem już zupełnie chęci nadal oglądać tego serialu. Przeskakiwałem tylko kolejne sceny z pierwszego a później również i drugiego epizodu na podglądzie, zatrzymując się na chwilę na tej, czy innej sekwencji aby za każdym razem nieuchronnie upewniając się, że nie pomyliłem się w ocenie tego, co zobaczyłem wcześniej w tej ekranizacji... Podsumowując to całościowo, krótko i zwięźle: wygląda to jakby ktoś materiał źródłowy (w postaci serii powieści) porozrywał na elementy składowe i poskładał je, wedle swojego uznania, w nową całość, przy okazji dolewając dziegciu poprawności politycznej i kilku innych irytujących elementów w postaci zmian i przeinaczeń. Ten serial przypomina patchwork który z oryginałem, czy jego chronologią i sensem wydarzeń ma tyle wspólnego co "Tata dilera" ze słynnej piosenki Kazika Staszewskiego z drogimi samochodami "czyli nic", albo prawie nic. W tym punkcie dodam, że celowo nie skupiałem się w tym tekście stricte na fabule, bo nawet mnie, osobie która chyba dość dobrze zna zarys i chronologię wydarzeń tej sagi, ciężko się było połapać w którym momencie na osi czasu i dlaczego pewne elementu są tu przedstawione razem a inne oddzielnie - jednym słowem, mamy tu totalny miszmasz fabularny...

"In plus" dla serialu można zaliczyć to, o czym pośrednio wspominałem już wcześniej, tj. projekty graficzne miejsc, pojazdów czy wszystkich innych artefaktów. To na prawdę robi dobre wrażenie. Gdybym na przykład miał sobie wyobrazić wspaniałą siedzibę Imperium, monumentalnego Trantora, wyglądałby on właśnie tak jak w serialu. Uważam też, że i dobór aktorów do obsadzenia głównych ról był w znacznej mierze trafiony. Mam tu na myśli przede wszystkim postać Hariego Seldona, do której Jarred Harris pasuje, w mojej ocenie, wręcz wyśmienicie. Podobnie Lee Pace jako imperator Cleon wygląda na "odpowiednią osobę na odpowiednim miejscu". Jednak jeśli chodzi o inne postaci, to Laura Birm, pomimo dobrej gry aktorskiej, po prostu nie pasuje do tej opowieści - bo Demerzel był w oryginale, jak to zostało powiedziane już wcześniej, mężczyzną. Podobnie ma się sprawa z postacią Gaal'a Dornicka i jego żeńską odwórczynią: Lou Llobell.

Tak więc, podsumowując, ogólnie, jestem na nie i nie zamierzam oglądać kolejnych epizodów tego serialu. Szkoda, że materiał źródłowy będący przecież klasyką SF został tak przeinaczony. Kto jeszcze nie oglądał, niech lepiej przeczyta książki. Kto czytał książki, niech lepiej nie ogląda serialu. Być może jeśli ktoś nie zna oryginału, to ta historia może go zainteresować, być może nawet jemu/jej się spodoba, szczególnie warstwa wizualna, jak pisałem nieco wcześniej jest dosyć intrygująca. Jednak dla tych, którzy znają oryginał, rekomendacja jest wg. mnie tylko jedna: omijać szerokim łukiem.

środa, 22 września 2021

Korriganie - wydanie zbiorcze

O serii Korriganie pisałem już kiedyś, mniej więcej piętnaście lat temu. Było to przy okazji skromnego artykułu o jednym z jej autorów, Emanuelleu Civiello (https://www.kzet.pl/2006_01/z_civiello.htm). Seria była wtedy w trakcie powstawania, a dokładnie liczyła tylko dwa tomy (trzeci był podówczas rysowany przez Civiello). A w bieżącym roku, za sprawą Studia Lain, także każdy inni polscy czytelnicy mają w końcu szansę zapoznać się z tą serią. Przyznam, że również i ja, wiedziony pewną taką "sentymentalną tęsknotą" niezwłocznie sięgnąłem po tę produkcję tuż po jej pojawieniu się na rynku wydawniczym. Czytałem bowiem całą serię ale doprawdy dawno, bo ponad dziesięć lat temu, w jęz. francuskim. I przyznam wprost, że jakoś tak kiedyś ta historia podobała mi się znacznie bardziej niż dziś...

Opowieść rozpoczyna się pewnego posępnego, deszczowego popołudnia, niedługo przed zmierzchem, kiedy zagubiony wóz jedzie skrajem klifu, w Irlandii, niedaleko Ulster. Jest rok 1100 i pierwszy listopada. Podróżująca wozem rodzina (dziadek, dwoje rodziców oraz ich 6-cio czy 7-mio letnia córka, Luaine) niespodziewanie trafia na zasadzkę zastawioną przez uzbrojone potworki ze świata wierzeń i magii, które dostały się za sprawą otwartego przez ich magów portalu do świata ludzi, aby uporwadzić kilku przedstawicieli tegoż gatunku z niejasnego, przynajmniej na początku, powodu. Wóz spada w przepaść strącony ze szklaku zepchniętym przez atakujące stwory głazem. Niemal natychmiast życie traci ojciec dziewczynki, a jej dziadek i matka zostają porwani i przez bramę między wymiarami i przeniesieni do świata magii. Samej Luaine udaje się uratować, dzięki nieoczekiwanej pomocy dwóch leciwych Korriganów Eolasa i Emerem, którzy jak się okazuje także akurat trafili do świata ludzi i ukryli się wraz z dziewczynką w zaroślach, ratując ją w tenże sposób. Wkrótce cała trójka podąża śladem porywaczy i ich ofiar do drugiego świata i tak zaczyna się wyprawa, w wyniku której finalnie zostanie pokonane wielkie zło w postaci demonicznego Balora uciskającego tytułowych Korriganów.

Podsumowując tę część sama opowieść jest może nawet ciekawa, ale nie nazwałbym jej "porywającą". Jest też dosyć sztampowa - nieoczekiwane przejście do krainy magii, walka uciśnionych z tyranem o wyzwolenie ojczystej krainy, czy wreszcie zebranie (w tej opowieści dość kuriozalnej) drużyny bohaterów z przypadku. Historia posiada też pewne dziwne i nieco rażące braki scenariuszowe - tak na przykład bohaterowie (Emer, Eolas i Luaine) wyruszają na "wielką wyprawę" praktycznie bez przygotowania, a nawet bez plecaków, tuż po dyskusji z władczynią Korriganów...Pojawiają się tu też pewne absurdy, jak na przykład to, że bohaterowie trafiają do siedziby wróżki-czarodziejki którą dosyć banalnie, z pomocą ostrego sztyletu i podłego szantażu, że ujawnią jej dawny romans z tyranem antagonistą Balorem, dosyć gładko i szybko nakłaniają do oddania bezcennego eliksiru niewidzialonści... Mało tego, ona (wróżka) akurat ma go pod ręką, nigdzie się nie zawieruszył i nie trzeba było go szukać... Poza tym wszystkim zaszantażowana wróżka-czarodziejka jakby nic, tylko trochę odgrażając się bohaterom, pozwala im odejść i ruszyć w dalsza drogę, bez żadnych negatywnych dla nich konsekwencji.

Dosyć wyraźne są również w tej opowieści zapożyczenia scenariuszowe z Władcy Pierścieni: ucieczka przed jeźdźcem na szkieletowym koniu tuż na początku wyprawy (wygląda to prawie jak ucieczka Hobbitów i pierwsze spotkanie z Nazgulem). Podobnie scena w której Królowa Korriganów prowadzi poddanych do kopalni, aby się tam skryć a wrogi czarownik przywołuje pradawnego potwora z otchłani. Jest to według mnie, być może nie zamierzona, kalka przeprawy Drużyny Pierścienia przez Morię, podziemne miasto Krasnoludów i walki z bestią, Balrogiem. Moje zastrzeżenia budzi też kreacja postaci przez scenarzystę. Oto na przykład główna bohaterka, Luaine, około 7-letnia dziewczynka, która staje się świadkiem śmierci swego ojca stratowenego pod kołami wozu oraz porwania swojej matki i dziadka jak gdyby nic, tzn. bez większych emocji, wkracza do obcego, magicznego świata i wyrusza na heroiczną wyprawę u boku dwóch statryczałych nieco Korriganów. Mało tego, jest zaskakująco (i nagle) niezwykle rezolutna, potrafi analizować i strategicznie planować kolejne posunięcia. Nawet jeśli w ten sposób manifestują się jakoś jej "geny czarownicy" które jak dowiadujemy się później dziewczynka posiada, to jej postać, zachowanie, są jakieś takie mało wiarygodne i przekonujące. Także jej wspomniani już, podstarali towarzyszy Korriganie, Eolas i Emer są dość średnim materiałem na bohaterów. Brak im przymiotów wojowników, charyzmy, sprytu czy innych specjalnych pomocnych w rozprawie z panem ciemności przymoiotów. Ot, dwóch korrigańskich dziadków z dobrymi chęciami ale bez specjalnych umiejętności wyrusza wraz z małą dziewczynką aby stawić czoło wszechmogącemu złu.

Także sama ich wyprawa, tj. jej przebieg, nie jest sczególnie porywający. Po prostu brną mozolnie do celu spotykając a to wpossmnianą już czarodziejkę, którą szantażują, a to jej wojowniczą córkę - będącej owocem wspomnianego już mezaliansu z Panem Zła. A to znów trójka bohaterów jest goniona przez wysłanników złego (tych na kościanych wierzchowcach) a to płyną razem z piratami przez morze do potencjalnych sojuszników - ludu Danannów z planem błagania o pomoc. Wszystko to bez jakichś szczególnych "plot twist'ów" fałszywych sojuszników ale z jedną dziwną zdradą - matki Luaine, która postanawia poswiecić jej życie dla Balora, w którym jakoby się zakochała (a przynajmniej tak sugerowała)... I tak, aż do finalnej walki z Wielkim Złym, oswobodzenia ludku poczciwych Korriganów i powrotu Luaine z matką (jednak nie była taka zła) i dziadkiem, do realnego świata, to jest Irlandii. Poddsumowując całą tę opowieść przeczytałem szybko i bez większych emocji, przejeżdżając przez nią jak przez przysłowiowe masło. A to dlatego, że jak (mam nadzieję) wykazałem w poprzednich akapitach, dużo, aż za dużo, w tej opowieści pulpy, kliszy i sztampy. Ogólnie nie jest to wszystko złe i da się czytać jednak z nie dającym się uciszyć uczuciem czającym się cały czas gdzieś z tyłu głowy: "ja już ten czy tamtem element gdzieś widziałem - i to nawet wielokrotnie"...

Przechodząc jednak od wątku fabulartnego do warstwy wizualnej, to komiks ten, szczególnie na początku, czyta się dosyć wolno. Civiello ma bowiem specyficzny talent do tworzenia kadrów, które często trzeba analizować pod kątem tego, co przedstawiają. Jego styl graficzny wprowadza też w pewnym sensie "szarpaną narrację" - na sąsiednich stronach zdarza się np. przeskok miejsca w którym rozgrywa się akcja ale czytelnik dopiero po chwili orientuje się, że to już jest inny wątek niż ten sprzed chwili... Trzeba przyznać, że artysta ten doprawdy wspaniale potrafi budować nastrój w swoich rysunkach, jednak nie zawsze. Styl Civiello oscyluje, niestety, (i to nawet na sąsiadujęcych ze sobą kadrach) pomiędzy mistrzostwem a tandetą. Z jednej strony mamy niesamowicie nastrojowe planery, prezentujace się niemal jak landszafty które mogłyby wisieć w muzeum, a zaraz koło nich pojawiają się rysunki (kadry) niestaranne, wręcz niechlujne. Civiello ma też dziwny problem z rysownaniem postaci. Czasami ta sama persona na jednej stronie może wyglądać ciekawie, rysunek jest dopracowny, szczegółowy, a za chwilę, w kolejnych kadrach, dana postać może wyglądać jak karykatura samej siebie. Więcej nawet - niekiedy ciężko stwierdzić, że to ta sama bohaterka (lub bohater) nawet na sąsiednich kadrach...

Na kilka słów zasługuje jeszcze jakość techniczna albumu i tutaj mam jedynie słowa uznania dla wydawnictwa Lain (i drukarni). Twarda oprawa, dobrej jakości nadzwyczaj gruby, kredowy papier, dobre odwzorowanie kolorów. A pondato "bajer" w postaci częsciowego lakierowania okładki (widoczny na zdjęciu powyżej) robią na prawdę dobre wrażenie, trzymania w ręku ekskluzywnego artefaktu. Pytanie tylko, czy ta konkretna opowieść na to "zasłuyżyła"? Zabrakło mi też trochę w tym wydaniu okładek do poszczególnych tomów wewnątrz albumu. Zamiast nich są tylko jakieś małe obrazki, fragmenty kadrów na białych stronicach co wygląda nieco kuriozalnie. Ale być może to nie wina Lain, tylko tak zostało przygotowane pierwotne, tj. zapewne francuskie, wydanie zbiorcze, na którym bazowali? Trudno to stwierdzić. Choć z drugiej strony, kontynuując jeszcze temat okładek do kolejnych tomów, to i tak nie był one jakieś specjalne. Tak na prawdę im dalej (kolejne tomy) tym było gorzej, tj. bardziej kiczowato.

Podsumowując: niewątpliwi autrom udało się w jakimś stopniu zbudować ciekawy klimat opowieśći - mroczny i magiczny świat celtyckich wierzeń i legend ALE... Pojawiają się tu w dosyć sporej ilości mankamenty i to zarówno w warstwie merytorycznej jak i graficznej co czyni z kwadrologii o Korriganach, w mojej prywatnej ocenie rzecz jasna, raczej "przeciętniaka" niż dzieło wybitne. Generalnie jeśli ktoś nie zna twórczości duetu Mosdi/Civiello i dodatkowo lubi klimaty dark fantasy lub celtycką magię, możliwe że dobrze będzie się bawił przy tej lekturze. Osobiście mam też nadzieję, że wydawnictwo Lain pójdzie za ciosem i być może w tym lub przyszłym roku wyda autorską serię Emanuela Civiello, która mnie osobiście bardziej przypadła do gustu. Mowa tu o "Ziarnie szaleństwa". Czy tak się stanie? Cóż, czas pokaże.

środa, 5 maja 2021

Killzone Shadow Fall - dzisiaj kilka moich prywatnych refleksji o tym, dlaczego jest to jedna z ważniejszych gier ostatniej dekady, szczególnie dla marki Playstation.

- To miało być demo technologiczne na start generacji (PS4) - i było! Pamiętam premierę PS4 pod koniec 2013r., trudności z jej dostępnością i zakup troche "spod lady" w Media Markcie. Polegało to na tym, że konsoli nie było na skleppowej półce, ale jak ktoś spytał miłego pana (lub panią) z obsługi sklepu, to okazywało się, że pojedyńcze sztukie są jednak dostępne i leżą sobie grzecznie, gdzieś tam, na magazynie, dostęne do zakupu. Były wtedy cztery zestawy startowe każdy z konsolą i inną grą. Dostępnymi tytułami były: Knack, Assassin's Creed Black Flag, Battlefield 4 i właśnie Killzone Shadow Fall. Dla mnie wybór był oczywisty - futurystyczny Killzone.

- Pamiętam swój zachwyt co do skoku technologicznego, względem jakości gier na PS3 który było widać i na materiałach promocyjnych jak i w samej grze, działajacej już na PS4. Nawet dziś ta gra nadal (moim zdaniem rzecz jasna) wygląda nieźle, mimo upływu prawie ośmiu (!) lat od premiery. A przede wszystkim, tytuł pokazał siłę i potencjał silnika Decima (autorskiego rozwiązania studia Guerilla, wtedy jeszcze zwanego po prostu "silnikiem") - Kolory, efekty świetlne i cząsteczkowe, nadal robią dobre wrażenie, jak również zakres renderowania (te wielkie przestrzenie).

- Tytuł przygotował też podwaliny pod Horizon zero Dawn (HZD) i dalszy rozwój Decimy jak i samego studia Guerilla games, które dziś uznawane jest za jedną z najważniejszych w porfolio studiów developerskich Sony. Hermen Hulst - główny manager w Guerilli, został przecież nie bez powodu - szefem wszystkich develperskich studiów wewnętrznych Sony.

- Później, rozwinięty silnik Decima, zaczerpnięty z Killzone'a, rozwinięty na HZD, został też użyty w innej wybitnej grze 'Death Stranding' Hideo Kojimy

- Wracając do samego Killzona, to każdy kolejny level/rozdział to zupełnie inne środowisko: ucieczka głównego bohatera wraz z ojcem po balkonach wieżowców w deszczu, posterunki w lesie w cieniu gargantuicznego, monumentalnego pomnika, lot nad Vektą, Walka w wieżowcu, stacja kosmiczna, stan nieważkości, swobodne spadanie na powierzchnię planety - a to tylko kilka przykładów.

- Kotyntnujac wątek 'dema technologicznego' tytuł używał też wszystkich możliwych funkcji kontrolera PS4 - Dual Shock'a, a więc: wibracji (choć znanych już z kontrolera do PS3) ale także wbudowanego głośniczka (odsłuchowanie znajdowanych w grze aduio logów) czy w końcu, użycie panelu dotykowego (który stanowił nowinkę w chwili premiery PS4).

- Projekty techniczne - w tym aspekcie Guerilla zawsze błyszczała - i to później miało swoje rozwiniecie w Horizone Zero dawn (modele broni, a także, a może przede wszystkim, projekty mechanicznych bestii)

- Warto też wspomnieć, że to właście z serii Killzone (choć nie pamiętam już, czy z samego Shadow Fall, czy którejś z wcześniejszych odsłon) zapożyczono warstwowe pancerze i możliwość odstrzeliwania poszczególnych jego części (jest to kolejny element który później został użyty i znacznie rozwinięty w HZD).

- Nawet dziś modele i animacje postaci w Shadow Fall nadal wyglądają zadziwiająco dobrze i naturalnie.

- Mechanika walki - miejscami jest uciążliwa, ale jednak dopracowana, pomysłowa, Guerilla jest z tego przecież znana - Owszem, możne się przyczepić, że fabuła to klisza, że nie jest porywajaca ale nie jest też zła. Trzeba też pamietać, że Shadow Fall, to przede wszystkim tytuł sieciowy i dopiero tutaj błyszczy. Warto pamięrać, że jest to (również dziś) jedna z nielicznych dedykowanych strzelanek sieciowych na platformy Sony.

Podsumowując, ciężko powiedzieć, czy Gurilla games wróci jeszcze kiedykolwiek do tematyki strzlanek a'la seria Killzone. Być może nie, poniważ ten typ gier w ich wykonaniu wydaje się być "zmęczonym materiałem" w tym sensie, że zespół zbyt wiele lat poświęcił podobnym tematom i chciałby się zająć innymi tematammi - vide ryzykowny "skok na głęboką wodę" jakim było stworzenie gry z otwartym światem w postaci HZD. Nie zmienia to faktu, że w mojej ocenie opisywany tu Killzone Shadow Fall pozostanie na zawsze jednym z historycznych kamieni milowych dla Sony i platformy Playstation. Mimo, że jest to technologiczny diament z pewnymi skazami, nadal pozostaje produkcją ważną dla historii zarówno Guerilla Games jak i rodziny studiów developerskich Sony (SIE).

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

CP77 - Z nieba do piekła i...z powrotem?

Chyba jednak nie...A przynajmniej ciężko, bardzo ciężko, będzie to osiągnąć CD Projektowi (CDPR). Minęło już dziewięć miesięcy od premiery gry (piszę te słowa we wrześniu 2021r.). CDPR wciąż naprawia ten tytuł i wygląda, że będzie to robił przez jeszcze wiele miesięcy. Na PS4 i XO gra jest nadal średnio grywalna i w moim przekonaniu nigdy nie będzie na prawdę dobrze działać na tych, leciwych już przecież, platformach. Z zapowiadanego planu rozwoju Cyberpunka 2077 na ten rok dostaliśmy dopiero niedawno (sierpień?) pierwszą porcję bezpłatnych DLC. I to mówiąc kolokwialnie "takich o", które na pewno (przynajmniej w moim przypadku) nie przyciągną do ekranu po raz kolejny graczy którzy, jak to było w przypadku DLC wydawanych po premierze Wiedźmina 3, mogliby powrócić. Next-gen'owa wersja, zapowiadana pierwotnie na jesień 2021, jest wciąż bardzo niepewna. Wydaje mi się, że jeden z tytułów (prawdopodobnie Wiedźmin 3 wersja na next-geny) zostanie wprowadzona do sprzedaży przed końcem roku, CP77 pewnie znów będzie musiało zaczekać...

