środa, 16 października 2024

Ledroit

    Na samym wstępie szczerze przyznać muszę, że do twórczości Ledroita nie przekonałem się "tak od razu". Pierwszy kontakt z jego komiksami jaki miałem to była okładka pierwszego tomu serii 'Wika'. I pamiętam, że pomyślałem wtedy: "a cóż to za jakieś 'pierdolety' o wróżkach i motylkach"? W jakimż jednak byłem błędzie...


Czarodziejka Wika pośród bajkowych stworzeń


    "Wizualny orgazm", z takim właśnie dość dosadnym ale jednocześnie dającym pojęcie o specfice stylu graficznego Ladroita określeniem, spotkałem się kiedyś w rozmowaie towarzyskiej a padły one z ust pewnego znajomego maniaka komiksowego. W zasadzie zgadzam się z tą jakże kwiecistą parabolą w pełnym spektrum różnorodności interpretacji, jakie każdy czytający takie sformułowanie może jej nadać. Takie - tj. budzące żywe emocje - są bowiem grafiki i plansze komiksowe, tworzone przez bohatera niniejszego artykułu. Geniusz, czy szaleniec a może jakiś rodaj sawanta? Takie pytania pojawią się zapewne w umyśle niejednego czytelnika, mającego styczność z twórczością Oliviera Ledroita po raz pierwszy - na pewno pojawiły się w moim. Szalone a jednocześnie wspaniałe rysunki, miejscami ocierajace się o kicz, a jednak mające w sobię niezaprzeczalną dozę oryginalności oraz niezwykłego, niepowtarzalnego kunsztu i stylu - grafiki tworzone przez Oliviera Ledroit'a zdecydowanie zapadaja w pamięć. Obecne na tworzonych przez niego planszach barokowe bogactwo detali jest miejscami wręcz szokujące. Niemal każdy centymetr powierzchni komiksowych plansz tego artysty zapchany jest bowiem różnego rodzaju szczegółami. Na całą ekspresyjność stylu Ledroita składają się zarówno linie, jak i kształty a także kolory a bardzo często także towarzysząca temu wszystkiemu róźnoraka ornamentyka.


Przykładowe plansze z trylogii 'Wika' do zobrazowania zawartych w tekście opisów obrazujacych plansze z komiksów Ladroita.


    Czasami jest tam, na tych planszach, nawet kilka współgrających ze sobą lub uzupełniajacych się warstw: np. wspomniana ornamentyka pojawia się na pierwszym planie a dalej, niejako w perspektywicznej głębi, występuje nagle przestrzeń, z mnóstwem postaci. Ledroit mistrzowsko łączy elementy gotyku, art nouveau i surrealizmu. Na te kadry i strony nie można, ot tak, rzucić tylko przelotnie spojrzeniem i przejść beznamiętnie i bezrefleksyjnie dalej. Jest dokładnie odwrotnie - te plansze, w niezwykły, można by rzec hipnotyzujący wręcz sposób, przykuwają wzrok czytelnika czy może raczej widza tego całego wizualnego spektaklu. Zmuszają do skupienia się na poszczególnych wspomnianych już warstwach oraz ich szczegółowej analizy. Wynagradzają natomiast niejako poświecony czas "wyłapywaniem" przez czytelnika-widza coraz to nowych detali. Warto też wspomnieć, że Ledroit nie rysuje tylko w jednym stylu. Tzn. patrząc na dowolne jego prace czytelnik-widz jest od razu w stanie w większości przypadków stwierdzić "o, Ledroit!" jednak porównując plansze np. z serii 'Wika' w zestawieniu dajmy na to z 'Requiem' widać ogromne różnice w kresce, kolorystyce, technice wykonania.

    Tak więc to, co przyciągą uwage do komiksów tego autora, to zdecydowanie warstwa graficzna - bez dwóch zdań. Przeglądając kolejne stony jego niektórych dzieł osobiście mam w głowie nieodpartą myśl, że facet musi być chyba jednak jakimś sawantem, wybrykiem natury, którego mózg działa inaczej niż "przeciętnego zjadacza chleba". Albo może jest masochistą, któremu bolesną przyjemność sprawia rysowanie tych kadrów i stron przeładowanych wręcz detalami, zaskakujących kompozycją, ekspresją, i - całościowo - bogactwem formy. Nie śmiem nawet zgadywać jak wiele pracy i czasu musi autor wkładać w stworzenie tych plansz. Czasami ma to wręcz znamiona absurdum ad infinitum - w głowie czytelnika (a przynajmniej w mojej) pojawia się bowiem nieuchronne pytanie: po co wkładać w to aż tyle pracy? Niekiedy pojawiają się wręcz na kartach komisów tego autora całe panoramiczne, pełne detali dioramy. Ekstremalnym przykładem niech będzie scena bitwy o Avalon w trzecim Tomie serii 'Wika', która rozciąga się aż na cztery (!) sąsiednie plansze zrealizowane w formie otwieranej rozkładówki.


Rozkładówka (dwie plansze razem) pochodząca z serii 'Requiem'


    Jeśli miałbym do czegoś porównać prace Ledroita to w pierwszej kolejności przychodzi mi na myśl  twórczość Geofa Darrow'a znanego chyba najbardziej z prac przy filmowej serii Matrix i komiksów takich jak 'Hard boiled' czy 'Shaolin Cowboy'. U tamtego autora również mamy obsesyjną wręcz pieczołowitość w prezentowaniu i akumulacji detali na komiksowych planszach. Choć może porównanie z pracami  Philipe'a Druilleta byłoby tu bardziej celne? Style obydwu twórców (Ledroita i Druilleta) łączy bowiem coś, co nazwałbym "barokową mrocznością".  Jeśli chodzi o kompozycję kadrów i nieszablonowość plansz rysowanych przez Ledroita, mam też i skojarzenia ze stylem włoskiego mistrza ilustracji i komiksu - Sergio Toppiego. Dostrzegam też w grafikach bohatera tego artykułu pewne zbieżności z twórczością Andreasa Martensa z jego najlepszych - w mojej opinii - czasów. Mam tu na myśli pierwsze tomy 'Rorka' i 'Cromwella Stone'a'. Czy jest więc już Ledroit klasykiem a jego dzieła kanonem komiksu frankofońskiego? W mojej opinie zdecydowanie tak! Jednak mimo powyższego zbioru peanów i porównań do innych mistrzów gatunku należy też szczerze powiedzieć, że jak to się niekiedy nieco przewrotnie ujmuje: "nie ma róży bez ognia". Na planszach Ledroita pojawiają się też i takie kadry, a nawet cały strony, gdzie grafice brak jest subtelności. Postaci, miejsca, artefakty wydają się toporne, jakby niedopracowane, czy wręcz narysowane niezdarnie. Są też i punkty (np. w serii Wika - trzeci tom i plansza nr 25 - sceny w lesie)  gdzie kolory są tak kiczowate, że aż oczy od tego bolą...

    Twórczość Ledroita jest niezwykle bogata tematycznie. Artysta często sięga po mroczne motywy, takie jak przemoc, śmierć, szaleństwo. Jego komiksy są pełne symboliki i odniesień do mitologii, historii i filozofii. Jednocześnie, w jego pracach można odnaleźć także elementy humoru i groteski. Jeśli chodzi o fabuły przedstawiane w dziełach tego rysownika, to opowieści te - niezależnie czy tworzone solo, czy w duetach ze scenarzystami - nie porażają może zazwyczaj oryginalnością ale zdecydowanie nie o to tutaj chodzi. Dominantą jeśli chodzi o dzieła Ledroita pozostaje grafika i dlatego też tyle miejsca pozwoliłem sobie poświęcić tej warstwie jego dzieł w poprzednich akapitach. Chyba najlepiej artysta ten odnajduje się w przedstawioanu  tematów ocierajacych się o mitologię i wątki fantasy (serie 'Wika', 'Kroniki mrocznego księżyca') jak i demonologię ('Requiem', 'Sha') oraz metafizykę ('Trzecie oko').

Projekt okładki albumu (lewa połowa to tył albumu a prawa połowa to przód) jednego z tomów serii 'Requiem'.


