wtorek, 21 maja 2024

Frontier - Explore, Expand, Escape. "Granica" Singeline'a.

    "Z pewną taką nieśmiałością" - jak to mówiła jedna pani pewnej w starej reklamie artykułów higienicznych - sięgnąłem po ten album. Było to na zasadzie "raz kozie śmierć" - nie wiem dokładnie co to ale zobaczę, przeczytam, jak mi się nie będzie podobało to sprzedam. Ale dzis już wiem, że nie sprzedam a nawet będę co jakiś czas ściągał z półki i ponownie czytał, żeby odwiedzić sympatycznych bohaterów eksplorujących przestrzeń kosmiczną w pewnym pozaziemskim układzie słonecznym.

 

Manga czy nie manga? Opisywana w tekście tylna okładka albumu Frontier

    Na ten komiks trafiłem - dosłownie - przypadkiem. Po prostu szukałem innych, spodziewanych, nowości w ulubionym sklepie z komiksami a okładka tegoż albumu - jak się okazało tylna - przyciągnęła mój wzrok. W pierwszej chwili myslałem, że to japońska manga w nietypowym dla tego gatunku formacie zbliżonym do A4  i (jak to rzadko ale jednak czasami bywa z japońskimi produkcjami) w opcji "full color". Ponadto mangi - czy też ogólnie książki z japonii - czyta się z prawej do lewej, a więc w porządku odwrotnym niż w krajach zachodnich a ta okładka wyglądała jakby właśnie tak trzeba zacząć lekturę - od "końca" do "początku" albumu wg. naszej nomenklatury. Dodatkowo w pierwszej chwili co do pewności o tym, że to może być jednak manga utwierdził mnie widoczny na okładce kadr przedstawiający - jak się okazało później - główne postacie. Ich wygląd przywodził natychmiastowo na myśl obecny w japońskich komiksach humorystyczny styl rysowania nazywany "super deformed", w którem postaci są zazwyczaj jednocześnie super słodkie i niezwykle ekspresyjne. Jedną różnicą było to, że zamiast charakterystycznych mangowych "wielkich oczu" te postaci z okładki miały raczej "czarne węgielki" w miejscu narządów wzroku, co upodabniało je z kolei w tym aspekcie do ludzików Lego.

    Wychodząc z tej nieco przydługiej dygresji - jak to już częściowo wyartykułowałem powyżej - zacząłem więc kartkować album od końca. No i pierwszą rzeczą którą tam ujrzałem był de facto szkicownik, w którym autor zamieścił na każdej ze stron mnóstwo malutkich, niezwykle misternych rysunków koncepcyjnych, głównie przedstawiających postaci i maszyny które cześciwo pojawiły się później w opowieści a częściwo zupełnie nie. Fakt "obecności" lub "nieobecności" pewnych "prototypów" wziął się stąd, że - jak się wkrótce okazało, po zapoznaniu się z opisywanym szkicownikiem - pomysł na tę opowieść ewoluował w głowie rysownika przez prawie dekadę - pierwsze rysunki datowane są na rok 2013r., ostatnie zaś na 2020r.. Ostatecznie komiks został wydany na zachodzie całkiem niedawno - bo pod koniec 2023r.


"Prawilna" czyli frontowa okładka albumu Frontiere

    Powiem wprost - urzekły mnie te szkice  - i zachęciły do dalszej eksploracji "Granicy". Tak więc przekonawszy się, że mam do czynienia raczej z komiksem europejskim lub amerykańskim, zacząłem z kolej przeglądać go "po bożemu" czyli od faktycznego początku opowieści. I tak oto bardzo szybko uświadomiłem sobie kolejne ciekawe i zaskakujące fakty odnośnie tego albumu. Po pierwsze: że zarówno w czerni i bieli (szkicownik) jak i w kolorze rysunki w tym komiksie wyglądają na prawde dobrze, są staranne, dopracowene, szczegółowe. Miejscami też mamy do czynienia z bardzo ciekawym kadrowaniem i niemal wszędzie - często w dużych ilościach w ramach poszczególnych kadrów - są tu te urocze postaci. Po drugie: uświadomiłem sobie, że nigdy nie słyszałem o autorze nazwiskiem "Guillaume Singelin" a tutaj okazało się, że artysta ten - oraz wydawnictwo Nagle!, odpowiedzialne za polską edycję tego komiksu - dostarczają mi niespodziewaną perełkę, która okazuje się na prawdę intrygujaca. Po trzecie: po ukradkowym przeczytanie kilkunastu stron, jeszcze w sklepie - szybko przekonałem się, że mimo uroczych, zabawnych designe'ów mam tu w sumie do czynienia z naprawdę mądrą opowieścią z gatunku, który można by nazwać "proekologicznym SF". Opowieść ta niesie też w sobie głębokie refleksje na temat tego, jak może wyglądać przyszłość naszej cywilicacji za zaledwie kilka dekad. 


