wtorek, 17 czerwca 2014


    Pierwotna wersja tego artykułu powstała w pierwszym kwartale 2005r. i została opublikowana w trzecim numerze magazynu Zeszyty Komiksowe (ZK), bodajże w marcu 2005r. Podczas prac nad przeredagowaniem tekstu dowiedziałem się także, że ten konkretny numer ZK został ostatnio, tj. w marcu 2014r., opublikowany ponownie (wygląda na to, że jest zainteresowanie takimi "antykami") przez wydawnictwo Centrala. Artykuł powstał na prośbę i z inicjatywy redaktora naczelnego pisma, Michała „Błażeja” Błażejczyka, z którym toczyłem również dosyć intensywną (i finalnie owocną) dyskusję merytoryczną, zanim tekst otrzymał ostateczną formę w jakiej znalazł się na łamach ZK. Tutaj przedstawiam artykuł ponownie przeze mnie przeredagowany, z kilkoma poprawkami merytorycznymi, wynikającymi głównie z innego sposobu patrzenia na niektóre zagadnienia z perspektywy czasu. W zamyśle, tworząc ten tekst ponad dziewięć lat temu, staraliśmy się skupić na przełożenie się feminizmu w poszczególnych dekadach XX w. (poczynając od lat 60.) na przedstawianie postaci komiksowych bohaterek i ewolucji jakiej podlegały. Główna konkluzja, którą wysnuliśmy podczas tworzenia tekstu wraz z Błażejem była taka, że komiks, jako twór przeznaczony głównie dla męskiego odbiorcy, zawiera nieco spaczony obraz kobiety wyzwolonej. Taki wizerunek zawsze naznaczony jest "piętnem" fizycznej atrakcyjności danej kobiety - fizyczność ma zawsze większe znaczenie niż osobowość bohaterki - dziewczyna musi się przede wszystkim podobać i mimo postępującej emancypacji ten skostniały stereotyp nadal króluje w większości komiksowych produkcji także dziś. 

Okładka wznowienia trzeciego numeru ZK (nie zmieniona względem pierwodruku) od wydawnictwa Centrala.

    Jak można łatwo zauważyć podczas lektury niniejszego tekstu, materiałem „bazowym” do analizy obecności feminizmu w komiksie były głównie serie z rynków frankofońskich i częściowo z naszego rodzimego, polskiego. Japońskie mangi a także opowieści graficzne z rynku brytyjskiego czy amerykańskiego są tu właściwie wspomniane zaledwie marginalnie. Inna kategoria to rzecz jasna komiksy erotyczne, tutaj zupełnie nie wzięte pod uwagę. Powód jest prosty do uzasadnienia - tam właściwie nigdy nic się nie zmienia, kobieta zawsze pozostanie uległą zabawką do zaspokajania męskich potrzeb i fantazji, feminizm nie ma do takich produkcji "wstępu".


Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek czyli jak twórcy komiksów rozumieją feminizm.

    Na naszych oczach dokonuje się ostateczne obalenie stereotypu, że kobiety są płcią słabą. Kreowanym w zachowaniach społecznych wzorcom równouprawnienia odpowiadają w wytworach kultury masowej (w tym w komiksach) obrazy bohaterek niezależnych, ambitnych, niezłomnie realizujących postawione przed nimi zadania. Niestety, w opowieściach obrazkowych kobiety są wciąż nader często traktowane bardzo przedmiotowo. Jeśli nawet stają się głównymi bohaterkami tychże, to są zazwyczaj stawiane w typowo męskich sytuacjach, a ich wygląd ma w pierwszej kolejności przyciągać uwagę mężczyzn...

Okładka jednego z albumów serii o przygodach kosmicznej bohaterki rodem z Francji.

POCZĄTKI ZAMIESZANIA

    W latach 60. ubiegłego stulecia, rosnący wpływ ruchów feministycznych znalazły swoje odbicie w rozmaitych utworach – w tym również w komiksach. Jako najbardziej chyba rozpoznawalny przykład można przedstawić przygody Barbarelli, heroiny będącej bohaterką komiksu stworzonego przez Jean-Claude’a Foresta. Dzieło to doczekało się zresztą nawet hollywoodzkiej adaptacji filmowej z Jane Fondą w roli głównej. Barbarella nie jest właściwie postacią, z którą chciałyby się utożsamiać feministki, uosabia bowiem nazbyt wyraźnie męskie fantazje. Jej przygody jednak wsączały do umysłów widzów i czytelników obraz silnej i zaradnej kobiety, dobrze wpisując się w swój czas i rosnące w tamtym okresie zainteresowanie tematyką feminizmu. Można chyba także powiedzieć, że Barbarella jest postacią, która uosabia typowe męskie odczytanie postulatów feminizmu. 

Już po okładce widać, że osobowość i charakter Annie to zdecydowanie nie były rzeczy pierwszoplanowe w historiach z udziałem tej bohaterki.

    Natomiast pewnego rodzaju przeciwieństwem Barbarelli była seria o przygodach Little Annie Fanny, postaci stworzonej przez Harvey'a Kurtzmana i Willa Eldera. mniej więcej w tym samym czasie, co bohaterka komiksów Foresta. Podobnie jak wiele kobiecych wizerunków przed nią i po niej, Annie powstała właściwie tylko jako ucieleśnienie męskich fantazji. Niby miała przestawiać sobą obraz nowoczesnej, zaradnej dziewczyny, jednak prawda była taka, że niemal wszystkie jej przygody skonstruowane były w taki sposób, żeby ją wplątywać w coraz to nowe "erotyzowane" sytuacje, wiążące się nierozerwalnie ze szczegółowym "eksponowaniem wdzięków" (przygody Annie przez długi czas były publikowane na łamach magazynu Playboy).