Spółka CDPR od grudnia 2019 i premiery CP77 potężnia zszargała swoją reputację. Wielki zawód premierą Cyberpunka przeżyli zarówno gracze (no może ci z mocnymi PC-tami trochę mniej) jak i inwestorzy. W krytycznym momencie notowania spółki na giełdzie spadły o około 65% od szczytu (który miał miejsce dzień przed premierą gty - 18.12.2020) - od około 430zł aż do poziomu 150zł (w okolicach 01.06.2021). Ludzie z poza firmy, nieświadomi przecież faktycznego stanu rzeczy, ukrywanego skrzęrtnie przez CD Projekt inwestowali znaczne kwoty, w nadzieji niemal pewnego i dużego zysku. CP77 miał byc przecież natychmiastowym hitem, większym nawet niż Wiedźmin 3... A tymczasem, na przeci złej koniunkturze, na wiosnę 2021 w CDPR, mimo medialnego "szamba" które eksplodowało, niezadowolenia graczy inwestorów i mediów wypłacono sowite premie za projekt - osoby na stanowiskach menagerskich zainkasowały nawet po kilkaset tysięcy złotych... Nawet pomimo tego, żę w krótkim czasie od premiery CP77 pojawiły się pozwy grup inwestorów (co najmniej kilka) o których aktualnie jest w mediach ale na pewno procesy sądowe już się toczą... O usunięciu produkcji z PS Store, które to wydarzenie również odbiło się szerokim echem w branży, pozwaolę sobie zaledwie wspomnieć...

Tak wyglądał "krajobraz po bitwie", niesmak po premierze Cyberpunka 2077 pozostał do dziś. Czy na prawdę nie można było tego rozegrać inaczej? Gdyby tylko włodarze studia nie gadali głupot "bierzemy tę decyzję na siebie" - chodzi o datę premiery, nieprzekładanie jej i opublikowanie proukcji na wszystkich platformach na raz. Można przecież było wypuścić tylko wersję na PC i uderzyć się w pierś "gra jest za duża i zbyt wymagajaca, by dobrze działać na starych, leciwych już platformach jak PS4 i XO". Jasne, że gracze byliby troche sfrustrowani, ale na pewno nie tak jak zawodem spowodowanym premierą niedopracowanej, fatalnie zabugowanej i źle zoptymalizowanej gry. Bo, jak wiemy dzisiaj, nawet na PC gra potrzebowała więcej czasu, może nawet i rok (a przynajmniej kilka miesięcy) procesu produkcyjnego, szlifowania, optymalizacji. Przez fatalną premierę CP77 w całej branży gier video obserwuje się coś, co osobiście nazywam właśnie "efektem Cyberpunka". Widzimy bowiem opóźnienia kolejnych premier niemal przez cały aktualny (tj. 2021) rok. Inni developerzy wolą teraz w wielu przypadkach "dmuchać na zimne", przekładać debiuty swoich produkcji, niż narazić się na sytuację, jaką wygenerowała (sama sobie) spółka CDPR. Rzecz jasna są też inne aspekty wpływające na opóźnienia, jak choćby praca zdalna wymuszona przez epidemie Covid, jednak premiera CP77 odcisnęła tu (na opóźnieniach innych debiutów w branży) znaczące piętno.

A szkoda, nawet wielka - bo ogólnie jest to produkcja dobra, nawet wybitna, czy wręcz przełomowa w niektórych aspektach i nie zasłużyła na to co ją (i nas graczy oraz inwestorów) spotkało. Mimo narzekań, dyskusji i sporów wokół tego tytułu (które za pewne będą trwały latami) nie sposób CP77 odmówić kilku rzeczy. Taka gra zdarza się raz na kilka lat, moze nawet raz czy dwa w ciągu dekady. Jest to tytuł wybitny, zwracający uwagę fabułą, reżyserią, stylem graficznym, rozmachem. Od pierwszej chwili rzeczony klimat wylewa się z ekranu. Kluby wyglądają, jakby zostały ręcznie zaprojektowane, każdy z nich ma swój odrębny, unikalny klimat. Od początku w oczy rzuca się też kolorystyka: żywa, wręcz neonowa która kreuje też pewien uniklany, wysublimowany styl graficzny tej produkcji. I te technikalia: system do układania się tekstur - ubrania nie przenikają się na postaci, nie łamią. Nie sposób też chociaż nie nadmienić użycia frameworka Jalli i lip-sync'u - tak naturalnej, generowanej proceduralnie mimiki czy nawet mikroekspresji twarzy bohaterów nie widziałem wcześniej nigdy i nigdzie. Miasto też potrafi wyglądać wspaniale szczególnie nocą i w deszczu, oświetlone światłami neonów. Rzecz jasna, można to zobaczyć aktualnie tylko na PC, next-genowa wersja konsolowa o której wspominałem wcześniej i dla której nomen-omen premierowo zakupiłem PS5, nadal nie ujrzała śiatła dziennego do dziś (wrzesień 2021r).

Ludzie z CDPR są też świetnymi opowiadaczami historii (ang. master storry tellers) i narratorami (soczyste, dosadne, żywe dialogi). Tak więc mimo problemów na polu stricte technicznym, niezmiennie siłą, czy nawet potęgę tej gry, pozostaje fabuła. I mowa tu nie tylko o wątku głównym, ale także zadaniach pobocznych, które bywają na prawdę interesujące i często skłaniają nawet do filozoficznych przemyśleń i zaskakują swą głębią, np. w postaci odwołań do dzieł literackich, systemów filozoficznych itd. Poza tym postaci - na prawdę mają tożsamości, osobowości, zapadają w pamięć. Czy to sztuczna inteligencja Delamaina, samurajski honor i upór Takemury, sarkazm (ale i urok) Judy Alvarez, uroda i inteligencja Panam Palmer. To zespołowi developerskiemu na prawdę wyszło. I jescze kwestia muzyki, nad którą też autorzy bardzo się pochylili, dopracowując tę kwestię doprawdy wybornie. Zaczynałem grę jako street kid, więc akcja rozpoczęła się w klubie Valentinos i to było jak eksplozja klimatu, którą muzyka tylko potęgowała. To się czuje, że nie są to przypadkowe utwory, ale że ktoś je pieczołowicie selekcjonował i dobierał, żeby pasowały do lokacji, sytuacji itd.

Jednakże, nawet jeśli gra byłaby faktycznie wypolerowana na odpowiednim poziomie to i tak ostateczny produkt nie jest tym czego ocsobiście oczekiwałem - w skrócie: za mało 'cyber', za bardzo 'punk'. Dochodzę do wniosku, że wizja miasta jest dla mnie za mało futurystyczna. Trochę za dużo tu retro-futuryzmu a za mało nowoczesności. Miasto jest piękne ale jednak jazda naziemnymi pojazdami po asfaltowych ulicach, to nie jest do konca to na co liczyłem... To wszystko za bardzo, w mojej ocenie, przypomina jednak, jak pisało wielu recenzentów: "futurystyczne GTA". Również średnio podobała mi się mechanika walki w CP77, to wszystko było za mało strategiczne a za bardzo strzelankowe. Kolejna kwestia to znbanalizowanie hackowania, i to zarówno podczas walki jak i przy aktywnościach typu włamanie. Spodziewaliśmy się czegoś jak Gwint w Wiedźminie, dostaliśmy takie niewiadomo co, dosyć banalną, powtarzalną mikro-grę. Odnośnie innych zastrzeżeń to np. w mieście mamy mnóstwo aktywności, w których wycinamy w pień grupki członków gangów. Ale to nie ma żadnego wpływu na naszą pozycję. A gdyby tak gangi, po przekroczeniu pewnego limitu śmierci swoich członków z naszej ręki wynajmowały "cyngla", wrogiego najemnika, lub najemników, którzy tropili by naszą postać i próbowali ją dopaść? To byłoby doprawdy bardziej realistyczne. A może jest to jeden z systemów usunięty przez CDPR z finalnej wersji gry, kto wie?

Niestety wszystkie powyższe dywagacje poświęcone grafice i zawartości merytorycznej CP77, można by wziąć w jeden nawias i postawić na szali na przeciw problemów o któych była już mowa na początku, a które przeważają i przesłaniają, zdeterminowały wręcz obraz produkcji jako całości. Z tej gry będę miał zdecydowanie największą kolekcję filmików z glitchami. Na prawdę szkoda, że CP77 nie dano czasu na dopracowanie. Tak więc, niestety, na pierwszym miejscu stabilność... To bardzo psuje zabawę kiedy w każdej chwili można spodziewać się crash'u i dzieje się to nawet 1-2 razy na godzinę na, teoretycznie, silnym PS5 na którym na szczęście mam okazję grać. Łatwo jednak powiedzieć, że "CD Projekt ma problemy z opanowaniem swojej technologii" ale warto sobie uświadomić, czym Red Engine w najnowszej wersji jest, jak wielką pracę firma musiała wykonać przez ostatnie kilka lat, aby w ogóle powołać tak potężny silnik do życia. Red Engine musie bowiem obsłużyć niesamowitą wręcz ilość rzeczy na raz. A wynika to z ambicji jaką narzucili sobie twórcy gry.

Mówię tutaj o napakowanym szczegółami mieście. Przechodnie, stragany, wysokie budynki, oświetlanie, tekstury, post-effecty. A to wszystko renderowane przez zupełnie nowy, pisany prawie od zera silnik gry, rozwijany jednocześnie z samą grą. Według anonimowego developera z CDPR, który rozmawiał z serwisem bloomberg, przypominało to "układanie torów tuż przed nadjeżdżającym pociągiem". Ponadto projekt był na prawdę ambitny (grając coraz bardziej sobie to uświadamiałem) - ogrom samego miasta i wszystkie mechaniki które działają pod spodem - streamowanie video, tłumy, itd. I do tego sama optymalizacja na aż 8 (!) różnych platform: PC, PS4, PS4 Pro, PS 5, XO, XOX, XSX i Stadia... Warto też pamiętać o temacie Covidu, który przez ostatni rok bardzo utrudniał wszelkie działania operacyjne, nawet w sferze IT, a gra była przecież wtedy na ostatniej, najważniejszej prostej. Studio, mówiąc kolokwialnie "odwaliło" ogromne ilości pracy w kontekście tego tytułu. Wielka, teraz można już powiedzieć, że historyczna wręcz szkoda, że nie przyjęto innego podejścia do premiery tytułu.