    Co właściwie stworzył ten pan? We wczesniejszych akapitach pojawiło się już kilka różnych tytułów albumów i serii. Nie zamierzam jednak skupiać się w tym tekście - jak to zdarzało mi się czynić zarówno na tym blogu jak i - a może przede wszystkim - w artykułach pisanych dwadzieścia lat temu i więcej dla magazynu KZ. Postaram się jednak skupić na krótkim streszczeniu kariery Oliviera Ledroita. Otóż swoją karierę artysta ten rozpoczął w latach 80. XX wieku, ale nie bezpośrenio od komiksów. Otóż na wczesnym etapie kariery zajmował się bowiem tworzeniem grafik i ilustracji do gier karcianych i planszowych. Potem, tj. w 1989r., we współpracy ze scenarzystą Francois Marcela-Froideval'em, rozpoczął Ledroit pracę nad serią, która do dziś uważana jest przez wielu za jego opus magnum, a mianowicie 'Chroniques de la Lune noire' - 'Kroniki mrocznego Księżyca'. Seria ta, w kilku tomach, tworzona była do połowy lat 90. Potem tj. mniej więcej w latach 1995-2000 pojawiły się też, przynosząc mu spory rozgłos krótsze serie takie jak 'Xoco' czy 'Sha' oraz one shot 'La porte ecarlate' (Szkarłatne wrota). Mniej więcej od roku 2000 zaczął Ledroit rysować swoją najdłuzszą serię, do której scenariusz pisał jeden z najbardziej znanych brytyjskich autorów scenariuszy komiskowych - Pat Mills. Mowa tutaj oczywiście o sadze 'Requiem', która od jakiegoś czasu wydawana jest także na naszym rodzimym rynku. Polskich wydań doczekała się również wspominana już trzytomowa opowieść o czarodziejce Wice oraz dyptyk 'Le Troisieme oeil' (Trzecie oko).


Rozkładówka pochodząca z dyptyku 'Trzecie oko'.

    Twórczość Oliviera Ledroita jest charakterystyczna niepowtarzalna i zdecydowanie zapadająca w pamięć. Artykuł ten napisałem w pewnego rodzaju emocjonalnym uniesieniu, spowodowanym wspomnianą w pierwszych akapitach kontemplacją komiskowych plansz tego artysty. Mam nadzieję, że chociaż cześciowo, udało mi się oddać stany jakie generuje w czytelniku-widzu podziwianie - bo tak to należy ująć - prac tego rysownika. Kto nie miał okazji na przeczytanie (i podziwianie) komiksów Oliviera Ledroita, cóż - zdecydowanie powinien to uczynić aby nadrobić zaległości w tejże materii. Piszę tu rzecz jasna o odbioracach dorosłych, gdyż praktycznie wyłącznie dla takowych przeznaczone są dzieła tego autora. Mowa tu zarówno o tematyce utworów jak i często pojawiającej się na planszach Ledroita krwawej przemocy, nagości czy demonach. Nie chciałbym tu absolutnie wpadać w mentorsko-patryjarchalny ton, wspomniane aspekty nie stanowia bowiem kwintesencji dzieł tego rysownika. Jednakże jego ekspresyjny styl zawiera bardzo dużo wspomnianych wyżej tzw. elementów "18+". Niezmiennie jednak zachęcam do eksploracji gotyckich światów rysowanych przez Oliviera Ledroita - na prawdę warto.












niedziela, 28 lipca 2024

'CE'

    Pojawienie się komiksu 'CE' autorstwa Jose Roosvelat w planach wydawniczych Studia Lain było dla mnie zaskoczeniem - ogromnym! Kiedy wydawnictwo opublikowało na Facebooku kilka plansz, jeszcze podczas prac nad tłumaczeniem tytułu na język polski, natychmiast przykuły on moją uwagę. Cóż za poziom szczegółowości, kreska, kompozycje kadrów i plansz. Zastanawiałem się jak to w ogóle możliwe, że nigdy wcześniej nie słyszałem o tym autorze? Po ponad trzech dekadach zajmowania się hobystycznie tematyką komiksów, szczególnie z rynków europejskich, z twórczością Roosvelta zetknałem się po raz pierwszy! Po krótkiej analizie niezawodnego serwisu o komiksach - bedetheque, stanowiącego swoista tematyczną bibliotekę - najlepszą chyba w internecie, szybko odkryłem kim jest Jose Roosvelt, jak wygląda jego komiksowy dorobek oraz to, że 'CE' stanowi prawdopodobnie jego opus magnum.


    Opowieść o 'CE' - takie bowiem imię nosi główny bohater tej historii - jest dziełem rozbudowanym, wielowarstwowym, przemyślanym i dojrzałym. Stanowi przykład nurtu komiksu onirycznego - podobnie jak na przykład cykle 'Świat Edeny' i 'Garaż hermetyczny' autorstwa Moebiusa. Porównanie to wydaj się tym bardziej zasadne, że sam Roosvelt przyznaje się jawnie do fascynacji dziełami tego francuskiego mistrza komiksu. Podobnie jak w przypadku 'Edeny', tak i w omawianej opowieści mamy bowiem bohatera, który śni i to wielopoziomowo. Konstrukcja fabularna tej historii przywodzi też na myśl opowieść innego mistrza komiksu - Andreasa Martensa i jego cykl 'Arq' gdzie, podobnie jak w serii 'CE', kilkukrotnie reinterpretowane jest przez autora (na zasadzie tzw. "plot twist'u") co jest rzeczywistością a co ułudą? 

    'CE' jest dziełem niezwykle wybitnym w warstwie graficznej, zarówno w kwestii konstrukji i zawartości poszczególnych kadrów jak i formie całych plansz. Autor nie przedstawia opowieści w równych, zawsze takich samych co do wielkości i rozmieszczenia ramkach. Układ plansz często zmienia się, czasami są to klasyczne "rzędy" czasami w linii jest mniej lub więcej kadrów, np. aby podkreślić dynamikę wydarzeń, zmieniają się też ich kształty. Pojawiają się też zupełnie nieszablonowe strony na których układ kadrów jest zupełnie zaburzony, służąc raczej stricte artyzmowi niż narracji. Warstwa graficzna przywodzi na myśl czarnobiałe prace kilku różnych, klasycznych autorów komiksowych. Wspomnianego już Moebiusa, szczególnie 'Garaż hermetyczny' (który również publikowany był w czerni i bieli) ale i plansze Milo Manary, szczególnie te z cyklu o Giuseppe Bergmanie. Barokowe, pełne detali i nadmiarowego wręcz przepychu zdobienia obecne w wielu miejscach, przywodzą z kolei na myśl prace kolejnego, klasycznego autora komiksów z rynków frankofońskich - Philippe Druillet'a. Jadnak komiksy to nie wszystko, w 'CE' pojawiają się również nawiązania do malarstwa. Przede wszystkim Roosvelt czerpie garściami ze stylu i tematyki obrazów Salvadora Daleg, w niektórych miejsach wręcz jawnie odwołując się do jego dzieł. Lecz nie tylko, mamy tu również nawiązania do obrazów holenderskiego mistrza - Johannesa Vermeera. Obrazy tego artysty stają się nawet w pewnym momencie istotną częścia fabuły.

    W ogóle widać, że autor - tworząc sagę o CE - czerpał natchnienie z licznych dzieł literatury, kinematografii i sztuki jednocześnie. Tak więc oprócz wspomnianych wyżej nawiązań, czy fascynacji co do twórców dzieł "wizualnych", mamy tu też fabułę która w dużej mierze opiera się i zapożycza z dzieł literatury. Przede wszystkim jest to 'Alicja w krainie czarów' Lewisa Caroll'a. Z tej książki Roosvelt zapożyczył i przemodelował na swoja modłę wiele postaci i wydarzeń. Mamy tu więc jedną z głównych bohaterek iminiem Alyss, królową kier - Victorię, pogoń za białym królikiem i wiele innych.  Mamy też w tej opowieści wątek próby wydostania się z fałszywej rzeczywistości - jawne nawiązania do książki 'Ubik', autorstwa Philipa K.Dicka. Są też nawiązania do powieści 'Obcy' Alberta Camusa - szczególnie motywy takie jak absurdalność rzeczywistości, czy samotność wśród ludzi. Mamy w końcu (last but not least) nawiązania do Biblii - postaci Adama i Ewy, wygnanie z raju, drzewo wiedzy i wiele innych, archetypicznych, czy też symbolicznych nawiązań. W tym miejscu warto też wspomnieć, że każdy z rozdziałów opowieści jest też dedykowany innemu autorowi, zarówno literatom, filmowcom jak i wspomnianym twórcom komiksów, których Roosvelt wyraźnie ceni. Nazwiska, które pojawiaja się na tej liście, są miejscami dosyć zaskakujące. Mamy np. wspomnianego już kilkukrotnie Jeana Girauda, Jacka Kirby'ego, Davida Lyncha, Salvadora Dalego, Philipa K. Dicka i wielu innych.