POSTĘPUJĄCA EMANCYPACJA

Yoko i sprzęt stereo z "najwyższej półki" - magnetofon szpulowy - czy ktoś jeszcze dziś pamięta takie wynalazki?

    Nieco później, w latach 70., hasła głoszone przez feministki jeszcze bardziej zyskały na znaczeniu. Znalazło to też odbicie w interesującej nas dziedzinie sztuki użytkowej, czyli komiksie. Można tu wymienić takie heroiny powołane do „życia” w tamtym czasie, jak na przykład Yoko Tsuno (bohaterkę francuskiej serii autorstwa Rogera Leloup'e, która, o ile wiem, jest nieznana na polskim rynku), czy Laurelinę, będącą towarzyszką przygód temporalnego agenta, Valeriana (rys. Jean-Claude Mézières, sc. Pierre Christin). Dzielna i sympatyczna Yoko zawsze pozostawała postacią pierwszoplanową, natomiast odnośnie drugiej z dziewczyn widać pewną ewolucję jej miejsca w fabułach poszczególnych odcinków serii o przygodach czasoprzestrzennych agentów. W początkowych albumach Laurelina, pomimo swojej zaradności i błyskotliwości, jest często spychana przez postać męskiego towarzysza, na dalszy plan i to on pozostaje postacią dominującą, podejmującą kluczowe decyzje i działania.

  Jednak wraz z rozwojem cyklu rudowłosa bohaterka coraz bardziej się usamodzielnia, stając się w niektórych odcinkach postacią kluczową, niekiedy przejmującą nawet na siebie ciężar samodzielnego wypełnienia misji. Obydwie dziewczyny walczą o prawa swojej płci, bez kompleksów podejmując role przynależne mężczyznom, stając się pełnoprawnymi uczestniczkami wydarzeń. Z drugiej strony, od postaci pokroju Barbarelli różni je to, że są one osobami raczej uroczymi niż seksownymi, nie obnoszą się ze swoimi wdziękami (choć czasami rysownicy nie unikają apetycznego przedstawienia ich kobiecych atrybutów). Wspólnym mianownikiem wymienionych wyżej heroin jest promowanie kobiety jako samodzielnej i niezależnej bohaterki. Inną łączącą je cechą jest też to, że występowały one w typowo męskich fabułach i grały typowo męskie role.

Dwójka nieustraszonych agentów temporalnych, Valerian i Laurelina.
ZBĘDNI MĘŻCZYŹNI?

    W kolejnym dziesięcioleciu, na kartach komiksów zagościły na przykład takie postacie jak Pellisa, główna bohaterka serii „W poszukiwaniu ptaka czasuRegisa Loisela i Serge'a Le Tendre’a. Innym przykładem jest Aria, wojownicza piękność z komiksów Michela Weylanda, a także wykreowana przez Franka Millera niezwyciężona wojowniczka, Elektra. Co prawda, ponownie, wszystkie one zostały stworzone w pewnym stopniu jako ucieleśnienia męskich fantazji, warto zauważyć, że w dużej mierze udało im się jednak uniknąć „okowów” społeczeństwa patriarchalnego, głównie dlatego, że same potrafiły zadbać o swoje sprawy, nie licząc na nikogo. Także na naszym rodzimym komiksowym poletku nie zabrakło w owym czasie takich bohaterek. Mamy na przykład kobietę imieniem Ais, która w serii o tzw. bogach z kosmosu, autorstwa panów Mostowicza, Górnego i Polcha, była dowódcą całej wyprawy: silna, energiczna, zdecydowana, potrafiąca się sprzeciwić woli zwierzchnika (Wielkiego Mózgu) czy wręcz pokrzyżować jego plany, jeśli uzna to za konieczne. Była też Brenda Lear, „córka trzech ojców” – Parowskiego, Rodka i Polcha – która pomimo tego, że stała nieco w cieniu Funky’ego Kovala, pozostawała samodzielną agentką Universs, a nie „trofeum dla bohatera”, uczepionym jego ramienia.

Okładka trzeciego tomu serii "Aria", albumu "Siódme wrota", wydanego także i u nas (i to dwukrotnie) przez wydawnictwa Sfera (1990r.) oraz Posiedlik, Raniowski i S-ka (2003)

    Także w latach 90. znaleźć można sporo bohaterek, które z powodzeniem stoją ramię w ramię z mężczyznami, albo nawet doskonale radzą sobie bez nich. Mamy więc na przykład Victorię Lenore z „Drapieżców” (serii autorstwa panów Mariniego i Dufaux) – panią oficer policji, która sama prowadzi tajemnicze śledztwo, a niejaki inspektor Spiaggi, jej współpracownik, wygląda przy niej jak nieistotny dodatek. Mamy Emilię (bohaterkę serii wykreowanej przez Filipa Myszkowskiego) towarzyszkę przygód Tanka i Profesora. Mamy wreszcie sympatyczną Nävis, bohaterkę „Armady”, która bez facetów radzi sobie wręcz wyśmienicie. Warto też wspomnieć o silnej kobiecej osobowości, zamkniętej w cybernetycznym ciele, znanej jako Motoko Kusanagi (głównej bohaterce „Ghost in the shell” autorstwa Masamune Shirow). Dobrze pamiętać i o tym, że w przedostatnim odcinku „Kasty metabaronów”, heroicznej sagi o kosmicznych najemnikach, wykreowanej przez Alexandro Jodorowsky’ego i Juana Gimeneza, metabaronem (typem niezwyciężonego wojownika będącego wręcz synonimem męskości) była kobieta – Aghora.