Czy była to kwestia nieświadomości włodarzy studia co do potencjalnych problemów? Czy spółka odbuduje swoją potęgę finansową, upora się z procesami sądowymi? Czy w końcu nie zostanie opanowana przez jakąś agresywną firmę zewnętrzną, chcącą skorzystać z aktualnych problemów CDPR, w ramach wrogiego przejęcia? Jaką przyszłość ma przed sobą sam Cyberpunk, jako franczyza w rękach CD Projektu? Czy tytuł zostanie w końcu należycie doceniony, tak jak powinien? Czy kiedykolwiek powstanie kolejna część? Tyle pytań, że aż boli od nich głowa a wszystkie te wątki niejasności i wielka niepewność pojawiły się w przeciągu zaledwie (!) miesiąca od premiery CP77.

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Ten krótki tekst umieszczam jako rozszerzenie/uzupełnienie poprzedniego, dużego artykułu, opublikowanego kilka dni wcześniej. Uświadomiłem sobie bowiem, że przez wiele lat miałem wątpliwości jak powinno się wymawiać wiele nazw pojawiających się w serii, a szczególnie imion lub nazw własnych, nawet głównych bohaterów. Problem bierz się, w mojej ocenie, stąd, że należy sobie uświadomić, iż oryginalnym językiem, w jakim publikowana jest seria, jest francuski. Jest to język o tyle specyficzny, że np. 'h' jest w nim nieme, co znacznie modyfikuje to, co się ostatecznie wymawia, względem zapisu graficznego słowa. Pojawiają się też w serii pewne nazwy pochodzące z języków skandynawskich, szczególnie te związane z mitologią germańską i na to też należy brać odpowiednio poprawki jeśli chodzi o wymowę. I tak na przykład:

Zapis - (zbliżona fonetycznie) wymowa polska 

Thorgal - Torgal 
Aegirr - Egir (a więc i Torgal Egirson)
Aaricia - Ariczja 
Louve - Luw 
Haynee - Ajni 
Tjahzi - Tjazi 
Swanee - Słani 
Jean van Hamme - Żą Vanamm 

 Drugim ciekawym tematem, jest sprawa nazwisk poszczególnych bohaterów i bohaterek. O ile np. Jolan, bez wątpienia nosi nazwisko Thorgalsson, to jeśli chodzi o kobiety, raczej należy stosować zaimek 'dottir'. I tak brat Aaricii nazywał się więc Bjorn Gandalfsson ale już sama Ariccia, nosi nazwisko Galdalfsdottir. Podobnie jest z Louve, jej pełne nazwisko to Louve Thorgalsdottir.

niedziela, 29 listopada 2020

Seria Thorgal - porzucone wątki, nowi rysownicy i scenarzyści, chronologia cyklu Aniela, przeszłość i przyszłość serii oraz nieco osobistych dygresji na temat wszystkich tych elementów

    Są takie opowieści, do których się wraca. Jedną z nich jest, dla mnie osobiście, saga o Wikingu z Gwiazd - Thorgalu Aegirssonie. Po kolejnej lekturze wszystkich tomów serii, łącznie z ostatnim tj. albumem zatytułowanym "Selkie", a także albumów z serii pobocznych, mam w głowie dużo przemyśleń co do wielu wątków, które były wykorzystywane kilkukrotnie (lub nawet wielokrotnie - jak postać Strażniczki Kluczy, czy pomniejszego boga - Vigrida) a także takich, które już nigdy nie powróciły w kolejnych tomach. Pierwsza część tego artykułu będzie poświęcona właśnie takim wątkom. Druga część tekstu zawiera moje przemyślenia co do rozwoju serii w ostatniej dekadzie a w szczególności zmian na polach fabularnym (kwestii scenarzystów i scenariuszy) a także zmianach w warstwie graficznej (a także postaciach nowych rysowników serii głównej i pobocznych). W trzeciej natomiast postaram się skupić na najbardziej zawikłanej i "rozbuchanej" fabularnie części sagi - cyklu Aniela (choć można by też go nazwać cyklem "Czerwonej magii"). W czwartej części skupię się natomiast nieco na teraźniejszości i potencjalnej przyszłości serii.


Wątki fabularne, które mogą jeszcze powrócić

   Tytułem wstępu chciałbym napisać, że trudno jest jednocześnie sklasyfikować tę serię pod względem przynależności do konkretnego gatunku literackiego. W uproszczeniu można by rzec, że jest to mieszanka fantasy z wątkami mitologicznymi (oczywiście z naciskiem na mitologię germańską) a także wątkami SF. Jednocześnie seria niesie w sobie przewodni wątek humanistyczny - Thorgal jako bohater "wbrew sobie", szukający spokoju, stawiający na pierwszym miejscu rodzinę a jednak ciągle uwikłany w niekończące się przygody. Taka mieszanka składników, wraz z intrygującymi scenariuszami Jeana van Hamme'a i rysunkami Grzegorza Rosińskiego okazały się przepisem na sukces, którego wyniki - w postaci kolejnych albumów o przygodach Thorgala i jego bliskich - kochają czytelnicy już od ponad 40lat. Oczywiście seria miała swoje lepsze i gorsze momenty - w ostatnich dziesięciu latach tych drugich nawet jakby więcej. Niemniej trzydzieści osiem obecnie istniejących albumów serii macierzystej i kilkanaście już albumów serii pobocznych pozostawiło po sobie wiele wątków z których niektóre, być może, jeszcze kiedyś będą miały okazję powrócić. Oto lista tych, które udało mi się wyłowić czytając po raz kolejny sagę o Wikingu z Gwiazd i jego rodzinie:


Wnętrze uszkodzonego, na zawsze uwięzionego na Wyspie lodowych mórz, statku kosmicznego. Thorgal tuż przed konfrontacją z (jak mu się wydaje) swoim największym wrogiem - "czarodziejką" Slivią.

- Czy piękne siostry, Ingrid i Ragnhilda, nadal żyją w swoim ogrodzie-raju-więzieniu, zamknięte w pułapce czasu spowalniającego swój bieg pod lodowcem? Skąd wziął się ten cudowny ogród, czy to dzieło bogów?


- Co stało się ostatecznie ze statkiem kosmicznym, który rozbił się na Wyspie lodowych mórz? Przecież nie został zniszczony po tym, jak Thorgal odbył ostatnią rozmowę ze Slivią, a ta umarła na opustoszałym pokładzie uszkodzonego gwiazdolotu. Co ze Slugami, zamieszkującymi lodową wyspę, czy żyją w spokoju po śmierci "zdradzonej Czarodziejki" i jej córki?


Trójka "Życzliwych" - odwiecznych ciemiężycieli kraju Aran.

Trzej starcy z kraju Aran: kim byli, skąd się wzięli? Czy byli braćmi (trojaczkami) - ponieważ po zdjęciu masek (szczególnie ich młode wersje) wyglądali niemal tak samo. Jak to możliwe, że byli w stanie nakłonić do służby Strażniczkę Kluczy, nadprzyrodzoną istotę rządzącą przejściami między wymiarami Wieloświata? Czy byli czarownikami, alchemikami, istotami o boskim lub pozaziemskim pochodzeniu? Czy sami przyrządzali sobie eliksir "nocy dziejów"? Skąd pomysł na cykliczne przedłużenie życia o sto kolejnych lat, w celu gromadzenia bogactw i organizowania kolejnej "próby", mającej na celu przywabienie do Aran następnej grupy śmiałków, mającym dostarczyć Życzliwym kolejną porcję tajemniczego eliksiru? Czy kierowała nimi czysta chciwość, czy może sprawiało im też sadystyczną przyjemność czynienie zła, oglądanie cierpień swych poddanych? Jak długo funkcjonował ten system - ile było takich "cykli" odnawiających panowanie "Życzliwych" nad nieszczęsnym, zniewolonym krajem Aran? Wątek ten jest o tyle istotny, że wydarzenia, artefakty i postacie które w dużej mierze debiutowały w tym albumie, pojawiają się również i potem w kolejnych przygodach Wikinga z gwiazd. W szczególności Strażniczka Kluczy, Volsung z Nichor i klucz do drugiego świata miały później niebagatelny wpływ, i to wielokrotnie, na wydarzenia w serii o przygodach Thorgala Aegirssona.

- Gdzie znajdowała się tajemnicza, monolityczna świątynia dzięki której Thorgal i Shaniah podróżowali przez rzekę czasu i dotarli do siedziby samej Śmierci? Czy nadal istnieje? Czy można by ją ponownie wykorzystać?


Okładka wydania specjalnego albumu "Alinoe" na 30-lecie serii (2015r.). Rysunek nie jest nowy, pojawił się np. na okładce magazynu Tintin w latach 80. przy premierowej publikacji (w odcinkach) tego właśnie tomu przygód familii Aegirssonów.

- Skąd się wziął mały, wredny demon - Alinoe? Kim, czym był? Czy to moc magicznej bransolety, którą znalazł na plaży Jolan powołała go do życia, czy miały tu też znaczenie niezwykłe, psychiczne moce drzemiące w samym synu Thorgala?

- Co ostatecznie stało się z planetą, z której pochodzili przodkowie Thorgala? Czy została  ona całkowicie opuszczona, bezludna? Według informacji które przekazał Thorgalowi w rozmowie Sargon (album "Królestwo pod piaskiem"), ludzie towarzyszący temu ostatniemu (Chryzjos, Tjago, Ilenia) byli jedynymi z ocalałych po katastrofie ostatniej ekspedycji ewakuacyjnej.


Centralna piramiada Miasta Zaginionego Boga - Mayaxatlu, z "pałacem" Ogotaya na szczycie i stopniami schodów spływającymi obficie krwią ludzkich ofiar.

- Co się stało z mieszkańcami krainy QA? Z narodami Czaamamów, z Xinnjinów. Jak potoczyły się losy tych ludów? Czy u Xinjinów nie zostały przypadkiem żadne artefakty pozostawione tam przez Xargosa/Tanatloca?