W tej opowieście takie właśnie "małe ludziki" są niemal w każdym kadrze.


    Mam tu na myśli temat eksploracji kosmosu ale nie w romantycznej formie wielkich wypraw kosmicznych do odległych gwiazd czy opowieści o bohaterskich zdobywacach i odkrywcach ale raczej głęboko humano-centrycznej opowieści o komercjalizacji kosmosu, jego zasobów - w postaci bliskich ojczystej planecie bohaterów asteroid, planet i księżyców. Wszystko aby napędzać wydobycie, produkcję i konsumpcję w całym układzie słonecznym - a tym samym zyski wielkich firm "trzymających łapę" nad całą kosmiczną gospodarką w każdym jej aspekcie. Warto w tym momencie wspomnieć także, że mowa tutaj o alternatywnej rzeczywistości w której "Ziemia" z omawianej opowieści owszem, przypomina naszą ojczystą planetę, jednak nią nie jest, co okazuje się nieco później w trakcie trwania opowieści, kiedy dowiadujemy się, jak zbudowany jest tamtejszy układ słoneczny? Składa sie on bowiem z trochę innego zestawu ciał niebieskich niż ten nasz, rodzimy. Warto też zauważyć, że opowieść ma też w dużej mierze wydźwięk pesymistyczny - autor dostrzega bowiem (i słusznie), że ludzkość zapewne zaniesie wkrótce swoją zachłanność wiążącą się z niszczeniem tego co zastanie na swojej drodze spoza domeny swojej planetarnej kolebki dalej - w kosmos. Całościowo obraz cywilizacji przedstawiony w tej opowieści ma dużo wspólnego z tym, co mogliśmy zobaczyć np. w serialu "Expanse" - ludzie są tu podzieleni na tych "z Ziemi" i "kosmitów". "Kosmici" to tacy, którzy przez pokolenia rodzili się, pracowali i umierali w przestreni kosmicznej, często egzystując w niezwykle ciężkich warunkach za marne pieniądze, bez opcji alternatywnych, które pozwoliłyby im się wyrwać z błędnego koła harówki bez końca i roli "pionków" wyzyskiwanych bezwzględnie przez pazerne, wielkie korporacje. Pojawia się też w tej opowieści przemoc i śmierć, co obok powyżej przytoczonych, poważnych tematów egzystencjalnych jeszcze bardzie kontrastuje z nieco infantylną (na pierwszy rzut oka) stroną graficzną opowieści.

Czwórka głównych bohaterów podczas wspólnej ucieczki przed najemnikami korporacji.