    Skrajną grupę postaci nowej generacji stanowią kobiety, które są zarówno samodzielne jak i zaradne, na pewno jednak nie pasuje do nich określenie "miłe" bądź "delikatne". Przykładem może tu być główna bohaterka wydanego także i u nas komiksu „Pro” (sc. Garth Ennis), będąca prostytutką, której życie nie szczędziło najgorszego. Jest to postać zdecydowanie niepoprawna politycznie, rzucająca obelgami skierowanymi do „całego męskiego rodu” i nie tylko. Do tej grupy można by też zaliczyć główną bohaterkę komiksowej serii „Tank girl” (stworzonej przez Alana Martina i Jamiego Hewlett'a) – zbzikowaną, prawie łysą indywidualistkę, jeżdżącą swoim dziwacznym czołgiem i wiecznie szukającą rozróby. Co ciekawe, mimo że bohaterki takie mają z pozoru odpychającą powierzchowność, to i tak w pewnym stopniu budzą szczerą sympatię, a nawet mogą się podobać a przede wszystkim zachowują się tak jakby tego chciały feministki – są bowiem niezależne od mężczyzn...


Navis. główna bohaterka serii "Armada"

POZORY MYLĄ

    Wszystkich niezależnych komiksowych bohaterek nie sposób rzecz jasna tutaj wymienić. Wspomnę jedynie o kilku postaciach które doskonale wpisują się w zagadnienie feminizmu na kartach komiksów. Mam tu na myśli przykład Aaricicę – żonę Thorgala Aegirssona, Minę Harker - z Ligi niezwykłych dżentelmenów, Jill Bioskop – bohaterkę Trylogii Nikopola, czy Cyann – protagonistkę cyklu autorstwa François Bourgeon, żeby wymienić tylko te panie, które od razu przychodzą mi na myśl. Jedak w artykule chodziło raczej o odzwierciedlania echa feminizmu jako ideologii, która stała się w pewnym momencie obecna w komiksie i, choć opornie, jednak ewoluowała na przestrzeni kilku dekad także w ramach tego medium. Należy jednak zauważyć, że mimo swoich przymiotów, wszystkie postacie wymienione powyżej są w znacznym stopniu stworzone z myślą o męskich odbiorcach i ewoluują w typowo męskich światach i fabułach. Ich niezależność jest więc często tylko pozorna, nie są bowiem w stanie wyzwolić się ze wspomnianych już wcześniej „okowów patriarchatu”, ucieleśnionego w oczekiwaniach czytelników i idącym im na przeciw posunięciom marketingowym wydawców. 

    Produkt musi być dopasowany do tego, czego pragną odbiorcy. Takie dziewczyny muszą w większości przypadków odpowiednio wyglądać, muszą się podobać. Walka kobiet o równouprawnienie i akceptację społeczną przyniosła pewne miarodajne rezultaty na polu popkultury. Nie można jednak zachłysnąć się tym, że spora ilość kobiet trafiła na okładki komiksów i została bohaterkami pierwszoplanowymi z prawdziwego zdarzenia. W medium tym wciąż pokutuje mnóstwo stereotypów. Chociaż zdarzają się pozycje (głównie pochodzące z wydawnictw nie związanych z mainstream'em (np. "Blankets" albo "Ghost World"), w których przedstawiane są obrazy kobiet takich, jakimi faktycznie chciałyby je widzieć feministki, to wydaje się, że zalew prawdziwie feministycznych bohaterek w mainstream'owych komiksach raczej nam nie grozi.

Główna bohaterka brytyjskiej serii komiksowej "Tank girl"



niedziela, 4 maja 2014

Rzecz o tym, jak pewien Ukrainiec z niezaprzeczalnym talentem po świecie się tułał (cz. 2/2)



    Cóż, majówka sprzyja zajmowaniu się tematami, na które często nie ma czasu w "normalny" dzień. Tak więc, zgodnie z zapowiedzią, zamieszczam drugą część "podrasowanego" artykułu o Igorze Baranko już dziś.     

Okładka do pierwszego tomu cyklu "Taniec czasu"

   W kolejnych latach zaczęła ukazywać się jeszcze jedna, chyba najbardziej znana, autorska seria Baranki: „La Danse du temps („Taniec czasu”), publikowana w latach 2005-2011. W jej skład wchodzą albumy: „Le baiser du serpent” („Pocałunek węża”) z 2005 r. oraz „L'arme des demons” („Broń demonów”) i „Les trois reines sans visage” („Trzy królowe bez twarzy”) z 2006 r. Można powiedzieć, że jest to europejska odmiana popularnych w Stanach – szczególnie w uniwersum Marvela – serii typu „what if?” (czyli: „co by było, gdyby?”). W tym przypadku pytanie postawione przez autora jest następujące: a co, jeśli Kolumb nie odkryłby Ameryki i zamiast tego to Indianie sami odkryliby Europę?... Ponadto zmiana paradygmatu nastąpiłaby nie poprzez rozwój techniki w społecznościach indiańskich i podróżom na statkach przez ocean, lecz raczej przy użyciu magii i przenoszeniu się w czasie z pomocą tytułowego tańca? Głównym bohaterem opowieści jest dumny indiański wojownik o imieniu Cztery Wiatry, pochodzący z plemienia Lakota. Porywa on córkę wodza plemienia Pawneesów, piękną Księżycową Chmurę, aby siłą pojąć ją za żonę. Wkrótce jednak dziewczyna ginie, a zrozpaczony tą dotkliwą stratą Cztery Wiatry wyrusza na poszukiwanie ostatnich z żyjących Paiutów, Mistrzów Czasu, chcąc, żeby ci po raz kolejny zmienili świat i przenieśli go w przeszłość, aby mógł uchronić dziewczynę od śmierci... Ale wersja rzeczywistości, do której trafia po odtańczeniu magicznego tańca czasu, jest znacznie inna od tej, którą znał. Tutaj bowiem Paiutowie spotykają się z chciwymi demonami o białej skórze, przybyłymi zza wielkiej wody...

Okładka albumu "Asteroide Hurlant". Autorem ilustracji jest Amerykanin, Travis Charest, o którym mam nadzieję też kiedyś napisać :)

    W 2006 r. Baranko wziął także udział w pracach nad albumem typu oneshot, zatytułowanym „Astéroïde Hurlant” („Wrzeszcząca Asteroida”). Tytuł stanowi oczywiście nawiązanie do wspomnianego już sztandarowego magazynu komiksowego z wydawnictwa Les Humanoïdes Associés, Métal hurlant” (dosł. „Wrzeszczący metal”). Album powstał przy okazji reaktywacji tego właśnie periodyku, po niemal trzydziestu latach jego nieobecności na rynku wydawniczym. Jest to zbiór krótkich komiksowych opowiadań science fiction, narysowanych przez różnych, głównie młodych i mało znanych twórców z wielu krajów – jednakże głównie z Europy – do scenariuszy Alejandro Jodorowsky’ego, którego chyba nie trzeba przedstawiać. Na liście rysowników pojawiają się nazwiska takie jak Riou, Vigouroux, William III, Alixe, Højgaard, Opena, Medellin, Granov, Ladronn, Meglia, Ciruelo i oczywiście Baranko.

Ilustracja która znalazła się finalnie na okładce albumu "Maksym Osa"

    Kolejną, ponownie stricte autorską pozycją w dorobku Baranki jest kozacka opowieść „Maksym Osa. U nas album ten został wydany w 2009 r. przez wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy, zaledwie rok po ukazaniu się pierwotnego, francuskiego wydania. Maksym Osa to inteligentny i oczywiście zadziorny Kozak z siedemnastowiecznego Dzikiego Pola – terenu stanowiącego w tamtym czasie ziemię niczyją na południu Ukrainy (choć faktycznie ten obszar był częścią państwa polskiego). Na Dzikich Polach Kozacy założyli małą „zbójecką republikę” i zapuszczali się z wyprawami łupieżczymi do tureckich portów. Rząd polski tolerował tego typu działania, ponieważ osłabiały one wrogą wówczas Turcję. Po powrocie z jednej z takich wypraw Osa zostaje wplątany w zawiłą intrygę. Z zaskoczeniem odkrywa, że wszyscy byli pewni, iż on sam już nie żyje (i nawet istnieje grób, w którym podobno spoczywa jego ciało)! Z wciąż świeżą raną głowy, a przez to nie do końca pewny, co jest jawą, a co snem, Osa stwierdza, że nawet jego własna narzeczona, Nastka, nie poznaje go ani nie chce z nim rozmawiać... Wkrótce potem Osa musi się samotnie zmierzyć z wieloma niepokojącymi pytaniami: Czy wilkołaki istnieją naprawdę? Gdzie jest zaginiony skarb atamana Chwosta? Jednak przede wszystkim musi dowiedzieć się, kto (lub co) kryje się w jego własnym grobie. Wersja wydarzeń jest kilkukrotnie rewidowana przez nowe fakty które odkrywa podczas dochodzenia dzielny kozak. Intryga rozwija się a jej obraz zmienia, niczym w rasowym kryminale, dodatkowo okraszonym elementami mistycznymi pochodzącymi z wierzeń ludowych. Mowa tutaj o wspomnianym już wilkołaku, czarach i czarownicach, magicznych eliksirach itd. Mnie osobiście komiks urzekła także pięknym odmalowaniem realiów siedemnastowiecznego Dzikiego Pola. Także galeria niezwykłych postaci, z których każda skrywa jakąś tajemnicę jak również interesujące przedstawienie nakładania się (i konkurowania ze sobą) wpływów religii prawosławnej z katolicką i wierzeniami ludowymi.

Okładka pierwszego tomu polskiego wydania "Egipskich księżniczek" 

Ostatnia, znacznie już nowsza seria, której Barnako jest zarówno scenarzystą, jak i rysownikiem, to „Les Princesses Égyptiennes” (“Egipskie Księżniczki”). Powstała ona w latach 2010-2011. W jej skład wchodzą aktualnie dwa albumy. Pierwszy z nich został u nas wydany we wrześniu 2013 r. (ponownie przez wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy). Akcja rozgrywa się w Egipcie, w czasach dwudziestej dynastii. Podczas gdy panowanie Ramzesa III zbliża się ku końcowi, z powodu sędziwego wieku władcy, niektóre osoby w pałacu chcą ten koniec znacznie przyśpieszyć i zrobić miejsce dla dziedzica tronu, który zasiądzie tam z ich wyboru. Tytułowe księżniczki to Kiki-Nefer i Titi-Nefer, córki odchodzącego właśnie w cień Wielkiego Faraona, które muszą stawić czoło pałacowym intrygom, przede wszystkim pozostać przy życiu i finalnie postarać się o to aby przejąć władzę. Jak to u Baranki, we wszystkich wydarzeniach mają swój doniosły udział siły nadprzyrodzone, a w szczególności niespokojne duchy zmarłych.


    Przedstawione powyżej zarysy fabuł autorskich serii ukraińskiego rysownika jednoznacznie wskazują na ulubione tematy tego artysty. Niewątpliwie należy do nich kreowanie alternatywnych wizji pradawnych społeczeństw, eksplorowanie towarzyszących tym ludom wierzeń, praktyk magicznych i zagadnień związanych z metafizyką czy ezoteryką. Z kolei styl graficzny tworzonych przez Barankę opowieści zmienia się dosyć elastycznie, zależnie od tematyki, i tym samym trudno go jednoznacznie zaklasyfikować. A jednak prace Baranki są w gruncie rzeczy dosyć charakterystyczne. Przede wszystkim, przez wiele lat autor chyba najlepiej czuł się, tworząc opowieści w czerni i bieli. Taką techniką były tworzone opowieści o Maksymie Osie, Skaggym Zatraconym czy Pitifosie. ale także i najmłodsza seria, rozgrywająca się w Egipcie. Dopiero późniejsze prace, te tworzone już dla „Les Humanoides”, zaczęły być publikowane w kolorze, nawet jeśli początkowo powstały tylko w czerni i bieli (np. „Taniec czasu”). Zdaje się, że takie po prostu były wymagania techniczne (czy też może lepiej nazwać to standardami) wydawcy aby płynnie wpasować nowe albumy do portfolio, choć jest to tylko mój domysł. Kolejną charakterystyczną cechą stylu wypracowanego przez Barankę są karykaturalne, łatwo rozpoznawane postacie, z niezwykle ekspresyjnymi twarzami, a nawet często – myślę, że nie będzie to zbyt dosadne określenie – gębami. Mam tu w szczególności na myśli wczesne serie Baranki, których treść miała zabarwienie humorystyczno-slapstick'owe a postacie przyjmowały formę karykatur. Potem bowiem w moim odczuciu styl artysty stał się bardziej subtelny i bliższy realizmowi. Mamy wreszcie pewną specyficzną kunsztowność rysunku z licznymi cyzelowanymi detalami oraz cechę ostatnią choć nie mniej ważną, piękne wnętrza i krajobrazy.


Jedna z plansz z "Eksterminatora 17" w charakterystycznej dla autora czarno-białej formie. Finalnie w albumie od Les Humanoides znalazła, niestety, wersja kolorowa. Piszę "niestety" gdyż w mojej opinii kolor miejscami wręcz ujmuje urody pracom Baranki.

    W mojej ocenie Igor Baranko ma przed sobą jeszcze wiele lat twórczej pracy, a spod jego ręki ma szanse wyjść co najmniej kilka nieszablonowych i interesujących (zarówno pod względem fabularnym, jak i graficznym) serii komiksowych. Jeśli więc tylko artysta nie znudzi się arkanami tego gatunku, to w nadchodzących latach z chęcią będę się zapoznawał z jego nowym dorobkiem i śledził ewolucję stylu graficznego. Nawet gdyby tak się nie stało, to myślę, że to, co rysownik ten stworzył do tej pory, i tak gwarantuje mu już znaczące miejsce w historii europejskiego komiksu. Jeśli natomiast chodzi o rynek amerykański, mam wrażenie, że epizodyczna obecność Baranki utonęła niestety w morzu innych nazwisk i pozostała tam niedoceniona...


Źródła:

piątek, 2 maja 2014

Rzecz o tym, jak pewien Ukrainiec z niezaprzeczalnym talentem po świecie się tułał (cz. 1/2)


    Cóż, trzeba przyznać, że jest to jeden z tych tekstów, które miały ciekawą drogę na tzw. "światło dzienne". Krystalizował się bowiem w bólach w przeciągu dosyć długiego okresu czasu. Mobilizacją do złożenia całości do kupy była (zakończona już chyba definitywnie) współpraca z magazynem KZ. Artykuł się tam nawet ukazał (numer 74 rzeczonego periodyku) po niezłym zamieszaniu wokół mojej skromnej osoby (mea culpa – choć nie tak do końca)... Jednak forma w jakiej tekst finalnie się tam znalazł – pewne nieautoryzowane zmiany po fazie korekty oraz dosyć spartański layout całości – skłoniły mnie do pewnej refleksji i zamieszczenia tutaj, na blogu, mojej „zremasterowanej” wersji, zgodnie z zasadą wierniejszej interpretacji „tego co autor miał na myśli”. W pewnym stopniu uległa też zmianie zawartość merytoryczna tekstu, głównie przyjmując postać drobnych korekty i pewnych uzupełnień. Nie wykluczone, że w podobnej formie „odkurzę” także i inne teksty pisane niegdyś dla różnych magazynów. Tymczasem jednak zapraszam do lektury bieżącego materiału.


Baranko na MFKiG w 2010 r. obok swojego rysunku stworoznego w ramach konkursu na komiksową miss festiwalu. Fot. Jarek Obważanek, wrak.pl

    Igor Baranko urodził się w Kijowie, na Ukrainie, 1 stycznia 1970 r. Jest zarówno rysownikiem, jak i scenarzystą komiksowym. Jak sam stwierdzał w wywiadach, decyzję o tym, że chce rysować komiksy, „podjął bardzo wcześnie, pod wpływem kontaktu z pracami Hugona Pratta i Grzegorza Rosińskiego”. Tworzone przez niego opowieści są zazwyczaj dosyć nieszablonowe (zarówno w warstwie narracyjnej, jak i graficznej), być może dlatego, że sam artysta przeszedł w życiu ciekawą drogę. Po ukończeniu szkoły plastycznej w Kijowie był bowiem między innymi zawodowym żołnierzem, a w pewnym momencie (po uzyskaniu zielonej karty) wyemigrował i mieszkał przez kilka lat w Stanach Zjednoczonych. Potem jednak, jak się wydaje ostatecznie, powrócił do Europy.


Okładka komiksu "Святослав i вiкiнг" (Światosław i Wiking)

    Baranko rozpoczął tworzenie komiksów, jeszcze mieszkając na Ukrainie. Dużo ciekawych informacji, zarówno samych opowieści obrazkowych jak i grafik dotyczących bezpośrednio tego okresu zawiera na przykład blog Baranki, prowadzony w latach 2008-2011. Ostatni, pojedynczy wpis pochodzi z 2012 r. aktualnie miejsce to wydaje się niestety porzucone przez autora. Nie mniej jednak jest to ciekawe źródło informacji ponieważ te wczesne prace wydawane na Ukrainie, w rodzimym języku jak np. "Святослав i вiкiнг" (Światosław i wiking) czy "ГОРОД СПЯЩЕГО БОГА" (Miasto śpiącego boga) i wiele innych krótkich form komisowych, są u nas (i na zachodzie) właściwie nieznane. Niemniej z biegiem czasu prace Baranki były drukowane nie tylko w rodzimym kraju, lecz także na łamach wielu różnych fanzinów na terenie Starego Kontynentu, w tym także i u nas, głównie w kilkuletnim okresie na przełomie XX i XXI w – niestety nigdy w formie albumowej, lecz raczej (podobnie jak i w innych krajach) w prasie komiksowej. Dwie pełnometrażowe historie, „Skaggy Zatracony” (choć moim zdaniem powinno to zostać przetłumaczone jako „zagubiony”) oraz „Pifitiada”, prezentowane były w odcinkach, jedna po drugiej, w magazynie „AQQ” w latach 1999-2001. Natomiast inny komiks Baranki („Kiedy nikt nie patrzy”) trafił też do 119. numeru magazynu „Cyrkielna”. Artysta był też kilkukrotnie gościem MFKiG, np. w 2004 i 2010 r. Pojawił się też na festiwalu Komiksowa Warszawa, kiedy to wygrał bitwę komiksową (także w 2010 r.). Jednak zważywszy na realia południowo-wschodniej Europy, ciężko mu się było przebić dalej, aby rozwinąć artystyczne skrzydła. Dlatego też w 1999 r. Baranko wykorzystał okazję, aby wyemigrować do Ameryki Północnej…

Okładka drugiego zeszytu serii Skaggy The Lost, wydawca SLG USA.

    Tam też, około roku później, udało mu się nawiązać współpracę z amerykańskim wydawnictwem – Slave Labour Graphic Publishing (SLG). W 2001 r. opublikował tam najbardziej znane opowieści stworzone jeszcze w czasach jego pobytu w Europie: „Pifitos: A Newly Found Unknown Poem of Homer” („Pifitos: Nowo odnaleziony poemat Homera”, u nas znany jako wspominana już „Pitifiada”), a także serię Skaggy the Lost” („Skaggy Zatracony”). Pierwsza z nich opowiada o przygodach tytułowego Pifitosa w pseudo-starożytnej Grecji. Jest to epicka historia o tym, jak bohater, w towarzystwie pięknej dziewczyny o imieniu Amitis, zostaje wysłany na klasyczną wyprawę, mającą z niego uczynić nowego bohatera jego kraju. Po drodze będzie się jednak musiał zmierzyć między innymi z pijanymi centaurami, kochającymi muzykę potworami i innymi dziwnymi stworzeniami. Pifitos żegluje też na bezimienną wyspę, aby zmierzyć się z boginią Hecate i ostatecznie dotrzeć do wrót Hadesu. Z kolei opowieść o Skaggym („Zatraconym”) Erikssonie to pełna humoru seria publikowana przez SLG w latach 2002-2003. W wydaniu amerykańskim została ona zebrana w czterech zeszytach (ang. Issue). Komiks opowiada o przygodach grupy nieco postrzelonych wikingów, którzy pod dowództwem tytułowego bohatera docierają w XI w. do Ameryki Środkowej, rzecz jasna w poszukiwaniu złota. Eksplorują przy tym tereny prekolumbijskie, a wkrótce też napotykają na swojej drodze Indian, którzy za sprawą magii właśnie uciekają przed najeźdźcami do świata równoległego. Nigdzie nie udało mi się znaleźć informacji, aby ta seria ukazała się drukiem w Europie jako całość, w wydaniu zeszytowym lub albumowym, a szkoda.

Okładka kontynuacji Exterminatora 17, tutaj z wydawnictwa Casterman (a nie Les Humanoides) z grafiką Enki Bilala, który był rysownikiem oryginalnej wersji opowieści.

    Jednak na naprawdę szerokie wody Igor Baranko zaczął wypływać po raz pierwszy w 2001 r. jako cover artist do amerykańskiego zeszytowego wydania serii „Przed Incalem”, będącej prequelem właściwego „Incala” - czyli serii serii stworzonej przez tandem Moebius-Jodorowsky. Baranko narysował trzy z ośmiu okładek zeszytów „przedincalowej” serii, wydawanej w USA przez Humanoids Inc., amerykański odłam słynnego szwajcarskiego wydawnictwa Les Humanoïdes Associés. I zdaje się, że był to początek bardzo dobrej i owocnej współpracy. Z tym właśnie wydawnictwem Baranko pozostaje bowiem silnie związany od przeszło dziesięciu lat... Dzięki tworzeniu okładek do serii „Przed Incalem” artysta wkrótce dostał też propozycję współpracy przy kontynuacji słynnego „Eksterminatora 17”. Opowieść Exterminateur 17 – La trilogie d'Ellis (“Eksterminator 17 – Trylogia Ellisa”) powstawała w latach 2003-2008. Pan Igor rysował tą historię według scenariusza Jean-Pierre’a Dionetta, który pracował też przy oryginalnym „Eksterminatorze”, będącym w latach 70. jednym ze sztandarowych tytułów pisma „Metal Hurlant”. W skład serii wchodzą albumy: „L'Alliance” (Alians) z 2003 r., „Retour à Ellis” („Powrót Ellisa”) z 2004 r. oraz „Des larmes de sang” („Krwawe łzy”) wydane w 2008 r. Opowiadają one o czasach, gdy Ziemia stała się zbyt mała dla zamieszkujących ją ludzi, a gdy zasobów przestało wystarczać, by wyżywić wszystkich, dzięki gwałtownemu rozwojowi techniki ludzkość uzyskała dostęp do podróży gwiezdnych, co rozpoczęło falę emigracji w przestrzeń kosmiczną w poszukiwaniu nowych możliwości. Szczerze powiedziawszy, to oryginalnością fabuła tego komiksu raczej nie grzeszy... Jednak przyznaję, że samego dzieła nie miałem okazji czytać, więc nie wiem, jak sztampowy scenariusz został finalnie przedstawiony w komiksowej formie.