- Co z miastem Ogotaia - Mayaxatlem, czy przetrwało? A może zostało porzucone i zatonęło w zieleni, oplecione rozrastającą się, tropikalną roślinnością? Co z "pałacem" na szczycie największej piramidy w Mayaxatlu, którą zamieszkiwał Ogotai/Varth? Na pewno pozostały w nim jakieś tajemnice, może nawet artefakty pochodzące z gwiazd.


Vlana i pierścień Uroborosa.

- Co stało się z Argunem Drewnianą nogą? Czy dożył swych ostatnich dni w spokoju, pośród ludu Xinjinów, w towarzystwie swoich "turkaweczek" Mi-sy i Ku-li? A także, co stało się z jego pracownią zbrojmistrza pozostawioną na północy? Czy została zapomniana, niszczejąc? A może leżą w niej, czekając na odkrycie, jakieś niezwykłe bronie?

- Co z pierścieniem Uroborosa, z tomu "Władca gór"? Ten niezwykły przedmiot pozwalał przecież na podróżowanie w czasie. Co prawda jego moc była ograniczona tylko do szczególnych "energetycznych" miejsc (np. tego, na którym dziadek pięknej Vlany postawił swój dom) ale na pewno byłoby ciekawie gdyby tak potężny artefakt powrócił w fabule przygód Wikinga z Gwiazd.

Floriana, dziewczynka szlachetnego urodzenia która miała zostać wydana za mąż i Szenko, syn ubogiego wieśniaka - zakochują się i ruszają razem w świat w poszukiwaniu miejsc, gdzie mogliby spokojnie żyć.

- Floriana i Szenko - Thorgal spotyka tę dwójkę młodych w albumie "Słoneczny miecz". Szekno był synem wieśniaka, a Floriana szlachcianką, którą miał poślubić niejaki Orgow, główny adwersarz z wyżej wspomnianego tomu. Na końcu albumu młodzi uciekają razem z rodzinnych stron w poszukiwaniu szczęścia w kraju bez wojen. Co się z nimi ostatecznie stało, czy ich drogi mogą się jeszcze kiedyś przeciąć z historią rodziny Aegirssonów?

 - Co z "Wędrowcem" urządzeniem którego używał Jaax? Wiemy, żę wylądowało na dnie morza w ostatnim czasoprzestrzennym skoku Jolana na końcu albumu "Korona Ogotaia" - czy udałoby się go wydobyć i ponownie użyć? Co z dwudziestopięcioletnim Jolanem zabranym do odległej o 30 000 lat przyszłości przez podróżników/strażników czasu w tym samym albumie?


Bogini Iduna spotyka przy bramie swej posiadłości młodego śmiałka z Midgardu - Jolana Thorgalssona.

- Swanee - Walkiria, która pomaga Thorgalowi w albumie "Giganci". Jak wiele innych kobiet także i ona miała wyraźną słabość do Wikinga z Gwiazd. Czy ta mała wesoła służka bogini Frigg ma szansę jeszcze pojawić się na kartach któregoś z kolejnych tomów sagi?

- Bogini Iduna, której ulubieńcem stał się Jolan, po jego wizycie w siedzibie bogów (album "Bitwa o Asgard"). Czy już zapomniała o dzielnym, młodym, jasnowłosym bohaterze? A może potajemnie śledzi ze swej boskiej siedziby jego przygody i w jakimś momencie wspomoże swojego midgardzkiego ulubieńca boską interwencją?

Manthor - zamaskowany mistrz czerwonej magii i jego matka, wygnana z Asgardu bogini Vilnia, studiująca magiczną księgę Kah-aniela de Valnora.

- Co z boginią Vilnią i jej synem, Manthorem? Jej, dzięki wysiłkom Manthora i Jolana, pozwolono powrócić do Asgardu i ponownie skosztować jabłka nieśmiertelności. Natomiast syn Vilnii chyba pozostał w swojej twierdzy w Międzyświecie, gdzie nadal studiuje arkana czerwonej magii? Wydaje mi się, że obydwie z tych postaci były na tyle istotne, szczególnie dla wątku Jolana, że nawet powinny jeszcze powrócić w kolejnych tomach serii.

- Birbu, Burbi i inne dusze wojowników, którym drugie życie nadawała matka Manthora, bogini Vilnia, w postaci szmacianych kukiełek-wojowników. Czy po odejściu do Valhalli będą jeszcze w stanie w jakikolwiek sposób w przyszłości pomóc Jolanowi do którego tak się przywiązali służąc mu za przybocznych doradców?

Najemnik ale "dobry chłop". Towarzysz Thorgala w wyprawie do Bag Dadhu - Pietrov.

- Co stało się z Pietrovem, towarzyszem Thorgala w wyprawie do Baghdadu? Pod koniec albumu "Aniel" przybywa on wraz z Thorgalem na północ, w rodzinne strony Wikinga z Gwiazd, schodzi po trapie ze statku i po prostu znika, nie pojawiając się już potem w żadnym kadrze...

- Servaana - ruda przywódczyni wojowniczych amazonek, z którymi walczą bohaterowie wracając z Baghdadhu, przy okazji odwiedzin w kraju Zahr. Thorgal daruje jej życie a ona obiecuje mu, że na pewno się jeszcze spotkają. Czy tak się jednak stanie? Czy Yann Le Penetierre pamięta jeszcze o tej postaci, którą sam powołał do życia?


Jolan i jego kompani-przeciwnicy w próbach Mantora. Od lewej: Jolan, Arlak, Draye, Ingvilda, Xia.

- Co z towarzyszami Jolana którzy zostali przy życiu: Xią, Ingvildą i Drayee? Razem walczyli z cesrarzem Magnusem, lecz potem, kiedy Jolan i Magnus wyruszyli aby walczyć na arenie Strażnika Sprawiedliwości ich wątek nagle się urwał.

- Co wreszcie z samym Anielem i jego matką, Kriss de Valnor, którzy na końcu albumu "Aniel" odeszli w przysłowiową "siną dal"? W tym przypadku jestem przekonany, że te postacie jeszcze powrócą jako niezwykle istotne dla całej sagi.


Nowi scenarzyści i rysownicy serii

   Większość z wątków przytoczonych powyżej, wiąże się z "klasyczną" - jak dla mnie osobiście - częścią sagi, czyli tymi albumami serii o dziejach rodziny Aegirssonów, do których scenariusze pisał Jean van Hamme. Seria mogła się skończyć już kilka razy, m.in. na albumie "Klatka" czy choćby na ostatnim albumie do scenariusza van Hamme'a - "Ofierze". Tak się jednak nie stało, choć ciężko jest dziś jednoznacznie oceniać, czy to dobrze, czy źle? W każdym razie jak wiemy, po rezygnacji van Hamma, odpowiedzialność za warstwę fabularną serii przejął Yves Sente. Od tego momentu saga zdecydowanie się zmieniła. Z jednej strony Sente tchnął w przygody Thorgala i jego bliskich nową energię. W mojej ocenie początkowe scenariusze które pisał były na prawdę dobre. Na przykłada wątek wspomnianego już Międzyświata i maga Manthora bardzo dobrze wpisywały się w koncepcję serii. Wątki mitologiczne i magiczne, od zawsze był bowiem obecne w przygodach Thorgala. Uważam, że dobrym pomysłem był także koncept, że Jolan potrzebuje mistrza, mentora, który poprowadzi go dalej, pozwoli rozwinąć niezwykłe umiejętności chłopca, panować nad mocami mentalnymi. Z drugiej strony pod "wodzą" Setne'a seria zaczęła się rozrastać na wzór (jak sądzę) filmowego uniwersum Marvela. Wątki zaczęły się niebezpiecznie wręcz mnożyć. Dodatkowo wkrótce (początkowo tylko w kontekście serii pobocznej o przygodach Louve) pojawił się kolejny scenarzysta - Yann Le Penetierre. Można by tego bronić, mówiąc, że "uniwersum nabrało rozmachu". Z drugiej jednak strony zaczęło tracić swój pierwotny charakter (skupienie na przygodach i przeznaczeniu Thorgala oraz jego rodziny). Fabuła zaczęła też być miejscami doprawdy miałka, a przy seriach pobocznych, o czym nieco później, momentami wręcz skandaliczna. Powyższe tematy (nadmierna ilość wątków, dziwne rozwiązania scenariuszowe itd.) były zresztą źródłem niezadowolenia Grzegorza Rosińskiego i ostatecznie decyzji o zakończeniu współpracy z Sentem (po albumie "Kah-Aniel"). Także i ja uważa, że  Sente namnożył finalnie zbyt wiele wątków i bohaterów, tak, że całość fabularna którą stworzył jest dziś ciężka do przśledzenia i analizowania. W mojej prywatnej ocenie decydującym momentem był album "Czerwona jak Raheborg". Tej militarystyczno-politycznej rozbuchanej opowieści po prostu nie dało się wręcz czytać, była doprawdy zdecydowanie zbyt "wielotorowo zagmatwana".



   Po  wkroczeniu na scenę Sentego i Le Penetierra jako scenarzystów, seria o przygodach Aegirssonów - jak to ujął zdaje się Jakub Syty na stronie Thorgalvers - zaczęła przypominać niekończącą się "operę mydlaną". Nieoczekiwane, kuriozalne mariaże (Jolan i Kriss de Valnor), znużona sobą (choć jawnie nie przyznaliby się do tego) para małżeńska, czyli Thorgal i Aariccia, zdradzający się na wzajem - Aaricia z Lundgenem, Thorgal z Salumą. W końcu absurdalne zachowania i sytuacje nakazane "do odegrania" nieskalanym przez tyle lat bohaterom. Mam tu na myśli Aaricię która, zamiast próbować dociec prawdy zachowuje się jak rozhisteryzowana idiotka i próbuje rzucić się z klifu (a ostatecznie wpada w  ramiona kłamliwego Lundgena) po tym jak dowiaduje się o (rzekomej) śmierci Thorgala. I ponownie, Aaricia, która porzuca (odchodząc z Lundgenem) jedyną bliską osobę która została obok niej, córkę Louve, która odeszła mieszkać w puszczy, bo nie mogła dłużej zdzierżyć romansu matki z podłym amantem. I tu płynnie dochodzimy do kolejnego tematu, gdyż wymienione powyżej absurdalne zachowania pojawiają się w serii pobocznej "Louve", której scenarzystą został wzmiankowany już Yann Le Penetierre.


    Przez długi czas byłem przekonany, że osadzenie go na stanowisku scenarzysty serii pobocznych (mówię, tu szczególnie o "Louve" ale i o "Młodzieńczych latach") to była jedna z najgorszych decyzji dla serii w całej jej historii. Le Pennetier zdawał się "nie czuć" klimatu opowieści o Wikingu z gwiazd i ze znanych bohaterów robił zupełnie inne postacie. Mówię tu szczególnie o opisywanym wcześniej kuriozalnym zachowaniu Aaricii, w albumach "Dłoń boga Tyra" a jeszcze bardziej w "Królestwie Chaosu". To na prawdę nie pasowało do tej postaci, Yann oszpecił, obrzydził swoimi scenariuszami wizerunek pięknej i mądrej księżniczkę Wikingów. Podobnie stało się odnośnie wielu innych rzeczy związanych ze scenariuszami Le Pennetiere'a. Weźmy np. wątek Louve odnajdujące prawicę Tyra (album "Dłoń boga Tyra") w stosie innych odciętych, zasuszonych dłoni (cóż za makabryczny i obleśny wręcz pomysł). A jak mała bohaterka rozpoznaje tę prawicę - "bo wszystkie pozostałe dłonie były lewe". Co za sztampa, tandeta i dramat narracyjny. Dwa ostatnie albumy serii o przygodach córki Thorgala - "Królowa czarnych elfów", "Nidhogg" -  napawały mnie przeczuciem (czy wręcz przekonaniem), że ten scenarzysta nie jest w stanie wymyślić nic oryginalnego i ciekawego. I, jeśli nadal pozostanie na tym stanowisku, będzie tylko eksploatował stare wątki serii (Strażniczka Kluczy, Vigrid, Tjahzi, wąż Nidhogg i temu podobne) mieszając je ze swoimi dziwacznymi pomysłami. Ostatecznie nie wyszło to aż tak źle (mówię tu o przejęciu przez Yanna scenariuszy do serii głównej) ale o tym nieco później.


Kriss de Valnor w ujęciu Giulio de Vity.


   W pewnym momencie (po albumie "Kah-Aniel") i odejściu Sentego pojawiła się też iskra nadziei na prawdziwy renesans sagi o Thorgalu. Odpowiedzialność za scenariusz głównej serii (a także serii Kriss de Valnor od albumu "Wyspa zaginionych dzieci") przejął bowiem na chwilę Xavier Dorisson, a jest on w ostatnich latach uważany za jednego z najlepszych scenarzystów komiksowych na rynkach frankońskich. Jednak i ta współpraca okazała się nietrwała i po konflikcie z Grzegorzem Rosińskim Dorrison skończył pracę z serią Thorgal po zaledwie jednym albumie - "Szkarłatnym ogniu"! Wkrótce też porzucił (lub został od niej odsunięty) serię Kriss de Valnor, a jego miejsce zajął  Mathieu Mariolle - przy albumie "Góra czasu". I tak odpowiedzialność za scenariusze serii głównej przejął, na miejsce Dorissona, nie kto inny jak Yann Le Penetierre. Od albumu "Pustelnik ze Skelingaru" odpowiedzialność za rysunki przejął z kolei Frederic Vignaux, zastępując na tym stanowisku ostatniego z ojców serii o Thorgalu - Grzegorza Rosińskiego. Aktualnie więc ostatnim "oryginalnym" akcentem serii pozostają okładki malowane przez Rosińskiego, choć i tu zdarzyły się już odstępstwa  (np. album Louve - "Dłoń boga Tyra", do którego okładkę narysował Roman Surżenko). 

Louve w ujęciu Romana Surżenki

    W ten sposób płynnie przechodzimy do tematu warstwy graficznej serii. Styl Rosińskiego bardzo ewoluował przez kolejne jej tomy. Kreska zmieniała się, w końcu - od albumu "Ofiara" - zmieniła się też technika (od klasycznego rysunku gdzie szkice były najpierw podkreślane czarnym tuszem a następnie kolorowane, do techniki malarskiej z bezpośrednim nanoszeniem koloru). Ostatecznie jednak wydaje się, że Rosiński ma coraz mniej energii na rysowanie Thorgala. Dobitnie pokazał to w mojej ocenie album "Aniel" - po którym zresztą pan Grzegorz, chyba ostatecznie, ustąpił z pozycji rysownika przygód serii, pozostając jedynie przy tworzeniu okładek. W tym kontekście uważam, że dobrze się stało, iż na scenie pojawiły się nowe osoby. Zacznijmy od Rosjanina, Romana Surżenki. Jak wiemy przejął on, w początkowej fazie, odpowiedzialność za rysunki do serii "Louve" oraz "Młodzieńczych lat" a później także (na chwilę) za serię o Kriss de Valnor - od albumu "Wyspa zaginionych dzieci", zastępując na tej pozycji Włocha, Giulio de Vitę. I w mojej ocenie Surżenko był i jest najlepszym "nabytkiem" jeśli chodzi o serie ze świata Thorgala na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat (czyli okresu w którym pojawił się cykl Aniela i serie poboczne). Jeśli chodzi bowiem o Giulio de Vitę, to dla mnie osobiście jego prace są, mówiąc kolokwialnie, "brzydkie". Chaotyczna kreska, niedbale wyglądające detale i postacie (szczególnie twarze, które nawet na sąsiadujących kadrach mogą się bardzo różnić - zdarza się, że bohaterowie miejscami w ogóle przestają przypominać samych siebie). De Vita rysował kadry nad którymi wręcz nie warto się "pochylać" nie ma w nich ciekawych detali, nie przyciągają wzroku, są chaotyczne, jakby niedopracowane. 

Kriss de Valnor w ujęciu Frederica Vignaux'a.

   Przeciwnie natomiast jest z Pracami wspomnianego już Surżenki. Jego kreska jest precyzyjna, czysta a szczególny zachwyt budzą zwierzęta (np. wilki) ale i postacie. Mam tu np. na myśli uderzające podobieństwo do "oryginałów" wykreowanych przez Grzegorza Rosińskiego. Osobiście uważam, że to właśnie Surżenko powinien zostać mianowany głównym rysownikiem kolejnych przygód Thorgala. Stało się jednak inaczej, co prawda kontraktor de Vita zniknął ale do "drużyny Thorgala" dołączył Frederic Vignaux, przejmując odpowiedzialność ze serię "Kriss de Valnor" - od albumu "Góra czasu" i za serię główną - od albumu "Pustelnik ze Skelingaru". Aby oddać sprawiedliwość należy napisać, że rysunki Vignaux są dosyć udane, miejscami na prawdę ładne, jednak rysownik ten nie potrafi tak wiernie odwzorować oryginalnego wyglądu głównych postaci, jak czyni to w swoich pracach Roman Surżenko. Trudno jednoznacznie orzec, czy Vignaux "wytrwa" na stanowisku głównego rysownika serii. Tym co zastanawia mnie jednak zdecydowanie bardziej jest fakt, że od albumu "Aniel" scenarzystą głównej serii został nie kto inny, jak Yann Le Penetierre... 

Cykl Aniela...

    Wspominałem wcześniej o rozbudowie uniwersum wielotorowo, "a'la Marvel". Momentem kiedy się to rozpoczęło było pojawienie się wątku Aniela i Czerwonych Magów. Od tego czasu seria główna i serie poboczne zaczęły być równolegle współtworzone, zawierając historie które przeplatają się i uzupełniają, tworząc pewną wspólną całość. Czytając po latach, jeden po drugim, albumy z cyklu o Anielu, stwierdzam, że jednak w dużej mierze podoba mi się to, w jakim kierunku poszła wtedy seria. Pamiętam dobrze narzekanie i dyskusje w Internecie, mające miejsce podczas premier tych tomów, że zmienił się klimat sagi o Thorgalu, że "to już nie to co kiedyś", tj. za czasów kiedy scenarzystą Thorgala był Jean van Hamme. Warto sobie jednak przypomnieć, jak bardzo wyeksploatowana wydawała się ta seria przy albumach "Arachnea", "Błękitna zaraza" i "Królestwo pod piaskiem". Widać było wyraźnie, że scenarzyście, tj. Jeanowi van Hamme'owi, brakowało już pomysłów jak poprowadzić dalej przygody Aegirssonów? Van Hamme i Rosiński błąkali się, podążając w niewiadomym kierunku z rozwojem serii, tak jak ich bohaterowie błąkali się na kartach komiksów po nieznanych krainach, bez jasnego kierunku i celu. Osobiście spodziewałem się, że od albumów "Ofiara" i "Ja, Jolan" seria pójdzie jednak w innym kierunku. Że Thorgal, doświadczony przez los, przeżywszy liczne przygody i powróciwszy do Northlandu zazna wreszcie zasłużonego spokoju u boku pięknej Aaricii a na scenę jako główny protagonista na stałe wkroczy Jolan Thorgalsson i to jego perypetie będziemy odtąd śledzić. Tak się jednak nie stało. Rodzina Aegirssonów nie została pozostawiona w spokoju przez przeznaczenie (i scenarzystów) ponieważ wraz z przygodami które przeżywał Jolan, pojawił się niemal natychmiast równoległy, i jak się potem okazało dominujący, wątek Aniela i Czerwonych Magów. I tak Thorgal Aegirsson, chcąc nie chcąc, znów musiał dobyć łuku i miecza i ruszyć w świat, by ratować młodszego z synów. Jak wyglądało "rozrastanie się" uniwersum z wątkiem Aniela jako osią wydarzeń, napisałem już sporo w poprzednich akapitach. Tutaj chciałbym się natomiast skupić na chronologii wydarzeń a więc, de facto, albumów serii.

Okładka wydania specjalnego tomu "Kah-Aniel", wypuszczonego przez Le Lombard na rynki frankofońskie.

    Seria główna i serie poboczne (Kriss de Valnor, Louve) muszą bowiem być czytane w odpowiedniej kolejności, żeby tworzyły wspominaną już spójną, chronologiczną całość. Ma to znaczenie mniej więcej od album "Ja, Jolan". Odstępstwem od tej reguły jest oczywiście seria poboczna opowiadająca o młodości Thorgala, która jest zupełnie niezależna od wydarzeń z serii głównej - choć i tutaj zdarzają się elementy, które pojawiają się potem w innych miejscach - jak. np. bransoleta Aaricii, czy zdobyty przez Thorgala róg z leczniczą maścią. Wracając jednak z tej dygresji, to pewien pogląd daje na kolejność czytania opublikowana bodaj przy okazji albumu "Tarcza Thora" infografika, choć widać na niej tylko pobieżnie które wydarzenia z poszczególnych serii rozgrywają się w podobnym przedziale czasowym.  Wydaje się też, że szczególnie seria "Kriss de Valnor" dostała ostatecznie więcej epizodów, niż początkowo planowano. Tak więc, aby nadać jednoznaczności kolejności, w jakiej należałoby zapoznawać się z poszczególnymi albumami, zamieszczam poniżej konkretną listę w rzeczonym porządku chronologicznym:


Wspominana w tekście Infografika, ukazująca jak (mniej więcej) wygląda porządek chronologiczny wydarzeń w serii głównej i seriach pobocznych.


- Thorgal T31 - Tarcza Thora (2008r.)

- Kriss de Valnor T1 - Nie zapominam o niczym (2010r.)

- Thorgal T32 - Bitwa o Asgard (2010r.)

- Thorgal T33 - Statek-miecz (2011r.)

- Louve T1 - Raissa (2011r.)

- Kriss de Valnor T2 - Wyrok Walkirii (2012r.)

- Louve T2 - Dłoń boga Tyra (2012r.)

- Kriss de Valnor T3 - Czyn godny królowej (2012r.)

- Louve T3 - Królestwo Chaosu (2013r.)

- Kriss de Valnor T4 - Sojusze (2013r.)

- Thorgal T34 - Kah-Aniel (2013r.)

- Louve T4 - Crow (2014r.)

- Kriss de Valnor T5 - Czerwona jak Raheborg (2014r.)

- Louve T5 - Skald (2015r.)

- Kriss de Valnor T6 - Wyspa zaginionych dzieci (2015r.)

- Louve T6 - Królowa czarnych Elfów (2016r.)

- Thorgal T35 - Szkarłatny ogień (2016r.)

- Kriss de Valnor T7 - Góra czasu (2017r.)

- Louve T7 - Nidhogg (2017r.)

- Kriss de Valnor T8 - Strażnik Sprawiedliwości (2018r.)

- Thorgal T36 - Aniel (2018r.)

Piękna rodzinna grafika, choć już nieaktualna w kontekście chronologii serii. Na końcu trzydziestego szóstego tomu Aniel odchodzi bowiem w świat ze swą cudownie zmartwychwstałą (dzięki interwencji bogów) matką, Kriss de Valnor.


... idalej.

   Dwa ostatnie albumy serii - "Pustelnik ze Skelingaru" i "Selkie" - to zdecydowanie nowy rozdział w sadze o Thorgalu. Po raz kolejny zmienił się znacząco charakter przygód familii Aegirssonoów i ich przyjaciół, sposób narracji opowieści a w końcu i warstwa graficzna. Było to raczej nieuniknione po zmianie scenarzysty i  rysownika - aktualnie są to, odpowiednio, Yann Le Penetierre i Frederic Vignaux. Na szczęście, mimo moich obaw, które pojawiły się przy seriach "Louve" i "Młodzieńcze lata" Yann Le Pennetiere nie okazał się ostatecznie złym scenarzystą, jeśli chodzi o serię główną. Nowe przygody są nawet dosyć ciekawe pod względem fabularnym, choć nie układają się aktualnie w jakiś wyraźny cykl o wspólnym temacie nadrzędnym (jak np. wcześniej cykl Aniela). Jedna rzecz, którą osobiście chciałbym zobaczyć w nadchodzących tomach serii, to możliwość dania zasłużonego spokoju samemu Thorgalowi, który "ma już swoje lata". Może w kolejnym odcinku sagi Louve, Jolan oraz ich towarzysze - Jasmina, Darek, Lehla, Ava i Gilli - mogliby wyruszyć na wyprawę, pozostawiając starsze pokolenie (Thorgal, Aaricia) w cieple wygodnego domu? Trudno oczywiście powiedzieć w jakim  dokładnie kierunku dalej rozwiną się przygody Aegirssonów i ich przyjaciół (choć zapewne Yann Le Penetierre i Grzegorz Rosiński już o tym myślą). Wiemy jednak niemal na pewno, że kolejne tomy serii będą powstawać i zapewne w najbliższych latach nie zostanie ona zakończona. Warto też zauważyć, że dwa najnowsze albumy (podobnie jak inne przed nimi) pokazały następny odcinek czasu na osi dziejów familii Aegirssonów. Mam tu na myśli to, że Jolan i Louve są już prawie dorośli i właściwie są też w pełni ukształtowanymi, niezależnymi bohaterami... W kontekście wszystkich powyższych dywagacji a w szczególności zmian odnośnie rysowników i scenarzystów oraz coraz większe oddalanie się ojców Thorgala od serii nieuchronnie rodzą się pytania: ile jeszcze jest Thorgala w Thorgalu? Oraz: jak ta seria będzie rozwijana w kolejnych latach?


Fragment planszy z najnowszego albumu serii "Selkie" w ujęciu Frederica Vignaux'a.

    Na koniec pozwolę sobie jeszcze na osobistą dygresję związaną z tym, skąd wzięło się moje zainteresowanie i przywiązanie do serii. Z opowieściami o Thorgalu spotkałem się bowiem jeszcze w "poprzedniej epoce", tj. za czasów PRL-u, gdzie kolorowe media (w szczególności zaś komiksy "zza żelaznej kurtyny", czy po prostu "zachodu") były towarem deficytowym, rarytasem. Pamiętam swój pierwszy kontakt z serią. To było wydanie z KAW a ja miałem wtedy 7-8 lat. Takich "rarytasów" nie zdobywało się "ot tak". Często, szczególnie w mniejszych miejscowościach, a ja w takiej właśnie mieszkałem (a dokładniej było to miasto powiatowe), to był problem, żeby takie albumy dostać. Ja miałam to szczęście, że dziadek mojego dobrego kolegi był kierownikiem w RSW Prasa Książka Ruch. Dodatkowo cała rodzina, tj. głównie ów dziadek, a także mama kolegi i on sam byli pasjonatami fantastyki - czytali książki (trylogia kosmiczna  Trepki i Borunia), kupowali magazyny (Alfa, Relaks, Fantastyka) a także, a może przede wszystkim, wszystkie dostępne na skromnym, polskim rynku albumy komiksowe. Po latach uświadamiam sobie, że to właśnie od nich "złapałem bakcyla", zainteresowałem się SF i komiksem. Zresztą to właśnie dzięki tym ludziom w moje ręce trafiły nie tylko albumy z serii Thorgal ale także inne, np. te drukowane w magazynie Komiks - Fantastyka (jak choćby Funky Koval czy Yans). I to właśnie tej familii dedykują niniejszy artykuł. Bez tych znajomości i przyjaźni z nimi, być może nigdy nie pokochałbym przygód Thorgala i nie śledziłbym rozwoju tej serii przez niemal cztery dekady.





sobota, 4 lipca 2020

CP77 - moje dywagacje na 4,5 miesiąca przed premierą

    Piszę ten tekst w środku lata (03.07.20). Cyberpunk 2077 (CP77) to niewątpliwie tytuł na który czeka w tym roku cały gamingowy świat. Jest to też projekt którego rozwój ja osobiście bacznie śledzę od niemal samego początku. Wiem już jednak dzisiaj, że nie będzie to gra jakiej się spodziewałem. Nie oznacza to, że czuję rozczarowanie natomiast ten tekst chciałbym poświecić analizie tego, jak w moim mniemaniu miał wyglądać ten tytuł i co mnie zastanawia (frapuje) w aktualnej wersji, którą powoli odsłania przed graczami CD Projekt Red (CDPR).

Psycho Squad w akcji. Cyber-psychopatka z zawieszonym systemem (jaźnią?) po zmasakrowaniu ludzi na ulicy już obezwładniona.

    Jak wiemy gra została ujawniona w październiku 2012r. a na początku 2013r. pojawił się cinematic teaser, prezentujący kobietę klęczącą na ulicy, z wysuniętymi z rąk ostrzami modliszkowymi. Za ich pomocą chwilę wcześniej dokonała ona masakry, mordując prawdopodobnie przypadkowych ludzi. Przez kilka lat skąpe, szczątkowe informacje dostarczane przez developera zbudowały w moje głowi obraz gry, która koncentrować by się miała właśnie na cyber-psychozie. A dokładniej, że bohaterem (lub bohaterami) CP77 będą policjanci, ze specjalistycznej grupy Psycho Squad, tropiący, albo ogólniej zwalczający psycho-dewiantów, tj. osoby, które wszczepiły w swoje ciała zbyt wiele modyfikacji, tracąc przez to kontrolę nad swoimi poczynaniami, przemieniając się w żądne krwi bezmózgie bestie, mordujące ludzi, tak właśnie jak to, szczątkowo, zostało ukazane w pamiętnym teaserze, o którym mowa powyżej. Do tego spodziewałem się scenerii mrocznego miasta, spowitego wieczną, ale rozświetlaną neonami, ciemnością a także (czasami) zalane strugami deszczu. Dodatkowo po niebie powinny przesuwać się niekończące rzeki latających pojazdów (AVs w nomenklaturze Cyberpunka). Tak więc miało to być, w mojej ocenie, "coś a'la Blade Runner", z ciężkim klimatem w stylu noir. Do tego rzecz jasna, tak jak w oryginale, to jest CP2020, musiałyby się tam pojawić walczące ze sobą korporacje i gangi, często o konfliktujących, czy wręcz sprzecznych ze sobą, agendach. Do tego rzecz jasne sieć, hackowanie, netrunnerzy, najemnicy... A wszystko to będące zgrabnym miksem klimatów ze wspomnianego już Blade Runnera lecz także Akiry (np. wybuch bomby atomowej niszczącej miasto), Ghost in The Shell (dylematy tożsamości cyborgów) czy Trylogii Ciągu William Gibsona. I wygląda na to, że wszystkie te elementy w jakimś stopniu w produkcji "Redów" się znajdą, ale...