    Jest to komiks zdecydowanie dla dorosłego odbiorcy. Z jednej strony dlatego, że jest to opowieść "do analizy" którą trzeba "przetrawić", zrozumieć, odkryć i zinterpretować ukryte w niej znaczenia. Z drugiej pojawiaję się tu w mniej lub bardziej wysublimowanych formach przemoc, nagość i seks. Nagie postaci w kadrach, "niegrzeczne zabawy" Alyss z równie niedojrzałymi jak ona zwierzogłowymi towarzyszami - Czarnkiem i Białkiem czy scena zbiorowego gwałtu połączonego z zabójstwem, którego dopuszcza się żółnierz T333, to tylko kilka przykładów. Należy jednak podkreślić, że tego typu sceny co prawda pojawiaja się w niektórych miejscach akcji, natomiast nie stanowią jej meritum a jedynie integralną cześć większych wydarzeń fabularnych. Osią narracji jest tutaj bowiem coś zupełne innego - sny i wspomnienia Nieśmiertelnego, który dopiero w trakcie trwania opowieści dostaje swoje tytułowe imię - 'CE'. Niejako dla przeciwwagi należy wposmnieć, że są tu też wątki filozoficzne oraz kilka ciekawych konceptów z dziedziny SF (np. opisane w tomie drugim dopełnianie się magii i informatyki oraz metafizyczna koncepcja znaczenia języka - nie organu, lecz wytworu ludzkiej cywilicacji). 


    Ta opowieść jest wielką, misterną układanką której elementy, w miarę czytania, powoli się zazębiają i czytelnik odkrywa ich prawdziwe miejsce i znaczenie w historii. W pełni zrozumieć i docenić tę opowieść można dopiero po przeczytaniu całej historii i dostrzeżeniu wszystkich zależności między poszczególnymi wątkami i postaciami. Tak więc powrót do wcześniejszych rozdziałów po zakończeniu lektury, a nawet ponowne przeczytanie całości w celu głębszego zrozumienia opowieści, wydają się nieuniknione. Zadziwiajacy pozostaje fakt, że autor był w stanie utkać tak misterną, wielkowątkową narrację i na niemal ośmióset planszach rozrysował opowieść, która pozostaje spójna, jakby od początku Roosvelt miał plan ramowy historii, którą chciał przedstawić a potem wypełniał poszczególne jej rozdziały treścią, tworząc plansze tego komiksu. Widać też dwie główne części fabularne opowieści, zebrane w tomach I i II. Pierwszy tom bowiem w dużej mierze koncentruje się na dwójce głównych bohaterów i ich kolejnych wcieleniach. Jeśli chodzi o głównego protagonistę - mężczyznę, są to odpowiednio: Nieśmiertelny który śni, CE, żołnierz T333-Carlos oraz Adam. Jeśli zaś chodzi o kobietę to z kolei jej kolejne wcielenia to: obiekt badawczy S-29, królowa Diabloc-Victoria, pisarka Isabel Dolbiac oraz Ewa. Trzecią bohaterką pozostaje wposmniana już wcześniej Alicja/Alyss. Wracajac jednak z tej przydługiej dygresji, to drugi tom natomiast stanowi swoiste dopełnienie pierwszej części. Dodaje bowiem kontekst i przyczynowość do wydarzeń, które dane jest nam obserwować w tomie pierwszym. Wyjaśnie też wiele pytań typu "dlaczego", które stają przed czytelnikiem podczas lektury pierwszej połowy opowieści.

    Tak więc po raz kolejny mój tekst dedykowany publikacji na tym blogu okazał się bardziej pewnego rodzaju zbiorem refleksji niż jakołkolwiek recenzją sensu stricto. Jednak w tym konkretnym przypadku próba streszczenia musiałaby się skonczyć dogłębną, wielostronicową analizą a i tak pewnie nawet nie byłbym świadom tego, jak wiele powiazań z różnymi dziełami i nawiązań do malarstwa czy litertaury światowej nieświadomie pomijam. Zamiast tego pozwolę sobie zakończyć refleksją, że omawiane dwa tomy opowieści już dziś zdają się stanowić tzw. "słodki przedmiot pożądania" dla wielu miłośników komiksu. Okazuje się, że studio Lain przygotowało dość mały nakład tych albumów, które już w przedsprzedaży rozeszły się prawie na przysłowiowym pniu. Sam niemal "rzutem na taśmę" nabyłem jeden z ostatnich kompletów w przedsprzedaży w ulubionym wirtualnym sklepie z komiksami. Wydaje się więc, że albumy te będą w kolejnych latach mieć sporą wartość kolekcjonerską. Niemniej jednak śmiem twierdzić, że większość czytelników którzy zdążyli tę opowieść nabyć raczej niechętnie będzie się z nią rozstawać. Sam niemal na pewno wrócę najpóźniej za rok aby odwiedzić uniwersum CE, Alyss i Victorii. Przede wszystkim aby przypomnieć sobie ich perypetie, lepiej zrozumieć wszystkie wydarzenia i nawiazania obecne w tejże historii oraz sycić oczy wspaniałymi, kapiącymi od przepychu, w kontekście detali, rysunków Jose Roosvelta. 




wtorek, 21 maja 2024

Frontier - Explore, Expand, Escape. "Granica" Singeline'a.

    "Z pewną taką nieśmiałością" - jak to mówiła jedna pani w pewnej starej reklamie artykułów higienicznych - sięgnąłem po ten album. Było to na zasadzie "raz kozie śmierć" - nie wiem dokładnie co to ale zobaczę, przeczytam, jak mi się nie będzie podobało to sprzedam. Ale dziś już wiem, że nie sprzedam a nawet będę co jakiś czas ściągał z półki i ponownie czytał, żeby odwiedzić sympatycznych bohaterów eksplorujących przestrzeń kosmiczną w pewnym pozaziemskim układzie słonecznym.

 

Manga czy nie manga? Opisywana w tekście tylna okładka albumu Frontier

    Na ten album trafiłem - dosłownie - przypadkiem. Po prostu szukałem innych, spodziewanych, nowości w ulubionym sklepie z komiksami a okładka tegoż dzieła - jak się okazało tylna - przyciągnęła mój wzrok. W pierwszej chwili myślałem, że to japońska manga w nietypowym dla tego gatunku formacie zbliżonym do A4  i (jak to rzadko ale jednak czasami bywa z japońskimi produkcjami) w opcji "full color". Ponadto mangi - czy też ogólnie książki z Japonii - czyta się z prawej do lewej, a więc w porządku odwrotnym niż w krajach zachodnich a ta okładka wyglądała jakby właśnie tak trzeba zacząć lekturę - od "końca" do "początku" albumu wg. naszej nomenklatury. Dodatkowo w pierwszej chwili co do pewności o tym, że to może być jednak manga - utwierdził mnie widoczny na okładce kadr przedstawiający - jak się okazało później - główne postacie. Ich wygląd przywiódł mi natychmiastowo na myśl obecny w japońskich komiksach humorystyczny styl rysowania nazywany "super deformed", w którem postaci są zazwyczaj jednocześnie super słodkie i niezwykle ekspresyjne. Jedną różnicą było to, że zamiast charakterystycznych mangowych "wielkich oczu" te postaci z okładki miały raczej "czarne węgielki" w miejscu narządów wzroku, co upodabniało je z kolei w tym aspekcie do ludzików Lego.

    Wychodząc z tej nieco przydługiej dygresji - jak to już częściowo wyartykułowałem powyżej - zacząłem więc kartkować album od końca. No i pierwszą rzeczą którą tam ujrzałem był de facto szkicownik, w którym autor zamieścił na każdej ze stron mnóstwo malutkich, niezwykle misternych rysunków koncepcyjnych, głównie przedstawiających postaci i maszyny które częściowo pojawiły się później w opowieści a niekiedy jednak zupełnie nie. Fakt "obecności" lub "nieobecności" pewnych "prototypów" wziął się stąd, że - jak się wkrótce okazało, po zapoznaniu się z opisywanym szkicownikiem - pomysł na tę opowieść ewoluował w głowie rysownika przez prawie dekadę. Pierwsze rysunki datowane są na rok 2013r., ostatnie zaś na 2020r.. Ostatecznie komiks został wydany na zachodzie całkiem niedawno - bo pod koniec 2023r.


"Prawilna" czyli frontowa okładka albumu Frontiere

    Powiem wprost - urzekły mnie te szkice  - i zachęciły do dalszej eksploracji "Granicy". Tak więc przekonawszy się, że mam do czynienia raczej z komiksem europejskim lub amerykańskim, zacząłem z kolej przeglądać go "po bożemu" czyli od faktycznego początku opowieści. I tak oto bardzo szybko uświadomiłem sobie kolejne ciekawe i zaskakujące fakty odnośnie tego albumu. Po pierwsze: że zarówno w czerni i bieli (szkicownik) jak i w kolorze rysunki w tym komiksie wyglądają na prawdę dobrze, są staranne, dopracowane, szczegółowe. Miejscami też mamy do czynienia z bardzo ciekawym kadrowaniem i niemal wszędzie - często w dużych ilościach w ramach poszczególnych kadrów - są tu te urocze postaci. Po drugie: uświadomiłem sobie też, że nigdy nie słyszałem o autorze nazwiskiem "Guillaume Singelin" a tutaj okazało się, że artysta ten - oraz wydawnictwo Nagle!, odpowiedzialne za polską edycję tego komiksu - dostarczają mi niespodziewaną perełkę, która okazuje się na prawdę intrygująca. Po trzecie: po ukradkowym przeczytaniu kilkunastu stron, jeszcze w sklepie - szybko przekonałem się, że mimo uroczych, zabawnych designe'ów mam tu w sumie do czynienia z naprawdę mądrą opowieścią z gatunku, który można by nazwać "proekologicznym SF". Opowieść ta niesie też w sobie głębokie refleksje na temat tego, jak może wyglądać przyszłość naszej cywilizacji za zaledwie kilka dekad. 


W tej opowieści takie właśnie "małe ludziki" są niemal w każdym kadrze.


    Mam tu na myśli temat eksploracji kosmosu ale nie w romantycznej formie wielkich wypraw kosmicznych do odległych gwiazd czy opowieści o bohaterskich zdobywcach i odkrywcach ale raczej głęboko humano-centrycznej opowieści o komercjalizacji kosmosu, jego zasobów - w postaci bliskich ojczystej planecie bohaterów asteroid, planet i księżyców. Wszystko aby napędzać wydobycie, produkcję i konsumpcję w całym układzie słonecznym - a tym samym zyski wielkich firm "trzymających łapę" nad całą kosmiczną gospodarką w każdym jej aspekcie. Warto w tym momencie wspomnieć także, że mowa tutaj o alternatywnej rzeczywistości w której "Ziemia" z omawianej opowieści owszem, przypomina naszą ojczystą planetę, jednak nią nie jest, co okazuje się nieco później w trakcie trwania opowieści, kiedy dowiadujemy się, jak zbudowany jest tamtejszy układ słoneczny? Składa się on bowiem z trochę innego zestawu ciał niebieskich niż ten nasz, rodzimy. Warto też zauważyć, że opowieść ma też w dużej mierze wydźwięk pesymistyczny - autor dostrzega bowiem (i słusznie), że ludzkość zapewne zaniesie wkrótce swoją zachłanność wiążącą się z niszczeniem tego co zastanie na swojej drodze spoza domeny swojej planetarnej kolebki dalej - w kosmos. Całościowo obraz cywilizacji przedstawiony w tej opowieści ma dużo wspólnego z tym, co mogliśmy zobaczyć np. w serialu "Expanse" - ludzie są tu podzieleni na tych "z Ziemi" i "kosmitów". "Kosmici" to tacy, którzy przez pokolenia rodzili się, pracowali i umierali w przestrzeni kosmicznej, często egzystując w niezwykle ciężkich warunkach za marne pieniądze, bez opcji alternatywnych, które pozwoliłyby im się wyrwać z błędnego koła harówki bez końca i roli "pionków" wyzyskiwanych bezwzględnie przez pazerne, wielkie korporacje. Pojawia się też w tej opowieści przemoc i śmierć, co obok powyżej przytoczonych, poważnych tematów egzystencjalnych jeszcze bardzie kontrastuje z nieco infantylną (na pierwszy rzut oka) stroną graficzną opowieści.

Czwórka głównych bohaterów podczas wspólnej ucieczki przed najemnikami korporacji.

    Głównych bohaterów opowieści jest czwórka. Mamy tu więc naukowczynię imienem Ji-soo, najemniczkę Caminę, kosmicznego robotnika Alexa oraz - last but not least - małą przeuroczą małpkę, nazwaną przez swoich ludzkich kompanów imieniem Goku. Wspólnym mianownikiem, który ich wszystkich łączy, jest chęć ucieczki od systemu stworzonego przez wielkie korporacje. Wdrożyły one bowiem gigantyczny mechanizm wyzysku ludzi z jednej strony i bezwzględnego niszczenia ekologii planet i przestrzeni kosmicznej w imię eksploatacji ich zasobów (głównie mineralnych) z drugiej. Wszystko oczywiście po to by generować zyski, których nigdy dość. Każdy z głównych bohaterów opowieści w inny sposób toczył swoją prywatną walkę w tej otaczającej ich, jakże trudnej rzeczywistości. I tak Ji-soon, była do pewnego momentu naukowczynią-idealistką, zajmującą się galaktyczną archeologią, pragnącą badać tajemnice kosmosu i poznawać jego piękno. Zamiast tego, sonda nad która przez lata pracował jej zespół została przejęta przez korporację Energy solution i stała się narzędziem do mapowania złóż wydobywczych. Camina z kolei, przez długi czas pracowała jako najemniczka, głównie w oddziałach ochrony wielkich korporacji, ślepo wykonując rozkazy, stając się narzędziem do załatwiania - często amoralnych i brudnych - interesów swoich mocodawców. Z kolei Alex oraz jego rodzina - i to przez kilka pokoleń wstecz - pracowali w pocie czoła na stacjach i statkach wydobywczych. Mieli marzenia o przygodzie i wolności zamiast tego jednak, przez całe życie każdy z nich musiał odpracowywać pożyczki, udzielane im w pewnych momentach przez wielkie przedsiębiorstwa, co w praktyce czyniło z nich dożywotnio niewolników w służbie swoich mocodawców-opresorów. No i w końcu mały Goku, który jak wiele innych zwierząt laboratoryjnych był bezwzględnie wykorzystywany przez korporację medyczną do przeprowadzania na nim teoretycznie zakazanych a w praktyce potajemnie wykonywanych - bo opłacalnych - badań na bezbronnych zwierzętach właśnie. W pewnym momencie jakże różne ścieżki całej czwórki krzyżują się i próbują oni razem wyrwać się ostatecznie z sieci kłamstw i wyzysku uplecionej przez potężne firmy. Wszyscy bohaterowie chcą odnaleźć wolność, spokój a także uczynić świat choć trochę lepszym (i mniej zanieczyszczonym kosmicznymi odpadami). To nie będzie dla nich łatwa droga ale za to bardzo ciekawa...


Delfin - własność Caminy, statek którym bohaterowie podróżują przez cześć swojej wspólnej drogi.

    Jest to mądra, refleksyjna a jednocześnie urocza opowieść, która po przeczytaniu na długo pozostała u mnie gdzieś z tyłu głowy, skłaniając do zastanawiania się nad poczytaniami ludzi i w jakim kierunku my, jako cywilizacja, właściwie zmierzamy? Historia czwórki sympatycznych bohaterów, małych trybików, próbujących odnaleźć spokój i szczęście w opresyjnej rzeczywistości pełnej wyzysku na prawdę rodzi w głowie czytelnika wiele istotnych pytań. Na przykład: czy tak będzie wyglądała nasza "wspaniała era podboju kosmosu"? Czy człowiek musi niszczyć wszystko, co napotka na swojej drodzy w imię zysków i rozwoju cywilizacji? Jak będzie wyglądało przyszłe społeczeństwo kosmiczne? Jak ludzie będą w tym wszystkim funkcjonowali? Jak nowe realia - zarówno kosmosu jak i potencjalnej dominacji interesów korporacji nad rządami - wpłyną na wszystko co ludzi otacza? Patrząc na wcześniejsze dokonania Singeline'a które odkryłem dzięki niezawodnemu serwisowi Bedetheque - jak np. serie "P.T.S.D" (tytuł również wydany w Polsce), "Doggy bags", czy "The grocery" - twierdzę, że na chwilę obecną "Granica" stanowi opus magnum tego autora. Natomiast wydaje się, że rysownik jest jeszcze na tyle młody (rocznik 1987), że to może nie być jego ostatnie słowo. Tak więc szczerze czekam i kibicuję potencjalnym kolejnym projektom komiksowym, które wyjdą spod ręki Guillaume Singeline'a. 

    Jedno zastrzeżenie jakie mam do tego albumu, jest natury technicznej a konkretnie, jest to jakość papieru, na którym została u nas wydana ta opowieść. W skrócie: szkoda, że nie jest to papier kredowy. Samo to, że "nośnik" jest lekko szary wpływa na odwzorowanie kolorów, odejmuje im nieco "urody". Jako ciekawostkę na koniec dodam także, że kiedy poszerzałem swoją wiedze o autorze jak i samym recenzowanym albumie odkryłem również, że powstanie tego komiksu było projektem, na który fundusze były zbierane - jakże nowocześnie - na Kickstarterze. Tak więc były to - zarówno fabuła jak i warstwa graficzna - w pierwszej kolejności pokochane (i zasponsorowane) przez fandom. Po przeczytaniu całego albumu śmiem twierdzić, że jak najbardziej słusznie - zdecydowanie polecam.



niedziela, 24 grudnia 2023

40 lat minęło jak jeden dzień, czyli rzecz o różnych wydania serii 'Funky Koval'


    Impulsem do napisania tego tekstu było ogłoszenie przez wydawnictwo Kurc (około września 2022r.) planów wypuszczenia na rynek nowej, jubileuszowej edycji przygód jednego z najbardziej znanych - przynajmniej na naszym rodzimym rynku - herosów komiksowych. Takie okrągłe rocznice zawsze skłaniają, do pewnych wspominków i podsumowujących przemyśleń. Długo zwklekałem aby ten tekst dopracować i opublikować, natomiast do finalizacji artykułu skłonił mnie ostatecznie dokonanie długo opóźnianego zakupu wzmiankowanego albumu z wyd. Kurc - z dodatkowego, dodrukowanego nakładu.


   Jest to jedna z tych serii, które pamiętam z czasów podstawówki, do których przez kolejne lata powracałem wielokrotnie. W dzisiejszych czasach, nowemu pokoleniu czytelników, nie pamiętających już zapewne lat 80-ych, ciężko być może do końca zrozumieć, czym wtedy tak na prawdę była ta seria dla polskiego czytelnika, fana SF? W komunisztycznych czasach niedostatków, kiedy wszystko co nowe, kolorowe i intrygujące jedynie "przesączało się" z zachodu poprzez zakupy za ciężkie do zdobycia dewizy (a także i przemyt), wszystko co zachodnie (a szczególnie amerykańskie) było synonimem luksusu i dobrobytu. Było tak również z wytworami kultury masowej. Filmy sensacyjne, czy fantastyczne produkowane z USA były synonimem jakości, niedoścignionymi wzorcami. I tak na prawdę, przed pojawianiem się serii o przygodach Kovala, nie było na polskim rynku tak "zachodniego" czy wręcz "zamerykanizownego" komiksu. Dodatkowo seria ta nie była miałka fabularnie jak, niestety, miało to często miejsce odnośnie produkcji amerykańskich jak i rodzimych, polskich. Niosła w sobie natomiast wybuchowy ładunek, stworzony z takich elementów jak: wartka akcja, machinacje polityczne czy liczne nawiązania do otaczającej, ówczesnego, polskiego czytelnika rzeczywistości społeczno-gospodarczej. Słynne, i wielokrotnie opisywane, były potyczki autorów z cenzurą i "przemycanie" pewnych przekazów tuż pod nosem tejże. Wiele z tych odniesień czy nawiązań będzie w dzisiejszych czasach zupełnie nieczytelne dla odbiorcy, nie znającego ówczesnych realiów, jednak pozostaje pytanie: czy sama opowieść przetrwała próbę czasu? Czy po czterech dekadach przygody kosmicznego detektywa nadal są czymś ciekawym, intrygującym? 


    Ogólnie rzecz biorąc można stwierdzić, że tak, choć z dzisiejszego punktu widzenia należałoby już chyba tę serię zakwalifikować do nurtu "retrofuturyzmu". I tak jak w innych pozycjach z szerokopojętego gatunku SF także i tutaj pewne rzeczy, w kontekście tego jak będzie wyglądała przyszłość, zostały przewidzane trafniej a inne mniej. Na przykład: brak jest w tej opowieści jakichkolwiek robotów; marginalna jest tu też rola komputerów i systemów zautomatyzowanych; videofony posiadają ekrany (zaledwie) wielkości znaczka pocztowego i służą wyłącznie do prowadzenia rozmów video - "do pięt nie dorastają" więc naszym dzisiejszym smartfonom; kosmiczne myśliwce sterowane są tylko przez ludzi - tu także brak jest rozwiązań typu "smart". 


    Przez ponad cztery dekady przygody Funky'ego Kovala były wielokrotnie wznawiane na rodzimym rynku. I o tym właśnie tak na prawdę będzie tym artykuł. Chciałbym tutaj bowiem podsumować - i częściowo porównać - poszczególne wydania tej opowieści stanowiącej już od wielu lat kanon polskiego komiksu.

- Wszystko zaczęło się ponad 40 lat temu - pierwszy epizod przygód Kovala został opublikowany w drugim numerze miesięcznika Fantastyka z 1982r. (w czerni i bieli). I tak, w miesięcznych interwałach, opublikowano tam wszystkie plansze tego, co finalnie zostało zamknięte w albumie "Bez oddechu" w latach 1982-83r. 


- Epizody drugiego tomu, zatytułowanego "Sam przeciw wszystkim", pojawiły się na łamach tego samego periodyku mniej więcej dwa lata później w okresie 1985 - 86r, poczynając od czerwca 1985r.



- Potem był magazyn 'Fantastyka Komiks' gdzie w pierwszym oraz drugim numerze tego periodyku - odpowiednio w 1987 i 88r. - ukazały się dwa pierwsze tomy opowieści, po raz pierwszy w kolorze. 



- Opowieść o kosmicznym detektywie była też "eksportowana" w ramach bloku ówczesnych demoludów, np. do nieistniejącej już Czechosłowacji. Pierwszy tom (nie wiadomo mi wydaniach kolejnych albumów) został tam opublikowany w 1990r. Z historycznego punktu widzenia Koval pozostaje jednak lokalnym, polskim fenomenem mało znanym poza granicami naszego kraju.



- W 1991r. Koval powrócił, ponownie na łamach (Nowej) Fantastyki. Wtedy światło dzienne ujrzał trzeci epizod serii - "Wbrew sobie". Album był tradycyjnie publikowany w odcinkach, na czarno-białych planszach.



- Drugie polskie wydanie przygód kosmicznego detektywa pojawiło się w ramach Magazynu 'Komiks' od wydawnictwa Prószyński i S-ka (ze zmienionymi okładkami) w 1992r., odpowiednio w numerach 1/92 oraz 2/92. Trzeci album serii pojawił się natomiast w numerze 5/92.

- Kolejne wydanie przygód kosmicznego detektywa pojawiło się za sprawę wydawnictwa Egmont w 2001r. Tym razem była to edycja zbiorcza, w twardej oprawie, obejmujaca niepublikowane wcześniej materiały dodatkowe. Przykładem może być nieobecna w żadnym z albumów plansza, zatytułowana "Dryfując", na której Funky i Brenda stoją na wielkiej muszli morskiego stworzenia, dryfującej właśnie w kosmicznej przestrzeni Strefy Evara, gdzie prawa fizyki były zaburzone a w kosmosie jakoś dało się oddychać i było tam normalne ciśnienie. Uwagę zwraca też okładka tego wydania, na której widnieje "kudłata" wersja Kovala, z twarzy podobna zupełnie do nikogo...


- Na publikację kolejnego (czwartego) tomu serii przyszło czytelnikom poczekać aż do 2010r. Także "Wrogie przejęcie", bo takie ostatecznie tytuł dostała ta opowieść, miała swoją premierę, w odcinkach, na czarno-białych planszach w Nowej Fantastyce i ostatecznie była publikowana w latach 2010-2011.


- Także w 2011r., po zakończeniu publikacji epizodów "Wrogiego przejęcia" w Nowej Fantastyce, zostało wydane 4-tomowe wydanie z charakterystycznymi czarnymi okładkami, od wydawnictwa Prószyński i S-ka. Była to pierwsza edycja która całościowo zbierała wszystkie istniejące tomy serii. 


- W marcu 2011 roku albumy "Bez oddechu" i "Sam przeciw wszystkim" zostały też wprowadzone do dystrybucji elektronicznej na platformie Woblink.

- Trzy lata później, w 2014r., ukazało się kolejne zbiorcze wydanie przygód Kovala od wydawnictwa Prószyński i S-ka. To wydanie (ponownie w twardej oprawie) zawierało wyjątkowo dużo wcześniej nie publikowanych materiałów dodatkowych, jak na przykład wstępne szkice poszczególnych plansz, wywiady z twórcami, chronlogię wydań (także tych zagranicznych, które ukazały się aż do 2011r.), oraz okładki tychże różnych wydań.  Przedstawiono tam też proces powstawania plansz od strony technicznej - od rysunku, do kolorowego wydruku. Przedstawiono też zestawienie komiksowych bohaterów oraz ich realnych odpowiedników, którzy byli "bazą" do stworzenia wielu postaci obecnych na kartach komiksu. A także trzy plansze do piątego, nigdy nie opublikowanego tomu przygód kosmicznego detektywa.



-  W tym samym roku (2014) światło dzienne ujrzała też dźwiękowa adaptacja pierwszego albumu serii od studia Soundtropez, recenzowane przeze mnie tutaj.

- Kolejne wydanie zostało opublikowane w ramach kolekcji "Kultowe polskie komiksy" i pojawiło się w 2016r. W kolekcji tej zostały też wydane inne kultowe a ilustrowane przez Bogusława Polcha serie: komiksowy "Wiedźmin" oraz "Ekspedycja". Przygody Funky Kovala zostały wydane jako ostatnie w serii jako "zeszyty" 15-18.



- I wreszcie odrestautowane wydanie z wydawnictwa Kurc 2022r. (na czterdziestolecie serii). Album był reklamowany hasłem "Odkryj Funky'ego Kovala na nowo". Tom zawiera wszystkie cztery albumy, w których przywrócono kilka kadrów z pierwotnej wersji. Są tam też ciekawe informacje na temat "łącznzików" - coś o czym nigdy wcześniej nie wiedziałem - tj. plansz które zostały przez Bogusława Polcha dorysowane do wydań albumowych (magazyn Fantastyka Komiks) a nie był obecne pośród epizodów drukowanych co miesiąc w magazynie Fantastyka. Są tam też oryginalne tytuły poszczególnych odcinków z rzeczonego miesięcznika, jak choćby "Kosmiczny detektyw", "Z lotu ptaka" czy "Funky ma kłopoty". Są też - chociażby w charakterze "okładek" do poszczególnych tomów szkice Polcha, których nigdy wcześniej nie widziałem. Jest też wyjaśnienie tajemnicy nazwy pewnego kosmolotu ("Snack" kontra "Snaok") nad którą sam zastanawiałem się kiedyś, lecz nie będę tutaj zamieszczał spojlerów potencjalnym czytelnikom, odsyłam do lektury tomu. Wracając do innych atrakcji jest tutaj również zamieszczony epizod przygód Funky'ego silnie nawiązujący do realiów PRL a atytułowany "Na białym szumie" oraz fragment nieukończonej, piątej części. Dodatkowo warto wspomnieć, że w omawianym wydaniu z wydawnictwa Kurcy pojawia się też opowiadanie "Ostatnia przygoda Funky'ego" a także listy i opinie czytelników oraz tekst wspomnieniowy Krzysztofa Lipki-Chudzika o którym pośrednio wspominałem na początku akapitu, bo to tam zostały zamieszczone niektóre ciekawostki co do plansz i nazw własnych pewnych obiektów. Całość aktualnego wydania objawia nam się w czerni i bieli. Jest to niewątpliwie nawiązanie do pierwotnych edycji, które pojawiały się w odcinkach w magazynach "Fantastyka" oraz "Nowa Fantastyka".


 W mojej prywatnej ocenie pierwsze dwie części cyklu pozostają "wybitne", trzecia jest "dziwna", znacząco - in minus - odstająca od poprzedzajacych ją dwóch tomów (zarówno fabularnie jak i graficznie), czwarta natomiast jest wręcz "koszmarna". Nie zmienia to jednak w żaden sposób mojej opinii, że Funky Koval pozostaje klasyką, czy też kanonem jeśli chodzi o komiks polski. Może jeszcze kiedyś Koval powróci, np. tak jak seria Kajko i Kokosz, przejęty przez młode pokolenie artystów, zreinterpretowany, przeżywając nowe przygody. Może będzie to komiks, może animacja a może film fabularny. Realizacja takiegoż była nawet planowana ok. 2010r., dzięki zaintersowaniu inwestorów z Hollywood. Przedsięwzięcie finalnie nie doszło do skutku ale to już temat na zupełnie inny artykuł...



czwartek, 21 grudnia 2023

Bernard Yslaire: Mistrz sztuki narracyjnej


    Bernard Yslaire, to francuskojęzyczny belgijski rysownik i scenarzysta komiksowy, uznawany za jedną z wybitnych postaci w świecie sztuki komiksowej, ze szczególnym uwzględnieniem rynków frankofońskich. Przez wiele źródeł - w mojej ocenie jak najbardziej słusznie - uznawany jest wręcz za jednego ze współczesnych mistrzów gatunku. Warto również wspomnieć, że 'Yslaire' to w zasadzie fonetyczny zapis jego prawdziwego nazwiska w języku francuskim, które w oryginale zapisywane jest jako 'Hislaire'. Natomiast jak powszechnie wiadomo 'H' w lingua franca jest nieme, stąd wziął się ten pół-pseudonim artysty. Jego prace znane są również i na naszym rodzimym rynku wydawniczym. Znakami rozpoznawczymi dzieł Yslaire'a są m.in.: głęboka, wielopoziomowa narracja, dość charakterystyczny, łatwo rozpoznawalny styl artystyczny oraz zdolność do eksplorowania tematów społecznych, ukazywanych z niezwykłą przenikliwościa, w kontekście ludzkiej psychiki, uczuć i różnego rodzaju fatum, ciążących nad bohaterami jego opowieści. Często też losy bohaterów jego opowieści splecione są z dramatycznymi wydarzeniami historycznymi dotykających całych społeczności - jak np. Rewolucja Francuska, kładąca się długim cieniem na losach rodu Sambre'ów.

    Urodzony 27 maja 1951 roku w Brabancji, Bernard Hislaire zaczął podobno manifestować swoją pasję do rysowania już we wczesnym dzieciństwie. Pierwsze 'szlify' na polu komiksowym stawiał w fanzinie 'Rabidule' a kilka lat później, w skutek dość naturalnego procesu, trafił do Institutu Saint-Luc w Brukseli, gdzie studiował i rozwijał swoje umiejętności artystyczne i zaczął eksperymentować z różnymi stylami. Jego pierwsze, komercyjne prace komiksowe pojawiały się w słynnym belgijskim magazynie komiksowym "Tintin" w latach 70. ubiegłego wieku. Była to dekada, w której belgijski komiks przeżywał renesans (podobnie jak miało to miejsce w sąsiedniej Francji), a młody Yslaire szybko zwrócił na siebie uwagę jako zdolny twórca.

    W 1975r. artysta rozpoczął pracę dla magazynu Spirou. Na początku tworzył rysunki do serii "Carte blanche" (Biała karta) oraz "Troisieme Larron" (Trzeci złodziej). Współpracował tam między innymi ze scenarzystą Raoulem Cauvin'em oraz Brouyere'm dla których zilustrował odpowiednio opowieści 'Coursensac' oraz 'Baladin au pays des Tahethehus' (Baladyn w kraju Tahethehus'ów). W 1978r. zaczął rysować humorystyczną serię 'Bidouille et Violette' (Bidouille i Violetta), która ukazywała się, ponownie, w magazynie Spirou. W latach 1980-83 stworzył wiele humorystycznych ilustracji dla La Libre Belgique oraz Tombone Illustre, gdzie współpracował bezpośrednio z jednym z najsłynniejszych twórców komiksu frankofońskiego - Andre Franquin'em. W tym samym okresie tworzył też wiele projektów graficznych m.in. dla Belgijskiego Radia i Telewizji choć nie tylko. Aż do 1986r. swoje prace podpisywał jako Hislaire dopiero w drugiej połowie lat 80. zaczął używać swojego pseudonimu, pod którym jest znany do dziś - Yslaire. W tymże roku (1986) rozpoczął prace, we współpracy z Balac'em - jest to jeden z pseudonimów Yanna La Penetierre'a - prace nad swoją najbardziej znaną serią, sagą o rodzie Sambre'ów. Pozostaje ona opus magnum Bernarda Yslaire'a, na której skupiał się twórczo przez wiele lat. Pierwszy tom sagi p.t. 'Je te retrouverai' (Odnajdę cię) ukazał się jeszcze w 1986r. Tłem opowieści jest XIX-wieczna Francja, targana rewolucją. Autorzy poruszają w tej opowieści tematy miłości, tragedii i konfliktów społecznych. Seria zdobyła uznanie zarówno krytyków, jak i czytelników, stając się jedną z najważniejszych belgijskich serii komiksowych w historii. Kolejne tomy serii głównej rodu Sambre'ów (łącznie 8) ukazywały się przez ponad trzy dekady. Ostatni album 'Celle que mes yeux ne voient pas' ('Ten, którego moje oczy nie widzą') został wydany na rynkach frankofońskich w 2018r. Seria doczekała się też kilku podserii pobocznych pod wspólnym tytułem 'La guerre des Sambre' ('Wojny Sambrów').




    W 1997r., eksplorując nowe medium jakim był Internet i strony web, rozpoczął Yslaire prace nad kolejnym swoim klasycznym już projektem, zatytułowanym 'XXe Ciel' (Dwudzieste niebo), współtworzona z Jeanem-Claude'em Carrièrem oraz psychoanalitykiem Laurencem Erlichem. W 1999r. pierwszy album serii, bazujący na tym projekcie internetowym został opublikowany przez wydawnictwo Delcourt. Rok później kolejne, przerobione i poprawione wydanie zostało wydane przez Les Humanoides Associes, pod tytułem 'XXe ciel.com' (Dwódzieste niebo.com). Jest to opowieść przedstawiająca historię uczestniczki Powstania Warszawskiego i obejmuje okres jej długiego życia - niemal cały XX wiek. Ostatecznie projekt rozwinął się do cyklu, który został w Polsce wydany we wspólnym tomie jako 'Wiek Ewy' (choć osobiście przetłumaczyłbym to raczej jako 'Stulecie Ewy').



    Kolejnymi dziełami tego twórcy zdecydowanie godnymi uwagi jest dwuczęściowa opowieść 'Le ciel au-dessus de Bruxelles' ('Niebo nad Brukselą') oraz 'Le ciel au-dessus du Louvre' ('Niebo nad Louvrem'). Jeśli chodzi o 'Niebo nad Brukselą' to fabuła tej opowieści rozgrywa się w 2003r, na trzy dni przed wymuchem drugiej wojny w Iraku. Wtedy właśnie niejaki Jules Engell Stern poznaję kobietę, Fadyę. On jest żydem, Chazarem, a ona arabką, muzułmanką i terrorystką która za chwilę ma dokonać samobójczej misji. Yslaire zbudował tu opowieść w której niezwykła, niespodziewana miłość i sceny namiętności przeplatają się z gwałtownymi scenami nalotów na Bagdad, terroru i śmierci, transmitowanymi przez wszystkie telewizje świata. Natomiast 'Niebo nad Luwrem' to historia powstała we współpracy Yslaire'a z Jean-Claude'em Carrierem - znanego we Francji scenarzysty, pisarza oraz aktora. Album ten był kolejną, wspólną publikacją wydawnictwa Futuropolis i muzeum w Luwrze. Wcześniej w analogicznej formule ukazały się komiksy autorstwa innych autorów komiksowych znanych i cenionych na rynku fransuckim: Nicolasa De Crecy'ego, Erica  Liberge'a i Marca-Antoine'a Mathieu. 'Niebo' jest kolejnym artystycznym hołdem dla założycieli muzeum z okresu Rewolucji Francuskiej. Warto wspomnieć o tym, że w fabułę i plansze komiksowe zostały wplecione obrazy będące w posiadaniu muzeum w Luwrze, np. 'Śmierć Marta' autorstwa Dawida czy 'Niebo nad Brukselą' autorstwa Julesa. Obydwa albumy które łączy słowo występujące w tytule "Niebo" uznawane są za dyptyk, choć faktycznie fabularnie nie łączy ich zbyt wiele.





    Najnowsze dziełem Yslaire'a jest album 'Mademoiselle Baudelaire' (Panna Baudelaire). Jest to opowieść dramatycznej miłości czarnoskórej Jeanne Duval i słynnego poety Charlesa Baudelaire'a którego muzą była Duval. Kobieta ta była postacią autentyczną, która przez współczesną nazywana była "Czarną Wenus". Femme fatal - Jeanne, była przykładem silnej kobiety w XIX-wiecznym świecie mizoginizmu i rasizmu. W opowieści tej miłość, namiętność, sekrety i mistycyzm przeplatają się ze sobą. Album, tradycyjnie dla Yslaire'a wyróżnia się nie tylko bogatą fabułą, ale także charakterystycznym stylem graficznym, który doskonale oddaje atmosferę dekadenckiego Paryża. "Mademoiselle Baudelaire" to dzieło, które łączy elementy literatury, sztuki i historii, tworząc fascynujący świat pełen tajemnic i emocji.

 

   Bernard Yslaire zawsze był artystą eksperymentującym ze stylem i formą. Jego prace charakteryzują się często nielinearną narracją, ciekawie skonstruowanymi z psychologicznego punktu widzenia postaciami, zazwyczaj targanymi silnymi, często sprzecznymi uczuciami a dodatkowo uwikłanymi w gwałtowne wydarzenia, często o podłożu historycznym, jak zostało to nadmienione wcześniej. Pod względem warstwy stricte graficznej dzieła tego artysty charakteryzuja sie zawsze starannie dobraną kolorystyką, jego sztuka jest także pełna ekspresji i emocji, co sprawia, że czytelnicy często dosyć łatwo mogą utożsamiać się z bohaterami i ich losami. Prace Yslaire'a praktycznie zawsze prowokują też do refleksji nad głębokimi kwestiami społecznymi i ludzkimi relacjami. Poza pracą nad komiksami, artysta niezmiennie angażuje się w różnorodne projekty społeczne i edukacyjne. Jest zwolennikiem promocji komiksu jako formy sztuki (co świetnie wpisuje się w postrzeganie komiksu w Europie - szczególnie w Belgii i Francji) oraz wspierania młodych talentów.

Jego osiągnięcia zostały uhonorowane wieloma nagrodami, w tym Grand Prix de la Ville d'Angoulême w 1991 roku, co potwierdziło, czy też może zaakcentowało jego znaczący wkład w świat komiksu.






niedziela, 30 kwietnia 2023

Żegnaj Aaricio - prawdziwa podróż sentymentalna, czy tylko coś w stylu "what if?" ?

    Zdarzyło mi się już kilkukrotnie narzekać na tym blogu na jakość merytoryczną opowieści o perypetiach familii Aegirssonów, które pozostają takimi - miałkimi fabularnie - co najmniej od dekady. Nie zmienia to jednak faktu, że po raz kolejny - trochę z sentymentu, trochę z ciekawości - sięgnałem po dostępną od niedawna nowość, w postaci tomu odpryskowego od serii głównej (ang. spin-off), pt. "Żegnaj Aaricio". Album ten jest jednocześnie pierwszym - a więc spodziewane są kolejne - z nowego cyklu, zatytułowanego "Thorgal Saga" w ramach którego różni autorzy (zapewne głównie z rynków frankofońskich) będą przedstawiać swoje wariacje na temat przygód Thorgala Agirssona a być może także innych postaci uprzednio pojawiajacych się w komiksach o przydach Wikinga z Gwiazd oraz bliskich mu osób.


Okładka polskiego wydania omawianego albumu. Wyd. Egmont 2023r.

   Tak więc autorem pierwszego tomu, otwierajacego "Sagę" jest Robin Recht. Kolorami natomiast zajął się Gaetan Georges. Przyznam, że o tym rysowniku (tj. Rechcie) - będącym jak się okazuje jednocześnie bardzo często również scenarzystą swoich dzieł - nigdy wcześniej nie słyszałem. Pospiesznie musiałem zerknąć na niezawodny, w kontekście informacji o komiksach frankofońskich, portal bedetheque. Na tej podstawie nie jest to autor którego można by uznać za klasyka, ale jest dość znanym autorem na rynkach frankofońskich. Warto by również na początku rzec, że ten album w pewien sposób pęta ręce scenarzystom kolejnych tomów sagi o rodzinie Aegirssonów, które na pewno ujrzą światło dzienne. Mam tutaj na myśli zarówno albumy z serii macierzystej, jak i cyklu "Thorgal saga". Otóż pęta w tym sensie, że mamy tu naszkicowaną przyszłość, w której Thorgal i Aaricia dożywają oboje późnej starości. Tak więc żadne z nich nie powinno umrzeć przez wiele kolejnych odcinków opowieści o Aegirssonach. Ponadto został tu już przestawiony fakt, na którym przecież zasadza się cała fabuła tejże opowieści, że to Aaricia umrze jako pierwsza. Pozostaje oczywiście pytanie, czy wydarzenia przedstawione w tym albumie należy uznać za "kanoniczne", czy jest to raczej coś w stylu "what if?" (dosł. "a co jesli?") opowieści popularnych w uniwersach super-bohaterskich, a przedstawiających alternatyne scenariusze rowoju pewnych wydarzeń z życiorysu jakichś postaci - zazwyczaj dobrze znanych protagonistów lub antagonistów.


Wąż tradycyjnie kusi, kłamie i namawia...

    Jeśli chodzi o fabułę, to należy szczerze zaznaczyć, że prezentowane tu wydarzrnia, mają niezwykle smutną wymowę. Oto około 70-letni Thorgal, sterany życiem, dogłębnie przeżywający stratę najważniejszej osoby w jego życiu, ukuchanej żony, jest dodatkowo torturowany przez swojego odwiecznego wroga, węża Nithogga, który w momencie największej rozpaczy mami Wikinga z Gwiazd wizją ponownego ujżenia swojej ukochanej, w dobrym zdrowiu i do tego młodej. Kluczem do całej sprawy ma być artefakt który pojawił się wcześniej zaledwie w jednym tomie przygód Thorgala a jest to mianowicie pierścien Uroborosa, dzięki któremu można podróżować w czasie. I tak oto, ponownie  (który to już raz?),Thorgal nawet w ostatnich latach życia, opłakując swoją największa stratę nie może zaznać spokoju, prześladowany przez los i nadprzyrodzone lub boskie istoty, ku uciesze czytelników. 

    W opowieści odnajuemy mnóstwo znajomych jak i zupełnie nowych - niekiedy wręcz alternatywnych - bohaterów jak i wrogów Thorgala, oraz wiele artefaktów, które miały bardzo duże, czasami wręcz kluczowe znaczenie dla przygód Wikinga z Gwiazd w albumach które od dwana znamy. Są to na przykład "Łzy Tjahziego" - niezwykłe, przeroczyste jak woda perły które bogini Frigga wsunęła w zaciśniete piąstki rodzącej się, małej Aaricii. Jest też wspominany już pierścien czasu, dzięki któremu Thorgal trafia do swojej przeszłości. Jednak jak się wkrótce okazuje, jest to przeszłość alternatywna, w której co prawda spotyka około dwunastoletnią wersję samego siebie, odwiedza rodzinną wioskę, której królem nadal jest Gandalf Szalony - ojciec Aaricii. Jednak jak w starym powiedzeniu "im dalej w las, tym więcej drzew". Bowiem im bardziej Thorgal angażuje się w zastane wydarzenia - uprowadzenie kilkuletniej Aaricii, wyprawa ratunkowa itd. tym bardziej okazuje się, że nie jest to ta przeszłość którą pamieta i tak na prawdę nie ma powrotu ani do własnej młodości ani do życia z jego ukochaną księżniczką Wikingów. 70-letnia wersja Thorgala stwierdza w pewnym momencie, że ten nastoletni młokos którego spotyka w tej nowej, alternatywnej wersji przeszłości, nie jest nim samym i ten drugi, młody Thorgal, powinien żyć własnym życiem, pójść swoją własną ścieżką - z dużym prawdopodobieństwem bez pięknej Aaricii jako swojej życiowej partnerki. Finalnie cała ta przygoda okazuje się dla Thorgala, jak to częściowo zostało naświetlone wcześniej, jedną wielką płapką Węża Nithogga, w którą Thorgal wpada, używając pierścienia Uroborosa, na swoją może nie zgubę ale zdecydowanie wielką udrękę.


Kadr o którym jest mowa w poniższym akapicie, przedstawiający retrospekcje z albumu "Gwiezdne dziecko".

    Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to już na wstępe uwagę zwarca metaliczny kolor liter logotypu. Na obrazkach na ekranie tego nie widać, ale ma ona miedziany, metaliczny kolor. Kreska Rechta dość dobrze naśladuje styl Rosińskiego, zachowując jednak swój charakter. Niektóre kadry są nawet dość zastanawiające. Mam tu na przykład na myśli obrazek na którym niecny wąż Nidhogg przedstawia dwa "przebłyski" z przeszłości Thorgala na których widzimy kilkuletniego wówczas chłopca, wraz z towarzyszącym mu krasnoludem, Tjahzim, podczas ich wyprawy w poszukiwaniu "metalu który nie istniał". W drugiej, znajdąjęcej się w tej samej ramce retrospekcji, widzimy natomiast biginię Frigg, pochylającą się nad leżącym na ziemi Thorgalem, który został śmiertelnie ugodzony przez miecz dzierżony przez jeden z ogonów węża Nidhoga, kiedy bogini przywraca mu życie, ponieważ "jego czas jeszcze nie nadszedł". Otóż mogę się mylić, ale mam wrażenie, że obydwa te fragmenty zostały po prostu skopiowane przez Rechta wprost z albumu "Gwiezdne dziecko" w któym pojawiły się te właśnie wydarzenia. W przeciwnym razie - jeśli artysta sam je przerysował, wzorujac się jedynnie na kadrach stworzonych przez Grzegorza Rosińskiego - uznać należy, że Recht odznacza się nadzwyczaj precyzyjnym warsztatem i zdolnościami odtwórczymi. Aby podsumować ten akapit dodam tylko jeszcze, iż w mojej ocenie styl Rechta jest bardziej czytelny i ciekawszy, niż obecne w serii macierzystej od kilku albumów prace Frederica Vignaux'a. Ponadto moim faworytem jeśli chodzi o oddanie ducha serii, szczegółowość  i "urodę" kadrów pozostaje niezmiennie Roman Surzenko.


Alternatywna okładka tomu z wydania francuskiego. Być może tak właśnie będzie wyglądło polskie wydanie w twardej oprawie.

    Dość niespodziewanym zbiegiem jest wydanie tego albumu w miękkiej i twardej oprawie w dużym odstepie czasowym. O ile bowiem ta pierwsza wersja ukazuje się właśnie teraz (kwiecień 2023r.), to bardziej "ekskluzywne" wydanie - z twardą  okładką - będzie dostępne dopiero za kilka miesięcy... Czy zabieg ten wynika z trudności logistycznych - np. dostępności materiałów poligraficznych - czy jest to raczej zabieg marketingowy - powiedzmy w celu zwiększenia zainteresowania/sprzedaży - tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Chwała jednak Egmontowi, że po raz kolejny - z małym poślizgiem względem rynków frankofońskich (tam bowiem opowieść "Żegnaj Aaricio" ukazała się pod koniec stycznia 2023r.) - dzięki ich umowom licencyjnym także i na półkach naszych rodzimych sklepów zagościł omawiany tutaj album.

Blizna na prawym policzku niezawodnie zdradza, kim jest ten stary mężczyzna?

    Według zapowiedzi jest to pierwszy tom serii pobocznej "Thorgal Saga". O czym będą opowiadały kolejne albumy, kto je stworzy? Tego jeszcze na tę chwilę nie wiadomo. Bieżący tom jest mi niezwykle ciężko jednoznacznie ocenić. Z jednej storny jest to trochę podróż sentymentalna, która sprawia pewną dozę przyjemności podczas czytania. Z drugiej ponownie wpisuje się to w pewną narrację, o której już kiedyś wspominałem w swoich artykułach, mianowicie taką, że saga o Aegirssonach stała się wieloodcinkowym, niekończącym się tasiemcem. Czy kupię kolejny tom "Sagi" kiedy ujrzy światło dzienne za rok lub dwa? No cóż, pewnie tak - z sentymentu i trochę z ciekawosci. Tak więc ten tekst kończę tak samo jak go rozpocząłem, trochę tak jakby użył pierścienia Uroborosa i powrócił do puntu wyjścia, jak niegdyś sam Thorgal, piękna Vlana oraz niecny Torric, w albumie "Władca gór"...