Okładka pierwszego tomu cyklu "Imperator Oceanu".


    W międzyczasie, po powrocie do Europy, Baranko zaczął też tworzenie kolejnej autorskiej serii, „L’Empereur-Océan („Imperator oceanu”), która powstawała w latach 2003-2012. Jak przeczytałem w kilku wywiadach, artysta zajął się swoim prywatnym projektem z powodu wolnego tempa prac nad kontynuacją „Eksterminatora 17”, co było podobno niestety spowodowane opieszałością scenarzysty. W mojej ocenie wyszło to Barance zdecydowanie na dobre i pomogło w rozwoju. W skład omawianej serii wchodzą albumy: „Le Horde” („Horda”) z 2003 r., „Réincarnation(„Reinkarnacja”) z 2003 r. oraz „Le Tombeau” („Grobowiec”) z 2004 r. Amerykańska edycja tej serii była wydawana pod wspólnym tytułem „Jihad” i to właśnie ten album ukazał się w 2012 r. – stąd moja wcześniejsza uwaga, że seria wydawana była w przeciągu niemal dziesięciu lat. Fabuła opowieści rozgrywa się pomiędzy rokiem 1206 a 2040. W wątku z trzynastego wieku założyciel imperium mongolskiego, książę Temujin, zostaje uznany za najwyższego Chana i w końcu przyjmuje tytuł Czyngis-chana (czyli właśnie tytułowego Imperatora Oceanu). W niedługim czasie, przy wykorzystaniu broni masowego rażenia, a także zakrojonym na szeroką skalę eksterminacjom ludności cywilnej, sieje postrach i narzuca swoją hegemonię. Dzięki zdobytym wpływom wkrótce ma u swego boku armię około 150 tys. ludzi – wcale nie tak wielką, jednak z jej pomocą udaje mu się objąć swym panowaniem rozległe terytorium rozciągające się od Pacyfikudo Morza Kaspijskiego. Wątek z 2040 r. opowiada natomiast o tym, jak były pisarz science fiction, niejaki Ivan Apelsinov, staje się dyktatorem Wszechrosji i przywołuje duchy Czyngis-chana oraz jego Złotej Hordy, którzy mają mu pomóc w urzeczywistnieniu ambitnego planu uzyskania nieśmiertelności...



Drugą połową artykułu zredaguję i zamieszczę wkrótce.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Wiedźmin – Sezon burz, recenzja



    Po ukończeniu wiedźmińskiej sagi Andrzej Sapkowski przez długi czas zapierał się, że już nie będzie wracał do świata białowłosego zabójcy potworów, że nie powstaną nowe opowiadania bądź powieści o wiedźminie Geralcie z Rivii. Wielu fanów, pomimo licznych zachęt i próśb pod adresem pana Andrzeja, już pewnie dawno straciło nadzieję, że autor kiedykolwiek powróci do tematu a jednak, nastąpiła (voilà) niespodzianka! Bodaj pod koniec 2012 r. pojawiły się plotki i pogłoski a potem już oficjalne informacje o planowanym powrocie Geralta na łamach nowej powieści. Książka była w zasadzie skazana na sukces. Nawet jeśli historia sama w sobie okazałaby się literackim niewypałem, to popularność postaci stworzonej przez Sapkowskiego, zbudowana zarówno dzięki jego własnej twórczości jak i udanym grom komputerowym ze studia CD Project Red, napędziłaby znacząco sprzedaż (przynajmniej na początku). Co z tego wyszło? Zacznijmy, tradycyjnie, od krótkiego streszczenia fabuły...

    Otóż wiedźmin Geralt dociera do nadmorskiego miasta Kerack i niemal natychmiast zostaje aresztowany za rzekome przestępstwa w postaci malwersacji i kradzieży. Co prawda dosyć szybko udaje mu się odzyskać wolność, bo ktoś wpłaca za niego kaucję, jednak w ramach całej tej kabały traci swoje nieodłączne miecze, zarówno ten stalowy, na ludzi, jak i srebrny (podobno magiczny) na potwory... Białowłosy czuje się bez nich zdecydowanie nieswojo i oczywiście, jak zwykle wbrew swojej woli, zostaje wplątany w wielkoskalowe intrygi a konkretnie dwie. Jedną na tle dynastycznym, związaną z panowaniem sędziwego króla Belohuna, a drugą dotyczącą czarodziejów z zamku Rissberg, ich eksperymentów naukowych i produktów tychże. Akcja jednak nie rozgrywa się tylko w Kerack i na Rissbergu, dość zaskakująco przeskakuje bowiem między kilkoma różnymi krainami. I tak wiedźmin odwiedza jeszcze między innymi obszar graniczny pomiędzy Temerią a Redanią a także szlak żeglugowy do Novigradu. Pojawiają się także bardzo ciekawe wątki poboczne jak na przykład znaczący przecież epizod o Lisicy - Aguarze porywającej elfie dzieci i i zagubionym na wspomnianym rzecznym szlaku slupie pewnego kupca. Drugim w zasadzie trudnym do zinterpretowania wątkiem pobocznym jest też ten z Nimue i jej podróżą do szkoły czarodziejek, kiedy to, sama nie wiedząc czy na jawie czy we śnie spotyka ona na swej drodze wiedźmina.

    Wracając jednak do samego Geralta, to u jego boku, jak zwykle pojawia się też poeta Julian, szerzej znany jako Jaskier, jak zwykle nie wiadomo czy będący bardziej kulą u nogi wiedźmina czy jednak raczej lojalnym i użytecznym towarzyszem. Właściwie, jak zwykle, Jaskier jest i jednym i drugim – na zmianę. W powieści pojawia się też sporo innych postaci znanych czytelnikowi ze starszych przygód wiedźmina, jak czarodziejka Yennefer czy adeptka (przynajmniej w tej opowieści, gdyż później stała się przecież arcymistrzynią magii) Nimue. Pojawia się jednak także galeria postaci zupełnie nowych, można by rzec „zupełnie z innej bajki”. Najważniejszą z nich jest chyba piękna i uwodzicielska czarodziejka Lytta Neyd, zwana Koral, która najpierw wpędza wiedźmina w niemałe kłopoty, które doprowadzają go do wspomnianej już utraty mieczy, a potem wpuszcza go do swojego łoża i wdaje się z nim w romans. Oprócz niej jest też i cała rzesza innych malowniczych postaci jak chociażby psychopatyczny i groźny czarodziej Sorel Degerlund, młoda i tajemnicza czarodziejka-dwimvendra Tiziana Frevi, wiedźmin z cechu kota – Brehen, czy ostatnia, lecz nie najmniej ważna persona – asystentka Lytty Neyd - Mozaik.

    Kiedy nabyłem książką, nie wiedziałem właściwie czego tak naprawdę się spodziewać? Intencjonalnie nie czytałem wcześniej żadnych streszczeń ani recenzji. Przewidywałem potencjalną możliwość, że Sapkowski będzie nawiązywał do świata wykreowanego w grach CD Projekt Red, tak się jednak nie stało. Opowieść „ojca” wiedźmina pozostała niezależna. Przez długi czas podczas lektury miałem też trudności z umiejscowieniem czasowym tej historii. Autor umiejętnie maskuje to przed czytelnikiem, przemycając jedynie pewne wzmianki, które mogą być odpowiednio zinterpretowane dzięki znajomości wiedźmińskich opowiadań oraz sagi. Właściwie dopiero dzięki pojawieniu się na kartach opowieści informacji o kancelarii Kodringera i Fenna uświadomiłem sobie, że wydarzenia z „Sezonu burz” rozgrywają się na pewno przed wydarzeniami z samej sagi, gdzie wspomniana kancelaria spłonęła a jej właściciele zginęli. Ostateczne potwierdzenie, że „Sezon” jest prequelem pojawia się jednak dopiero podczas spotkania Geralta, niemal pod koniec książki, ze wspomnianym wiedźminem renegatem - Brehenem. To bardzo ciekawy zabieg, autor sprytnie utrzymuje tym sposobem czytelnika w niepewności co do umiejscowienia opowieści w chronologii wydarzeń z życia Geralta. Pomimo tego, że „Sezon burz” osadzony jest na osi czasu gdzieś pomiędzy opowiadaniami "Ostatnie życzenie" (wiedźmin zna już bowiem Yennefer) a tym o tytule "Wiedźmin" (na ostatnich stronach "Sezonu" dowiaduje się o zleceniu na odczarowanie strzygi-królewny, Addy). Warto też powiedzieć, że niezależnie od tego, czy już czytaliście wiedźmińskie opowiadania i sagę, „Sezon burz” warto przeczytać tak, jak książka ta została wydana - jako ostatnią opowieść na "liście" aby wyłapać pewne nawiązania do historii powstałych wcześniej.

    Słyszałem różne opinie: że nowy wiedźmin jest naiwnym rębajłą, że książka jest niespójna fabularnie, że akcja przeskakuje z miejsca na miejsce bez ładu i składu. W końcu, że wielka burza która w finale niemal niszczy Kerack przychodząc znikąd jest absurdalna. Mnie jednak książka zdecydowanie się podobała. Miło i szybko się ją czytało, w mojej opinii to dobra i ciekawa lektura. Nowa wiedźmińska powieść dosyć płynnie została wkomponowana w całość "macierzystego" uniwersum. Sapkowski dość umiejętnie unika sztampy, wielokrotnie zaskakuje rozwiązaniami scenariuszowymi. Ciekawym pomysłem jest też sama kwestia pozbawienia wiedźmina jego nieodłącznych ostrzy i postawienie pytania: czym tak naprawdę jest wiedźmin bez swoich mieczy? 

    Myślę, że dobrym zabiegiem było również potraktowanie samej powieści jako prequela wiedźmińskiej sagi. Pozwoliło to uniknąć ewentualnych konfliktów i niespójności np. względem tego, co wymyślili ludzie z CD projekt Red (jeśli opowieść miała by się rozgrywać po sadze). Sapkowski nie traci pisarskiego „pazura”. W 2013 czytałem (w końcu!) Trylogię Husycką w której autor pokazał klasę literacką, sprawnie prowadząc intrygę i opisując pół-magiczne rozgrywające się we wczesnym średniowieczu przygody młodego Reinmara von Bielau, podróżującego po Dolnym Śląsku i Czechach. Zarówno tam jak i tutaj, w „Sezonie”, przy okazji przygód „starego dobrego” wiedźmina autor kunsztownie kreśli wizję uniwersum i zawiłe intrygi. To się po prostu dobrze czyta. "Sapkowski nie potrafi nudzić" (jak to kiedyś stwierdził bodaj Maciej Parowski) i chwała mu za to. Osobiście bardzo się cieszę, że Geralt powrócił wraz z nową opowieścią. W moim odczuciu historia ta jest dziełem przemyślanym i dopracowanym. Nie jest to skok na kasę ani odcinanie kuponów od dawnej popularności.