Panorama ładna, ale gdzie jest morze latających AVs?

    Przyznam, że bezpośrednim impulsem do napisania tego tekstu było wydarzenie Night City Wire, zaprezentowane szerokiej publiczności 23.06.20 i morze materiałów, komentarzy i opinii które zaraz po nim rozlały się w Internecie. I, co należy podkreślić, komentarze - szczególnie w polskich mediach - były bardzo spolaryzowane. Znalazło to też swoje odbicie w kursach akcji CDPR na GPW, których wartość już następnego dnia spadła o niemal 20zł. I tak z jednej strony pojawiły się liczne "ochy i achy" co do grafiki, designów niektórych lokalizacji, rzekomej głębi fabuły itp. Z drugiej jednak pojawiły się też głosy o braku klimatu w grze, bliskości tego tytułu raczej grom akcji, jak FPS'y czy GTA (do którego jeszcze tu wrócę). I po zapoznaniu się zarówno z materiałami prasowymi jak i komentarzami społeczności, przyznam, że ja też mam aktualnie  bardzo mieszane uczucia co do tego tytułu. Nadal, po tym co nam przedstawiono, nie widzę mocnej strony RPG Cyberpunka 2077. Mało tego, szczególnie zaprezentowana ścieżka Nomada skłania mnie do przemyśleń, że CP77 będzie bliżej klimatem do gangsterskiego GTA niż historii o psychozie czy heroicznym ratowaniu świata. I jeszcze aspekt walki. Nadal nie widzę, w sekwencjach walki które zostały nam przedstawione, aspektów RPG tj. rozwoju postaci i broni, roli statystyk. Walka w CP77 wygląda na zaprezentowanych materiałach jak wyjęta z FPP shootera. Staram się nie być malkontentem i jestem zadania, że dopiero "położenie rąk" na ukończonym tytule da nam, graczom, pełny obraz sytuacji i możliwość konstruktywnej oceny, jednakże aktualny obraz tej produkcji jest dla mnie osobiście niezwykle ambiwalentny. Z jednej strony nadal widzę w tytule CDRP ogromny potencjał ale mam też "z tyłu głowy" mnóstwo znaków zapytania a także rzeczy które autentycznie mi się nie podobają.

Drift Golfem zawsze (?) spoko.
    Otóż, np. po obejrzeniu ostatniego trailera po raz kolejny stwierdziłem, że, mówiąc kolokwialnie, "nie pasuje mi" postać Jackiego Wallece'a, jego pseudo latynoska paplanina, buńczuczna zarozumiałość, styl bycia, aparycja. Ale potem przypomniał mi się trailer CP77 z E3 2019. Ten w którym Jackie i V kończą najważniejszą misję (jak już dziś wiemy należącą do prologu), w której mają dostarczyć słynny chip fixerowi, Dexterowi de Shawn. I co się dzieje w tym trailerze? Otóż Jackie ginie! Pytanie czy jest to jedna z opcji, i ta postać może przeżyć, czy scenarzyście na stałe eliminują go z fabuły a rolę "przybocznego" dla głównego bohatera zaczyna od tej pory pełnić Johny Silverhand, duch dla którego nośnikiem jest zrabowanych chip. Osobiście obstawiam, a trochę też mam nadzieję na tę właśnie opcję. Bo według mnie postać Jackiego buduje obraz CP77 jako gry będącej, jak twierdzą niektórzy, takim "GTA w przyszłości". Z "wyszczekanymi" pato-gangsta kolesiami w rolach głównych, "nawalających" non stop slangiem, i próbujących udowodnić, kto ma większe "cojones", stać się prawdziwymi OG (original gangsters) - znów nawiązanie do GTA całkowicie zamierzone.

What's so funny, Mr Welles?

    I szczerze, chyba tego się właśnie najbardziej obawiam: żeby ta gra nie stała się takim "gangsterskim shooterem", z szaleniem po ulicach (od wyścigów do rozjeżdżania ludzi włącznie) z nastawieniem na radochę z rozbijania się po mieście, jazdy pojazdami i strzelania. Z drugiej strony żywię głębokie przekonanie, że tak się jednak nie stanie, z kilku powodów. Po pierwsze, poznaliśmy do tej pory tylko część wydarzeń z prologu (właściwie wszystkie trailery i zaprezentowana w zeszłym roku rozgrywka, a także hands-on gameplay zaprezentowany niedawno dziennikarzom z całego świata). Co do reszty fabuły i mechanik działających "pod maską" gry znamy tylko ich ogólne zarysy. A myślę, że CDPR osadzi swoją historię w mieście, które, podobnie jak to miało miejsce w Wiedźminie, będzie realną areną walki o wpływy wielu różnych frakcji. I podsumowując ten akapit: fabuła, trudne wybory, psychologia - mam nadzieję, że to jednak te elementy zdominują rozgrywkę a nie widowiskowa akcja, pościgi i strzelaniny. Jednak ciężko aktualnie to wywnioskować, bez zagrania samodzielnie w tenże tytuł.

Doom? Borderlands? A nie, to CP77 - miejmy nadzieję, że elementy RPG będą jednak odczuwalne podczas walki.

    Tutaj przechodzimy płynnie do pewnej sprawy, a mianowicie ocen branżowych gier video. Od wielu lat podchodzę sceptycznie czy wręcz nie ufam i nie wierzę takowym. Ludzie mają różne preferencje i to co dla jednych jest przewspaniałe dla innych może być średnie, przeciętne, nieciekawe. Jako przykład mogę tu przytoczyć Last of Us (obydwie części). Osobiście nigdy nie rozumiałem fenomenu tej gry. Dla mnie osobiście gameplay z pierwszej części był męczący. Owszem były tam sentymentalne, chwytające za serce momenty, ogólnie gra była całkiem dobra, ale... Na przykład projekty wrogów był wręcz obleśne, budzące niesmak, odruch wymiotny (mówię tutaj o przeciwnikach z głowami jak kalafiory, z którymi, dodatkowo walka - szczególnie pamiętam taką na sali gimnastycznej z boiskiem do koszykówki - była trudna, nużąca i po prostu irytująca). Wychodząc z tej nieco przydługiej dygresji, odnośnie CP77 na pewno na chłodno podejdę do ewentualnych zachwytów znawców branżowych i przeanalizuję wszystko na spokojnie przed zakupem. Nie zakupię też tej gry w pre-orderze...


Johny Silverhand na chipie mieszka. Srebrną ma rękę ten nasz koleżka.

    Po pierwsze, nauczony przykrym doświadczeniem (np. z Mass Effect Adromedą), zaczekam jednak na pewien wysyp opinii po premierze (swoją drogą ciekawe, kiedy zostanie zniesione embargo na recenzje?). Mimo, że nie opieram się na nich zbytnio, jak pisałem powyżej, są to jednak pewnego rodzaju prognostyki, czego należy się spodziewać po danym tytule. Po drugie, mam spory dylemat co do sprzętu (który zdeterminuje zakup wersji gry) na którym ten tytuł uruchomię. Być może najlepiej byłoby kupić nowego PC-ta. Ale wcale nie uśmiecha mi się wydawanie kilku a może nawet kilkunastu tysięcy na nową maszynę. Więc może zakupić CP77 w wersji na PS4 i uruchomić go na PS4 Pro, którą na szczęście posiadam? Choć nawet i ta konsola (myślę, że podobnie jak i XOX) nie będzie w stanie "pociągnąć" gry na odpowiednim poziomie detali i efektów (o takim RTX możemy już na wjazd zapomnieć, co oczywiste). W tym miejscu wysoce zastanawiające jest też jak tytuł w ogóle będzie działał na starych konsolach jak choćby oryginalne PS4 i XON. Myślę, że optymalizacja CP77 na te dwie ostatnie platformy musi być dla twórców nie lada wyzwaniem. Wszystkie uwagi powyżej skłaniają mnie do refleksji, że może warto by zaczekać na nową generację konsol (PS5 i XSX) - ale tu rodzi się kolejny dylemat. Zarówno nowe Playstation jak i Xbox będą miały swoją premierę już po oficjalnej premierze Cyberpunka (osobiście uważam, że aktualny termin, tj. 19.11.20, nie zostanie po raz kolejny przełożony). Prawdopodobnie w momencie premiery konsol będą one mało dostępne i być może uda mi się zakupić którąś z nich dopiero w okolicach świąt Bożego Narodzenia albo w ogóle po nowym roku. Kolejna rzecz, kiedy tak na prawdę będą dostępne patche "upgradeujące" wersję gry do możliwości nowego sprzętu? No bo jaki byłby sens wydawania pieniędzy, powiedzmy na PS5, jeśli gra i tak wyglądałaby tak samo jak na PS4 Pro?

Do renderowania takich efektów w czasie rzeczywistym potrzebna będzie na prawdę potężna karta graficzna.

    Podsumowując: myślę, że jest to tytuł który ma potencjał ale nie koniecznie jest "skazany na sukces". Wciąż jest w tej materii wiele bardzo istotnych znaków zapytania, które rozwieje dopiero premiera i okres tuż po niej. Owszem, niewątpliwie i niezaprzeczalnie jest to największy projekt w dziedzinie rodzimego gamedev'u. Warto też wspomnieć, że oprócz samej gry CDPR chce rozwijać franczyzy na bazie tej produkcji, co już się właściwie dzieje (gadżety, fotele gamingowe, słuchawki, dedykowane wersje konsol itd.). Spodziewać się należy także i dużych DLC po premierze a zapewne, za kilka lat, także i kontynuacji samej "głównej" gry. Możliwe, że finalna wersja zaszokuje nas ostatecznie grywalnością, wykonaniem, głębią fabuły. Ale dopóki ostateczny, dokończony produkt nie ujrzy światła dziennego doprawdy ciężko to ocenić. Warto też pamiętać, że przed premierą Wiedźmina 3 także było mnóstwo narzekania i znaków zapytania "co to będzie, jak to będzie" a nawet pojawiły się przecieki o niedopracowaniu gry, problemach z wykrywaniem kolizji, downgradach grafiki itd. To jednak, finalnie, nie przeszkodziło temu tytułowi stać się mega sukcesem. Oby i tak stało się w tym przypadku - oby CP77 jednak nie zawiodło i dostarczyło nam wielu godzin lubej rozrywki.