    Głównych bohaterów opowieści jest czwórka. Mamy tu więc naukowczynię imienem Ji-soo, najemniczkę Caminę, kosmicznego robotnika Alexa oraz - last but not least - małą przeuoczą małpkę, nazwaną przez swoich ludzkich kompanów imieniem Goku. Wspólnym mianownikiem, który ich wszystkich łączy, jest chęć ucieczki od systemu stworzonego przez wielkie korporacje. Wdrożyły one bowiem gigantyczny mechanizm wyzysku ludzi z jednej strony i bezwględnego niszczenia ekologii planet i przestrzeni kosmicznej w imię eksploatacji ich zasobów (głównie mineralnych) z drugiej. Wszystko oczywiście po to by generować zyski, których nigdy dość. Każdy z głównych bohaterów opowieści w inny sposób toczył swoją prywatną walkę w tej otaczającej ich, jakże trudnej rzeczywistości. I tak Ji-soon, była naukowczynią-idealistką, zajmujacą się galaktyczną archeologią, pragnącą badać tajemnice kosmosu i poznawać jego piękno. Zamiast tego, sonda nad która przez lata pracował jej zespół została przejęta przez korporację Energy solution i stała się narzędziem do mapowania złóż wydobywczych. Camina z kolei przez długi czas pracowała jako najemniczka, głównie w oddziałach ochrony wielkich korporacji, ślepo wykonując rozkazy, stając się narzędziem do załatwiania - często amoralnych i brudnych - interesów swoich mocodawców. Z kolei Alex oraz jego rodzina - i to przez kilka pokoleń wstecz - pracowali w pocie czoła na stacjach i statkch wydobywczych. Mieli marzenia o przygodzie i wolności zamiat tego jednak, przez całe życie każdy z nich musiał odpracowywać pożyczki, udzielane im w pewnych momentach przez wielkie przedsiębiorstwa, co w praktyce czyniło z nich dożywotnio niewolników w służbie swoich mocodawców-opresorów. No i w końcu mały Goku, który jak wiele innych zwierząt laboratoryjnych był bezwzględnie wykorzystywany przez korporację medyczną do przeprowadzania na nim teoretycznie zakanych a w praktyce potajemnie wykonywanych - bo opłacalnych - badań na zwierzetach. W pewnym momencie jakże różne ścieżki całej czwórki krzyżują się i próbują oni razem wyrwać się ostatecznie z sieci kłamst i wyzysku uplcionej przez potężne firmy. Wszyscy bohaterowie chcą odnaleźć wolność, spokój a także uczynić świat choć trochę lepszym (i mniej zaniszczonym kosmicznymi odpadami). To nie będzie dla nich łatwa droga ale za to bardzo ciekawa...


Delfin - własność Caminy, statek którym bohateriowie podróżują przez cześć swojej wspólnej drogi.

    Jest to mądra, refleksyjna a jednocześnie urocza opowieść, która po przeczytaniu na długo pozostała u mnie gdzieś z tyłu głowy, skłaniając do zastanawiania się nad poczytyniami ludzi i w jakicm kierunku my, jako cywilizacja, właściwie zmierzamy? Historia czwórki sympatycznych bohaterów, małych trybików, próbujących odnaleźć spokój i szczęście w opresyjnej rzeczywistości pełnej wyzysku na prawdę rodzi w głowie czytelnika wiele istotnych pytań. Na przykład: czy tak będzie wyglądała nasza "wspaniała era podboju kosmosu"? Czy człowiek musi niszczyć wszystko, co napotka na swojej drodzy w imię zysków i rozwoju cywilizacji? Jak będzie wyglądało przyszłe społeczeństwo kosmiczne? Jak ludzie będą w tym wszystkim funkcnonowali? Jak nowe realia - zarówno kosmosu jak i potencjalnej dominacji interesów korporacji nad rządami - wpłyną na wszystko co ludzi otacza? Patrząc na wcześniejsze dokonania Singeline'a które odkryłem dzieki niezawodnemu serwisowi Bedetheque - jak np. serie "P.T.S.D" (tytuł również wydany w Polsce), "Doggy bags", czy "The grocery" - twierdzę, że na chwilę obecną "Granica" stanowi opus magnum tego autora. Natomiast wydaje się, że rysownik jest jeszcze na tyle młody (rocznik 1987), że to może nie być jego ostatnie słowo. Tak więc szczerze czekam i kibicuję potencjalnym kolejnym projektom komiksowym, które wyjdą spod ręki Guillaume Singeline'a. 

    Jedno zastrzeżenie jakie mam do tego albumu, jest natury technicznej a konkretnie, jest to jakość papieru, na którym została u nas wydana ta opowieść. W skrócie: szkoda, że nie jest to papier kredowy. Samo to, że "nośnik" jest lekko szary wpływa na odwzorowanie kolorów odejmuje im jednak nieco "urody". Jako ciekawostkę na koniec dodam także, że kiedy poszerzałem swoją wiedze o autorze jak i samym recenzowanym albumie odkryłem rówież, że powstanie tego komiksu było projektem, na który fundusze były zbierane - jakże nowocześnie - na Kickstarterze. Tak więc były to - zarówno fabuła jak i warstwa graficzna - w pierwszej kolejności pokochane (i zasponsorowane) przez fandom. Po przeczytaniu całego albumu śmiem twierdzić, że jak najbardziej słusznie - zdecydowanie polecam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz